Zaufanie i uznanie. Co ich kryzys robi z nami i społeczeństwem

Czujność i sceptycyzm są nam potrzebne – chronią przed manipulacją. Gdy jednak stają się domyślną reakcją na świat, tracimy poczucie bezpieczeństwa. Jak temu zaradzić?
Czyta się kilka minut
Scena z serialu „Rozdzielenie” // Fot. Apple TV / materiały prasowe
Scena z serialu „Rozdzielenie” // Fot. Apple TV / materiały prasowe

Kobieta budzi się na stole konferencyjnym. Nie wiemy, kim jest, co to za miejsce. Ona też nie wie. Z głośnika płyną pytania „kim jesteś?”, „jak masz na imię?”. Jedyne, co o sobie wie, to w którym stanie się urodziła.

To opis sceny otwierającej serial „Rozdzielenie”. Metafora uczucia, którego doświadczamy, gdy jesteśmy zdezorientowani, nie mamy wewnętrznej narracji, pamięci, kontekstu, punktów odniesienia, innych ludzi wokół. Wiemy o sobie tylko tyle, ile mówi instytucja, która nas stworzyła. Nie mamy komu opowiedzieć siebie.

To obraz nie tylko korporacyjnej dystopii, ale także doświadczenia opisywanego przez badania społeczne. Według najnowszego Edelman Trust Barometer – dorocznego globalnego raportu badającego zaufanie do instytucji – poziom poczucia krzywdy społecznej i braku wiary w sprawiedliwość społeczną nigdy nie osiągnął tak wysokiego poziomu. Ponad 60 proc. badanych uważa, że system faworyzuje elity kosztem zwykłych ludzi, zaufanie maleje, a rośnie pesymizm dotyczący przyszłości.

Te dane wskazują na rozszczelnienie relacji, rozpad poczucia więzi i przynależności do wspólnego świata. Przedstawiają obraz sytuacji, w której człowiek nie jest uznany jako podmiot – nie ma historii, bo nie istnieje nikt, wobec kogo ta historia mogłaby zaistnieć. A istnienie jest przecież relacyjne.

Jak gabinet terapeuty przejmuje funkcję utraconych przestrzeni wspólnotowych

Z czymś odwrotnym mamy do czynienia w gabinecie terapeutycznym. Tam także przychodzi się z poczuciem dezorientacji, ale pojawia się ktoś, kto słucha. Częstym wyznaniem jest: wtedy „nikomu o tym nie mówiłam”, „z nikim o tym nie rozmawiałem”. Tyle że to nie tyle wyraz zaufania, co wskazanie na postępujący brak innych przestrzeni do poruszania trudnych tematów. Może coraz rzadziej czujemy, że poza miejscem przeznaczonym na wgląd i samorozumienie nasze przeżycia i uczucia są traktowane serio.

Uruchamianie odtwarzacza...

Gabinet staje się wyodrębnioną przestrzenią podmiotowości i bezpieczeństwa, gdzie przez chwilę można doświadczać współmyślenia, zamiast natychmiast orientować się w gąszczu przeciążających nas uczuć i informacji. Jednocześnie, tak jak w „Rozdzieleniu” – nasze życie wewnętrzne zostaje oddelegowane do tej jednej sfery, a to „prawdziwe” toczy się gdzie indziej. Rozdzielenie nie jest więc tylko fabularnym zabiegiem, ale doświadczeniem, które jest nam dobrze znane, tylko w mniej spektakularnej formie. Gabinet przejmuje funkcję utraconych przestrzeni wspólnotowych.

A przecież terapia nigdy nie była i mimo jej rosnącej popularności nie jest warunkiem dobrego życia. Coraz częściej jednak do gabinetu terapeutycznego kieruje nas trudność w przeżywaniu zaufania: do innych, że można się do nich zbliżać, ale i do samych siebie – do swojej oceny, sądów, uczuć. Trudno też o poczucie, że nie musimy wszystkiego rozstrzygać, ani ze wszystkim mierzyć się sami.

