Izraelska propaganda pokazała mimochodem prawdę o niezłomności ludzkich pragnień

Niektóre ujęcia działających w Gazie lokali nie były fałszem. Stoją za nimi beznadziejne starania, by się utrzymać, i równie beznadziejne wysiłki nielicznych klientów, by zachować resztkę pozorów normalnego życia.
Czyta się kilka minut
Palestyńczycy z dystrybuowaną żywnością. Gaza, 17 marca 2025 r. // Fot. Majdi Fathi / NurPhoto / Getty Image
Palestyńczycy z dystrybuowaną żywnością. Gaza, 17 marca 2025 r. // Fot. Majdi Fathi / NurPhoto / Getty Images

Dziewięć milionów razy wyświetliły się polskim użytkownikom YouTube’a propagandowe filmiki o restauracjach i targach w Strefie Gazy, zrealizowane przez agendy izraelskiego państwa i rozreklamowane za pieniądze tegoż – tak by dotrzeć do użytkowników, którzy niekoniecznie szukali materiałów o wojnie i destrukcji, a wręcz mają te sprawy w nosie. 

I słusznie kierowano ten potok bzdur szczególnie do nich, bo przekaz był tak jawnie sprzeczny z całą wiedzą, jaką da się poskładać na temat tego, co się tam dzieje, że każdego, kto próbuje sobie wyrobić przybliżony obraz sytuacji, musiała kłamliwość suflowanej narracji odrzucać. A mogłaby nawet śmieszyć, gdyby tępy ból bezradnego sumienia zostawiał jakąś przestrzeń dla śmiechu.

Działające lokale i targi pełne towaru w Strefie Gazy: multimedialny przekręt

Nie może być tematem felietonu i złośliwości skala nagiej przemocy, od dawna wyglądającej nie jak uzasadniona samoobrona czy choćby zemsta za własne ofiary, tylko walka o przetrwanie cwanej kliki złożonej z facetów, którzy, gdyby ich przenieść w nasze strony, mogliby spokojnie zasiadać w jednej ławie z Grzegorzem Braunem i świetnie się z nim dogadywać. 

Fakt, że to coś tak ogromnego, że nie nadaje się do rozmowy przy stole, nie oznacza, że o tym nie pamiętamy. Obiecałem tu sobie i Wam niedawno, że co jakiś czas jednak będę dla porządku przypominać. 

My tu gawędzimy w kuchni, a w pokoju wciąż stoi ten słoń, jak pięknie określają Anglosasi niewymowną historię, która ciąży nad nami. Przypominać o sztucznie wywołanym głodzie, który w każdych okolicznościach, jeśli użyty jest do walki politycznej, staje się prostą zbrodnią. Bez wchodzenia w drugorzędne kwestie, co i jak można zakwalifikować jako ludobójstwo i co by na to powiedział Rafał Lemkin. Toż to tylko bałamutne wykręcanie prawniczym sianem.

O tym, jak głód pustoszy ciało i podcina umysł, o tym, jak przynosi zagładę miastom i ludom – niech piszą lekarze, reporterzy, może też kiedyś coś do powiedzenia będą mieć sędziowie trybunałów. My na naszą skromną miarę w dyskusyjnym klubie śniadaniowym zwróćmy przy okazji tej nieszczęsnej propagandy uwagę, że nasza codzienność i sposób życia ulegają przemianie szybciej niż co pokolenie – a tymczasem żywność i posiłek wciąż tkwią w pierwszej trójce najgłębszych archetypów, przy pomocy których najskuteczniej można ludźmi manipulować. 

Stąd te filmiki pokazujące przyjemne i dobrze działające lokale w Strefie Gazy oraz targi pełne towaru. Proszę, siedzą i biesiadują, czyli jest im dobrze i bezpiecznie. Bo obraz ludzi wokół zastawionego stołu budzi skojarzenia z bezpieczeństwem i dobrem. Ustępuje w swej mocy chyba tylko zdjęciom matki tulącej śpiące dziecko.

Z drugiej zaś strony ten multimedialny przekręt mimochodem wyświadcza przysługę prawdzie o niezłomności podstawowych ludzkich pragnień. Albowiem ujęcia lokali nie były same w sobie fałszem, przynajmniej niektóre. Pokazywały istotnie działające w Strefie resztki gastronomii

Paru dziennikarzy spróbowało pójść tym tropem i bez trudu możecie znaleźć relacje, w których właściciele opowiadają o walce o przetrwanie w coraz bardziej zdemolowanym otoczeniu, kiedy już nie da się zdobyć prawie niczego, co trzeba wsadzić do kotła, a cena jedzenia sprawia, że prawie nikt już nie ma dość pieniędzy, żeby je kupić. O beznadziejnych staraniach, by się utrzymać, i równie beznadziejnych wysiłkach nielicznych klientów, by zachować resztkę pozorów normalnego życia, kiedy cała rodzina kupuje jeden placek na spółkę, bo na tyle ją stać.

