Szymon Łucyk: Czytając „Krzyże z popiołu”, wędrujemy razem z bohaterami powieści po zakamarkach dominikańskiego klasztoru. Skąd u Pana, z wykształcenia lekarza neurologa, taka znajomość tajników klasztornego życia?
Antoine Sénanque: Razem z żoną lubimy podróżować szlakiem kościołów romańskich i średniowiecznych opactw. Z tym właśnie zajęciem wiąże się mój pisarski przydomek. Sénanque to miejsce niedaleko Awinionu, gdzie mieści się jedno z najpiękniejszych opactw cysterskich w Prowansji. Wiosną otoczone jest kwitnącymi polami lawendy. Uwielbiam je odwiedzać.
Jestem chrześcijaninem – wierzę w Boga, choć nie praktykuję. Moje lektury mają przeważnie charakter duchowy. Tuż przed snem zwykłem czytać któreś z kazań mistyka i teologa Mistrza Eckharta, który jest także głównym bohaterem mojej powieści.
Powieść przenosi czytelników do apokaliptycznego wieku XIV: czasów inkwizycji, herezji i epidemii dżumy, która zdziesiątkowała Europę. Z powodu tej scenerii i sensacyjno-filozoficznego charakteru obu książek francuscy krytycy porównują często „Krzyże z popiołu” do „Imienia róży” Umberto Eco.
Muszę się przyznać, że nie czytałem dotąd „Imienia róży”! Choć teraz, z powodu głosów recenzenckich, w końcu zapewne sięgnę po tę powieść. Znam jej fabułę, widziałem ekranizację „Imienia róży” z Seanem Connerym w roli głównej – jestem wielkim fanem tego aktora.
Co prawda obie historie dzieją się w wieku XIV, ale obrałem całkiem inną ścieżkę niż Eco. W „Krzyżach z popiołu” nie ma śledztwa detektywistycznego. Moim zamiarem było przybliżenie, w atrakcyjnej formie powieści przygodowej, postaci i myśli Mistrza Eckharta.
To postać barwna i tajemnicza: gwiazda teologii, charyzmatyczny dominikanin, profesor Sorbony. Porywał tłumy swoimi kazaniami głoszonym nie po łacinie, ale w języku ludu – czyli po niemiecku. W końcu jednak inkwizycja oskarżyła go o herezję. Przed prześladowaniami uchroniła go zapewne śmierć, skądinąd w niejasnych okolicznościach.
Kres życia Eckharta owiany jest tajemnicą. Dominikanin zaginął, nigdy nie odnaleziono jego ciała, nie wiadomo, gdzie został pochowany. Większość encyklopedii przyjmuje jako datę śmierci lata 1326-28. Pisząc o nim i jego filozofii sprzed 1326 r., trzymałem się faktów. Wszystko, co zdarzyło się potem, jest czystą fikcją – czyli moim wyobrażeniem na temat tego, jak mogły wyglądać ostatnie lata jego życia.
Pamiętam, że po raz pierwszy zetknąłem się z Eckhartem całkiem przypadkowo 30 lat temu, w pewnej księgarni. Na początku kompletnie niczego z jego pism nie rozumiałem. Ale jego mowy przenikał duchowy płomień, podobny do tego, który wyczuwałem w klasztorach cystersów. Dlatego pomyślałem sobie, że Eckhart i ja mamy ze sobą coś wspólnego. Studiowałem więc jego pisma przez wiele lat, aż wreszcie zacząłem lepiej go pojmować.
Eckhart głosił konieczność wyrzeczenia się wszystkiego oprócz Boga, nie tylko dóbr materialnych, lecz także duchowych. Jak to rozumieć?
Dla Eckharta „oderwanie”, jak to określał, nie jest celem samym w sobie, ale środkiem do tego, co najważniejsze, czyli zjednoczenia się z Bogiem albo wręcz – przemienienia się w Boga. Według niego to przepis na spełnione życie dla każdego, nie tylko dla wybranych.
Wysoko postawiona poprzeczka.
Stąd jego nauczanie nie mogło podobać się Kościołowi, który po śmierci Eckharta potępił część jego pism. Oderwanie, czyli skrajna asceza, przypomina nieco zalecenia buddyjskie. Trzeba odłożyć na bok nie tylko wszystkie troski materialne, ale i potrzeby duchowe. Chodzi o wytworzenie w sobie duchowej pustki, pozbycie się wiary, nadziei czy nawet samego pragnienia połączenia się z Bogiem. Zdaniem Eckharta, aby Stwórca mógł się na nowo objawić człowiekowi, powinien on mieć wewnątrz siebie zupełną pustynię.