Kryzys zaufania czy kryzys uznania: w czym naprawdę tkwi nasz problem

Badacze od lat zastanawiają się, co jest głównym czynnikiem leczącym w psychoterapii i pomimo złożoności problemu wciąż przeważa pogląd, że o wiele ważniejsza od techniki lub konkretnego podejścia jest jakość relacji z terapeutą. Tym, co ją umożliwia, nie są może słuszne rozpoznania i interpretacje, lecz doświadczenie współmyślenia i zaciekawienia innej osoby sobą.

Czujemy się potraktowani serio – bo terapeuta uznaje nasze uczucia, nie ocenia ich, nie koryguje, robi dla nich miejsce. A to klucz do zaufania. Psychologia opisuje to precyzyjniej: jako zaufanie epistemiczne. Nie chodzi tu o zaufanie rozumiane jako przekonanie, że inni będą przestrzegać reguł życia społecznego. Chodzi o gotowość przyjęcia, że to, co ktoś do mnie mówi, może mieć dla mnie osobisty sens. Że mogę – choćby na chwilę – obniżyć czujność i dopuścić możliwość uczenia się, czyli uznawania komunikatów do mnie płynących za wiarygodne.

Czujność i sceptycyzm są nam potrzebne. Chronią przed manipulacją. Kłopotliwe jest  jednak to, kiedy postawa obronna zaczyna dominować i nie można jej osłabić. Jeśli domyślną reakcją wobec świata staje się podejrzenie, nie można czuć się bezpiecznie i polegać na innych. Zaufanie epistemiczne nie oznacza więc braku krytycyzmu, a gotowość do przyjęcia nowych treści. Aby otworzyć umysł na uczenie się, potrzebujemy czuć się rozpoznani jako odrębne podmioty, posiadające własne stany mentalne.

Większość z nas, wchodząc w rozmaite role społeczne, szuka dla siebie uznania, ale tu chodzi o coś bardziej pierwotnego. Uznanie nie dotyczy tylko naszych ról, ale szerszego widzenia nas, także jako tych, którzy mają życie wewnętrzne: intuicje, przeżycia, uczucia, motywacje i myśli. Rozpoznanie naszej podmiotowości przez innych jest warunkiem współmyślenia.

Tak więc mechanizm, który ujawnia się w relacji terapeutycznej, w skali makro działa podobnie – tylko zamiast pacjenta i terapeuty mamy obywatela i instytucje. To, co opisujemy jako kryzys zaufania, może być kryzysem uznania – doświadczeniem, w którym jednostka nie czuje się widziana jako podmiot, a wówczas trudno jej traktować komunikaty płynące od innych jako wiarygodne.

Gdy brak zaufania spotyka się z teoriami spiskowymi

Badania Chloe Campbell z University College London pokazują, że brak stabilnego doświadczenia uznania może prowadzić zarówno do nadmiernej podejrzliwości, jak i do jej odwrotności – nadmiernej łatwowierności i desperackiej potrzeby przyjęcia wszystkiego, co oferuje ktoś, kto składa obietnicę bycia zobaczonym i oferuje spójną, choć niekoniecznie prawdziwą, opowieść. Brak uznania rozregulowuje czujność. Albo nie obniża się ona wcale, albo obniża się tam, gdzie nie powinna.

Kiedy myślenie w obliczu nadmiaru informacji i sprzecznych komunikatów staje się samotnym wysiłkiem, zamienia się w wyczerpanie. Powoduje więc zarówno niezdolność do zaufania, jak desperackie próby znalezienia odpowiedzi, słowem: właściwej i spójnej narracji.

W tym kontekście diagnoza z Edelman Trust Barometer spotyka się z rosnącą popularnością teorii spiskowych i jednoczesną podatnością na ślepą wiarę wobec osób o skłonnościach manipulacyjnych i autorytarnych, które bez najmniejszego poczucia zażenowania szafują prostymi receptami na każdy złożony problem. Nadmierna podejrzliwość i naiwność nie są tu przeciwieństwami, lecz dwoma biegunami tej samej niestabilności.

Nadmierna ufność i pop-psychologiczne narracje

Inną ilustracją naszej skłonności do nadmiernej ufności, gdzie pojawia się w miarę proste wyjaśnienie, jest nabierająca rozpędu tendencja do nadużywania pojęć z zakresu psychologii do opisywania rzeczywistości – własnej i cudzej. Kategoryzowanie innych jako gaslighterów, przemocowców czy narcyzów upraszcza relacje i zmniejsza ich złożoność. Nie chodzi o to, że te zjawiska nie istnieją, ale że nasz obraz świata czasem sprowadza się do etykiet, które podsuwają pop-psychologiczne narracje.

