Pięć gwiazd zaledwie mieści się na nieboskłonie nowoczesnego konsumenta. Właściwie są to gwiazdki – oto w świecie ograniczonym do tego, co zmieści się na szybce telefonu, wszystko podlega miniaturyzacji. Może tylko nienasycenie pragnień i pustka w duszy pośród wiecznie dostępnego tłumu pozostają tu w nieznośnie ludzkich proporcjach.
Od kiedy zostałem użytkownikiem usług online, nie przestaje mnie dręczyć pytanie, dlaczego skala pięciu gwiazdek jest złotym standardem w systemach ocen, a nie np. dziesięciu, co by pozwoliło na większą jej rozdzielczość? Na dokładne rozróżnienie między „przyzwoity, ale szału nie ma” a „całkiem niezły, choć nie powala”. Nawet nasza szkoła, niesłynąca wszak z przesadnej dokładności w podejściu do każdego dziecka, posługuje się aż sześcioma liczbami, by ocenić stopień rozjechania młodych umysłów przez walec programu.
Dantemu potrzeba było kręgów aż dwa razy po dziewięć, żeby z grubsza usystematyzować możliwe postaci zła i dobra – przy czym widać, jak energia jego rozgadanej ciekawości człowieka dusi się w tym podziale, narzuconym przez średniowieczną teologię.
Sprawdź gwiazdki, zanim kupisz
Podejrzewam, że odpowiedź musiałaby prowadzić nas do przypadku, jak to często bywa z rzekomo hiperpragmatycznym obszarem zastosowań technik informatycznych. Ot, komuś gdzieś na początku internetów tak pasowało ustawić, choćby dlatego, że pięć to ładna, okrągła liczba. A teraz ten przypadek kształtuje już niemal bez reszty nasz stosunek do codzienności i wpływa na podejmowane w niej czynności.
Zarówno te bolesne i przyziemne, gdy np. musimy wybrać lekarza lub zakład pogrzebowy, jak też i domenę rozrywki, która w rozwiniętych społeczeństwach bogatej części świata stała się zadaniem poważnym, o znacznym ciężarze egzystencjalnym, poddana jest zatem surowym rytuałom i ocenom. Przyjemność to też projekt. I to z tych priorytetowych, na tzw. asapie. Nie możesz się bawić byle jak, byle gdzie i byle czym.
A co ci pomoże zoptymalizować wybór? Sprawdź gwiazdki. Dlatego oceny i opinie użytkowników, przedstawiane sumarycznie na skali od 1 do 5, stały się kluczem do powodzenia lub upadku każdego handlu w sieci. A także usług, nawet tych świadczonych w trójwymiarowym realu, szczególnie tam, gdzie bardziej niż cena decyduje nieuchwytny współczynnik zaspokojenia oczekiwań i aspiracji. Czyli np. w dwóch filarach turystyki, jakimi są noclegi i jedzenie.

Na hotelach i pensjonatach się nie znam. Ale sporo się jednak nauczyłem, będąc po drugiej stronie gastronomii, w tych wszystkich ciasnych klitkach i kiszkach zwanych kuchnią lub zapleczem, w opustoszałych po zamknięciu salach przypominających pobojowisko po odejściu Tatarów (bez urazy!), sprzątane ostatkiem sił przed jutrzejszym nowym spektaklem. I jest to wiedza dla każdego oczywista, od prostego studenta zatrudnionego przez sezon na tzw. szklankę, aż po szefa zmiany, liczącego ostatkiem sił utarg, i jeszcze wyżej – menedżera, który przyjdzie rano i zza zasłony Excela będzie wyrażał troskę o przyszłość: gwiazdki są wszystkim.
Możesz się starać, mieć świetny lokal, sprawną obsługę i niezły adres, ale to cyferki cię poniosą albo pogrążą. Wszystko poniżej 4,5 w opiniach Google’a i kluczowych serwisów recenzyjnych to przegrana. Zwłaszcza w miejscach, które zależą w dużym stopniu od przyjezdnych. A żaden lokal w centrum dużego miasta, poza kafejkami na parterach szklanych korpo-wież, nie wyżyje bez nich.
Rzetelna ocena czy internetowy terroryzm?
Dlatego lwia większość wyników przy dowolnym wyszukiwaniu gastronomii w jakiejś okolicy mieści się właśnie w przedziale powyżej 4,5. Walka idzie już nie o pełne gwiazdki, tylko o dziesiętne ułamki piątej. Walka często nie całkiem czysta.