Postulat „oderwania” wydaje się nierealny, by nie powiedzieć – szalony. W powieści doświadcza tego sam Mistrz Eckhart, kiedy spotyka na swojej drodze beginki. To okazuje się dla niego pułapką.
Trzeba wyjaśnić, że beginki były w XII-XIV wieku pobożnymi kobietami mieszkającymi we wspólnotach, głównie na zachodzie Europy, na terenie dzisiejszej Belgii, Holandii i Niemiec. Zobowiązywały się do życia w czystości, ale nie składały ślubów zakonnych. W pewnym sensie wyprzedzały swoją epokę – utrzymywały się z prostych prac: krawiectwa, opieki nad potrzebującymi. Dziś jeszcze można oglądać dawne domy beginek (beginaże) w belgijskiej Brugii.
Warto poczytać ich poematy. Należą one, moim zdaniem, do szczytowych osiągnięć duchowości. Beginki pisały piękne wiersze i pieśni, w których opiewały mistyczne połączenie z Bogiem przez miłość w sposób niezwykle zmysłowy.
„Okryj mnie płaszczem Twego bezmiernego pragnienia”...
Właśnie! Tego rodzaju wiersze ściągnęły na nie oskarżenia o herezję ze strony inkwizycji. Wybitna beginka, Małgorzata Porete, zginęła spalona na stosie w Paryżu.
Zanim do tego doszło, Kościół próbował sprowadzić kobiety na „dobrą drogę”.
Dlatego wysłał do nich kaznodziejów dominikańskich, a wśród nich właśnie Eckharta, co kazało się błędem. Jemu blisko było bowiem do mistyki beginek, nawet jeśli nad drogę miłości przedkładał drogę poznania.
Na kartach powieści próbuję wyobrazić sobie spotkanie Mistrza Eckharta z beginką Matyldą, postacią stworzoną na kanwie życiorysów innych sióstr. Duchowe oczarowanie kobietą poddało ostatecznie ciężkiej próbie teorię czystego oderwania.
Powieść zaczyna się dwadzieścia lat po szczycie zachorowań na dżumę. Bohaterowie chodzą wśród grobów ofiar zarazy. Na ile tę traumę można porównać do efektów ostatniej pandemii?
Muszę wyjaśnić, że zacząłem pisać moją powieść jeszcze przed pandemią covidu, choć kontynuowałem ją już w jej trakcie. Pamiętajmy, że czarna śmierć zabiła dwie trzecie Europejczyków. W tym sensie trudno ją porównywać do pandemii – nie były to absolutnie plagi o tej samej skali. Wspólna była natomiast atmosfera. Wielki strach, izolacja w domach, nieufność do drugiego człowieka jako potencjalnego źródła zarazy – to rzeczy uniwersalne.
Narrator powieści mówi: „Ludzie unikali się nawzajem i zakrywali twarze. Społeczeństwo rozpadło się w drobny mak”. I dalej o tym, że epidemia atakowała nie tylko ciała, ale i dusze.
Czarną śmierć postrzegano powszechnie jako karę Bożą. Dlatego uważano, że unicestwia nie tylko ciało, ale i duszę. Dla ludzi wieków średnich był to znak nadciągającej apokalipsy. Dziś w zlaicyzowanym świecie nie patrzymy w ten sposób na wirusy. Tutaj tkwi fundamentalna różnica między średniowieczem a naszą epoką.
Bohater powieści, dominikański przeor Wilhelm, uczeń Mistrza Eckharta, jest jednym z ocalałych. To doświadczenie łączy go z innymi ludźmi.
Dostrzegam tu jakiś rodzaj braterstwa tych, którzy przeszli wspólnie apokaliptyczną katastrofę. Dwie główne postaci powieści: Wilhelm i jego wróg, wielki inkwizytor Ludwik, nie mogą do końca się nienawidzić, bo zachowują wspólnotę losu z czasów epidemii. Nie można czegoś podobnego wymazać z pamięci. Należą do tych nielicznych, którzy ocaleli – i to ich zbliża, mimo że toczą ze sobą walkę.