Redukcja złożoności daje tymczasowe poczucie kontroli. Jednocześnie chroni przed realnym kontaktem – bo realny kontakt wymaga wysiłku interpersonalnego, czyli gotowości do zawieszenia czujności albo korygowania założeń pod wpływem nowych doświadczeń relacyjnych.

Do czego prowadzi nieufność na poziomie społecznym

Jeśli tak rozumiane uznanie jest warunkiem uczenia się od drugiego człowieka, to co dzieje się ze wspólnotą, gdy doświadczenie uznania słabnie?

Na poziomie indywidualnym nieufność prowadzi do wycofania, nadmiernej podejrzliwości lub zależności. W szerszym zakresie społecznym – do dezintegracji wspólnego świata. Siłą rzeczy, implikuje to zanik kooperacji i współdziałania. Gdy coraz więcej jednostek nie czuje się widzianymi, a ich konkretne życia nie są brane pod uwagę, lecz traktowane jako dane statystyczne, czujność staje się odpowiedzią mającą chronić poczucie wewnętrznej ważności i integralności.

Rzecz nie dotyczy więc przede wszystkim zdolności do krytycznego myślenia, ale ochrony poczucia własnego istnienia. Jeśli coraz więcej osób nie czuje się rozpoznanych, komunikat – jakkolwiek prawdziwy – nie może do nich trafić, bo nie jawi się jako wiarygodny relacyjnie. Problem nie dotyczy statusu poznawczego twierdzenia, lecz warunku jego przyjęcia.

Czy jesteśmy ważni dla systemu

Przytoczony na początku raport opiera się na szerokich badaniach opinii publicznej i od lat uchodzi za jedno z ważniejszych źródeł diagnozy nastrojów społecznych. Skoro ponad połowa respondentów deklaruje przekonanie, że system działa przede wszystkim na rzecz wybranych, a nie ludzi takich jak oni, to znaczy, że ogromna część społeczeństwa nie czuje się w ogóle przez niego rozpoznana.

To już nie tylko wyraz rozczarowania czy gniewu, lecz doświadczenie utraty łączności z innymi. Jej konsekwencją jest konieczność samodzielnego orientowania się w świecie bez dających elementarne poczucie bezpieczeństwa punktów odniesienia.

Skoro decyzje podejmowane na wyższych szczeblach nie są przeżywane jako coś, co dotyczy bezpośrednio mojego życia, komunikaty płynące z tych samych źródeł tracą wiarygodność. Moja osobista rola nie ma już znaczenia, a to chwieje moim poczuciem osobistego sensu i istnienia.

Wiedza nie tracie na wartości, ale przestaje być istotna

W badaniach wyłania się także tendencja do przeżywania poczucia krzywdy o charakterze systemowym, w którym wybrzmiewa zasadny bunt wobec tego, że elity wykorzystują, a zwykli ludzie nie mają realnego wpływu nawet na swoją najbliższą rzeczywistość. Trudno się dziwić, że rośnie poczucie zagrożenia i rywalizacji – jeśli są grupy, które zyskują kosztem innych, a zasoby są ograniczone, to nie współdzielimy świata. A czujność staje się wówczas postawą zasadną i permanentną.

Można się dziwić, dlaczego rośnie sceptycyzm wobec teorii naukowych i narzędzi, którymi współczesna nauka operuje. Tymczasem eksperckość traci na znaczeniu nie dlatego, że wiedza traci wartość, ale że przestaje być istotna. Ludzie nie pytają już tylko, czy coś jest prawdziwe. Pytają, czy ktoś ich rozpoznaje. Bez tego rozpoznania autonomia staje się obowiązkiem samodzielnego rozstrzygania wszystkiego, co jest zadaniem skrajnie wyczerpującym.