Owszem, zdarzają się realni frustraci, mający na Google po dwieście szczerze i za darmo napisanych opinii pełnych bezinteresownego czepiactwa i roszczeń. Ale znaczna ich część, zwłaszcza tych złych, to skutek działania firm oferujących wielorakie usługi: mogą wygenerować peany na twoją cześć albo zdołować konkurencję, dysponując setkami kart sim (bo serwisy internetowe odsiewają oczywiście tępe próby pisania stu recenzji z jednego telefonu) i dobrze wyszkolonymi pracownikami (bo opinie pisane przez boty też łatwo odsiać). A potem mogą za jeszcze lepsze pieniądze usunąć złe recenzje – płaci się za to abonament. Kiedy zaś ten wygaśnie, to nagle tych jednogwiazdkowych paszkwili przybywa z dnia na dzień. Prosta logika przestępczego wymuszania ochrony.
Czy w internecie potrzebny jest kodeks dobrych praktyk?
Dopiero co w Brukseli pod egidą stosownego komisarza główne platformy pośrednictwa oraz organizacje branżowe podpisały szumnie kodeks dobrych praktyk. Przewiduje m.in. wysiłki na rzecz weryfikacji, czy autorzy opinii faktycznie skorzystali z recenzowanej usługi, poza tym jasno wyłożone regulaminy weryfikacji treści i sposobów ich kontestowania oraz informowanie, jak algorytmy agregują zbiorcze gwiazdki. I wiele jeszcze innych życzeń zdrowia, szczęścia i pomyślności.
Mam potworne deja vu, podobne kampanie pod hasłem „koniec z fałszywymi opiniami” lądują w mojej szufladzie z wycinkami od kilkunastu lat, to znaczy od kiedy mnie ten rodzaj fałszu bezpośrednio dotyczy, a aplikacje w smartfonach stały się kompasami do wszystkich decyzji. Moment wypuszczenia tego najnowszego kodeksu wydaje się szczególnie celnie dobrany: większość z nas ma już wakacje i wyjazdy za sobą, więc do lata się o wszystkim zapomni. Przecież nie będę wam psuł planowania wakacji w czerwcu!

Tarta jesienna z brokułem
Tak się wzmogłem w złości na wszelkie gangi i mafie, że powinienem ją rozładować przepisem na jakąś ośmiornicę. Ale znam tylko jeden ciekawy, poza tym mam coraz większe problemy moralne (a może to za duże słowo?) z jedzeniem tego zwierzęcia. Odpuśćmy. Z kolei pasta alla lupara (to słowo oznacza po włosku obrzyna, którym regulowano porachunki między klanami) wymaga trudno w Polsce dostępnej kalabryjskiej ostrej kiełbasy oraz mnóstwa tłustej śmietany. Może lepiej zróbmy coś pozytywnego, jesienno-kolorowego i na pewno zdrowego.
- 1 duży brokuł
- 1 duża marchew
- 1 duży burak
- 1 cebula
- 250 g ricotty
- 1 jajko
- garść parmezanu
- gotowy kruchy spód do tarty
Oddzielamy różyczki brokuła od głąba. Różyczki wrzucamy do osolonego wrzątku i blanszujemy 3 minuty, odstawiamy. Głąba kroimy na drobne kawałki, dajemy na patelnię, na której wcześniej podgrzaliśmy rozgnieciony ząbek czosnku i 1 filecik anchois, dolewamy parę łyżek wody z blanszowania, dusimy pod przykryciem, aż zmięknie, miksujemy na pastę.
Na trzech łyżkach oliwy szklimy powoli drobno posiekaną cebulę. Dodajemy starte na grubej tarce buraka i marchew. Podsmażamy wszystko razem przez minutkę, ciągle mieszając. Potem dolewamy ok. 50 ml wody, przykrywamy, dusimy 10 minut, mieszając co jakiś czas. Solimy, doprawiamy czymś ostrym. Po dokładnym wystudzeniu dodajemy do warzyw ricottę, mieszamy, następnie jajko, garść parmezanu i sól, znów mieszamy.
Spód do tarty z kruchego ciasta smarujemy pastą z brokuła (jeśli zostanie, zachowajcie do kanapek, jest pyszna!). Na to idzie masa z marchwi i buraka, a całość dekorujemy różyczkami brokułu. Pieczemy w 180 st. C przez ok. pół godziny, aż ładnie wszystko stężeje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