Pisząc powieść, interesowałem się też medycznym aspektem dżumy. Może nie zdajemy sobie sprawy, że dżuma wciąż istnieje i pewne jej formy są nadal śmiertelne, choć mamy przeciw niej szczepionki. Na świecie notuje się rocznie dziesiątki, a może setki zmarłych na nią osób. Największym ogniskiem dżumy jest dziś Madagaskar.
Ale nawet w Europie, np. w Alpach, napotykamy świstaki pogryzione przez pchły, które mogą przenosić dżumę. Wiele wskazuje na to, że właśnie za sprawą tych gryzoni myśliwi zarazili się wirusem w średniowieczu.
Mroczną atmosferę powieści rozświetla blask przyjaźni między młodymi mnichami – Antoninem i Robertem. Pierwszy uwielbia księgi i pracę w skryptorium, drugi – nie umie czytać i woli gospodarskie zadania. Mimo to łączy ich coś bardzo mocnego.
Ten temat jest dla mnie bardzo ważny, przyjaźń jest czymś tajemniczym. Bardzo lubię zgłębiać jej sekret w moich książkach. W miarę pisania wątek Antonina i Roberta zaczął się rozrastać, choć na początku chciałem się skupić tylko na losach Eckharta. Przyjaźń mnichów wymyka się rozumowi, zgodnie z powiedzeniem Michela de Montaigne’a o jego więzi z Étienne’em La Boétie: „bo to był on, bo to byłem ja”. Wiara Antonina jest intelektualna, wiara Roberta – prosta, mocno trzymająca się ziemi. Mimo to łączy ich coś silnego.
Antonin, syn lekarza, nie tylko lubi księgi, ale też zajmuje się w klasztorze leczeniem współbraci, bardzo dobrze zna właściwości ziół. W dodatku ma bardzo podobne imię do Pańskiego. Czy Antonin to Pańskie alter ego?
Antonin nieco mnie przypomina, bo pochłania go duchowość i ówczesna medycyna – przede wszystkim ziołolecznictwo kultywowane w średniowiecznych klasztorach. Ale, prawdę mówiąc, od Antonina wolę Roberta. Jego wiara jest nieco surowa, lecz czysta i mocna. „Wtrącam” go do karceru inkwizycji, aby pokazać, że mimo osamotnienia i opuszczenia nie porzucił praktyk duchowych. Potrafi nawet wygłaszać kazania do... karaluchów, które chodzą po jego więziennej celi.
Jak odebrano Pana powieść we Francji? Czy w jednym z najbardziej laickich krajów Europy życie chrześcijańskiego teologa spotkało się z zainteresowaniem czytelników?
„Krzyże z popiołu” czytano na dwa sposoby. Pierwszy był świecki: recenzenci widzieli w nich powieść przygodową, która zabiera czytelników w podróż w czasie i przestrzeni. Ale nie brakowało też czytelników, którzy zwrócili przede wszystkim uwagę na postać wielkiego mistrza duchowości.
Francuski duch laickości niemal instynktownie odrzuca organizację religijną: księży, nabożeństwa, instytucję Kościoła. Ale można być spragnionym duchowości, nawet jeśli nie chodzi się na coniedzielną mszę.
Dostrzega Pan ten głód duchowości wokół siebie?
Tak – nawet jeśli przybiera on formę bardziej swobodną niż religijność. Mechanizacja i postępy sztucznej inteligencji spychają sferę duchowości na bok, ale ona nie zniknie. Mam nawet nadzieję, że z czasem będzie rosła w siłę. Dlatego, choć na ogół raczej pesymistycznie patrzę na kierunek zmian w świecie, nie obawiam się o naszą przyszłość duchową. Każdy z nas może mieć w sobie cząstkę Mistrza Eckharta.
ANTOINE SÉNANQUE (ur. 1959) – francuski pisarz i lekarz neurolog, autor powieści i esejów. Jako prozaik zadebiutował w 2004 r. W tym roku ukazała się po polsku jego powieść awanturnicza z wątkiem filozoficznym „Krzyże z popiołu”, dobrze przyjęta przez francuską krytykę. Sénanque otrzymał za nią nagrodę Polski Wybór Nagrody Goncourtów (2023). Gość tegorocznego Festiwalu Conrada.

Antoine Sénanque, KRZYŻE Z POPIOŁU przeł. Monika Szewc-Osiecka, Znak Horyzont 2024
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