Czym jest wspólny, publiczny posiłek

Przy okazji tej kampanii dezinformacji przypominano o tym, że w najgorszym koszmarze gett działały restauracje, kafejki i dansingi, i że nigdy nie jest tak, by wszyscy cierpieli tak samo, bo przecież wojna tylko wyostrza podział klasowy i majątkowy. Wolę nie sięgać po te przykłady, bo lepiej w ogóle omijać konteksty holokaustowe, unikać grząskich moralnie konceptów typu „ofiara stała się katem”. Przykłady dzikiej energii życiowej, widocznej wbrew okrutnej wojennej opresji, można znaleźć w relacjach z każdej, także bliższej nam czasowo wojny.

Życie społeczne jest jak chwast wyłażący z każdej szpary w chodniku i nie zadepczesz każdego jego odrostu. Wyraża się w kilku rytuałach, pośród których wspólny, publiczny posiłek jest jednym z najbardziej uniwersalnych i prostych do odtworzenia. Mieliśmy tego dowody pięć lat temu, na szczęście bez wojny – kiedy w pandemicznych lockdownach pojawiały się pirackie restauracje i bankiety. Jakkolwiek źle oceniać łamanie prawa, była w tym siła czegoś więcej niż tylko reakcji na nudę ludzi zamkniętych w domach i chęci zysku chciwych restauratorów.

Na drugim końcu tego spektrum, tak groteskowym, że aż głupio to zestawiać, syci ludzie z dobrych dzielnic wielkich miast Ameryki czy Europy aplikują sobie kosztowne zastrzyki odbierające apetyt. Odechciewa im się zatem jadać, a jednak wciąż potrzebują „wyjść na kolację”. Stąd już zauważalny w wyższych segmentach gastronomii ruch w stronę tworzenia specjalnej oferty dla „ozempicowców”, czyli mikroporcyjek jeszcze skromniejszych od tego, co się zwykle w eleganckich przybytkach podaje. 

Albo, żeby nie stracić klienteli, lokale idą w stronę potraw do współdzielenia – korzyść jest taka, że każdy sobie skubie po trochu i nie czuje się głupio, że zostawił pół swojego dania na talerzu. Jeść już nikt nie chce, ale siąść za stołem z bliźnimi wciąż tak. I to jest w tym szaleństwie pocieszające.

Piemoncki flan z porów // Fot. Paweł Bravo

Piemoncki flan z porów

Pozostańmy jeszcze przez chwilę w Piemoncie i wykorzystajmy ponownie brytfannę, w której tydzień temu piekliśmy w kąpieli wodnej deser o nazwie bonet. Tym razem zrobimy słoną, bardzo słoną przekąskę.

  • 3 duże albo 4 małe pory
  • 3 jajka
  • 150 ml mleka
  • 150 ml śmietanki
  • 3 łyżki parmezanu
  • oliwa
  • sól i pieprz
  • masło do smarowania

Na sos:

  • 6 filecików anchois
  • 200 ml śmietanki
  • 50 ml mleka
  • ząbek czosnku
  • 1/2 łyżeczki skrobi

Siekamy cieniutko białe części porów, dusimy na średnim ogniu na oliwie pod przykryciem z odrobiną wody, co jakiś czas mieszając, przez ok. 15 minut, aż całkiem zmiękną. Studzimy, ważymy – potrzebujemy 300 g uduszonego pora.

Łączymy w misce mleko, śmietankę i jajka. Dodajemy pory, miksujemy na gładką masę. Dodajemy tarty parmezan, mieszamy łyżką, doprawiamy solą i pieprzem. Smarujemy masłem foremki lub ramekiny – ceramiczne lub, jeszcze lepiej, silikonowe – o pojemności 125-150 ml, wypełniamy je masą do 1 cm poniżej krawędzi. Wstawiamy do brytfanny wypełnionej gorącą wodą do połowy wysokości foremek. Pieczemy w 160 st. C przez ok. 40 minut, aż dobrze stężeje. Studzimy i odwracamy na talerzykach.

Robimy sos: na 1 łyżce oliwy podgrzewamy delikatnie rozgnieciony ząbek czosnku, dodajemy anchois, mieszamy drewnianą łyżką, aż się rozpuści. Wlewamy mleko i śmietankę, zagotowujemy delikatnie, dodajemy skrobię rozrobioną w łyżce zimnego mleka, mieszamy i dalej podgrzewamy, aż zgęstnieje. Flany wyjęte na talerzyki polewamy sosem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Siła posiłku