Z psychologicznego punktu widzenia czujność w odpowiedzi na to strukturalne wykluczenie staje się całkiem racjonalną postawą mającą chronić tożsamość. Świat społeczny jawi się jako przestrzeń rywalizujących narracji, które nie są różnorodne i paralelne, lecz wzajemnie się wykluczają i stanowią potencjalne zagrożenie. W ten sposób pętla się domyka: brak uznania prowadzi do obrony, obrona utrudnia kontakt, a brak kontaktu pogłębia poczucie niebycia widzianym.

Jednostka w kulturze narcyzmu

Popularność „Rozdzielenia” ma wiele przyczyn, ale mnie interesuje w serialu to nieprzyjemne uczucie postępującego zaniku łączności pomiędzy naszymi wewnętrznymi przeżyciami a wizerunkiem czy funkcją społeczną, w ramach której nie czujemy się szczególnie istotni. Helly słyszy pytania, ale nie ma relacji, która nadałaby im sens. Instytucja komunikuje się, ale nie „widzi”. To dystopijna wizja doświadczenia, w którym świat pozornie poprawnie działający pozbawiony jest podstawowego budulca, jakim są więzi. Przynajmniej w tym hierarchicznym układzie.

Kiedy pod koniec lat 70. Christopher Lasch pisał o kulturze narcyzmu, pokazał m.in., że jednostka w świecie słabnących struktur wspólnotowych musi sama podtrzymywać własne znaczenie. Ta niemoc zostaje w przywołanej scenie doprowadzona do ekstremum. Kultura późnej nowoczesności kładzie akcent na wydajność, samowystarczalność i niezależność, a przywołany obraz odsłania jej inne oblicze – poczucie nieistnienia, które ta wydajność produkuje.

Carlo Strenger, nieżyjący już izraelski psychoanalityk, pisał ponad dekadę temu o narastającym lęku przed nieistotnością. W świecie, w którym punktem odniesienia stają się wszyscy i wszystko, tracimy poczucie własnego znaczenia. Nie mamy konkretnych relacji, bo odniesieniem jest dość abstrakcyjna figura sukcesu i osiągnięć ucieleśnianych przez takich czy innych bohaterów zbiorowej wyobraźni.

Niemniej, kiedy poczucie osobistego znaczenia jest zagrożone, czujność staje się formą obrony. Można stać się nadmiernie nieufnym albo nadmiernie podatnym na wpływy – oba te ruchy mają chronić integralność. Trudniej zaufać także sobie, a bez zaufania do własnych stanów można tylko doświadczać amplifikacji własnego lęku.

Żeby pokonać kryzys zaufania, nie wystarczy lepiej się komunikować

Zaufanie w świecie, w którym nie czujemy się widziani i rozpoznani, przestaje być bezpieczne. Najbardziej racjonalną postawą staje się obrona własna. Kłopot pojawia się wtedy, gdy obrona odcina nas od źródła tego, co nas konstytuuje – od innych. System może monitorować, klasyfikować, pytać, ale jeśli nie uznaje nas jako podmiotów, pozostajemy w stanie permanentnego rozdzielenia.

W przywoływanej na początku scenie z serialu bohaterka pytana jest nawet o samopoczucie. O ironio – zupełnie jak w gabinecie. Ton jest uprzejmy, pytanie poprawne. A jednak nie ma relacji, która nadałaby tym pytaniom sens. Mówi głos instytucji, a po drugiej stronie jest doświadczenie pustki, izolacji i zagubienia. Pytanie bez relacji nie może budować zaufania, a tylko potęgować lęk. Może dlatego ta scena oddziałuje tak mocno? Bo pokazuje świat, w którym komunikaty krążą, lecz nie ma ich prawdziwych adresatów?

Jeśli kryzys zaufania jest w istocie kryzysem uznania, nie wystarczy lepiej się komunikować. Bez doświadczenia bycia rozpoznanym jako ktoś, a nie coś, autonomia zamienia się w samotny obowiązek rozstrzygania wszystkiego samemu. Dialog – w terapii i poza nią – może się zacząć od prostego aktu, mianowicie uznania czyjegoś doświadczenia za realne. Bez tego komunikaty, nawet jeśli poprawne, nie mają mocy budowania więzi.

Zostaje pusta przestrzeń, w której nie wiemy, kim jesteśmy, jak się nazywamy i skąd się wzięliśmy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jak znów sobie zaufać