Mała dziewczynka przykłada ucho do piecyka i nasłuchuje rozmów, które toczy jej mama, psychoterapeutka, w pokoju poniżej. Nie wszystko rozumie, ale coś do niej dociera. Amerykański fotograf Gregory Crewdson jako dziecko podsłuchiwał rozmowy swojego ojca, psychoanalityka, który miał gabinet w suterenie ich domu.
To doświadczenie przełożył później na obrazy. Podsłuchiwanie i zaglądanie w to, co najbardziej intymne, pociąga i zarazem przeraża, ale często tak naprawdę niewiele słyszymy, bo sami czujemy się niesłyszani.
Nagrodzona dopiero co Oscarem „Wartość sentymentalna” (najbardziej zapadła mi w pamięć melodia piosenki Terry’ego Calliera „Dancing Girl”) to jedna z wielu opowieści o potrzebie bliskości i tęsknocie za nią, ale jej siła polega na tym, że wykracza daleko poza kino.
Ten film uderza tym, jak bardzo pragniemy być usłyszani. Problem w tym, że słyszenie innych wymaga miejsca, którego często w sobie nie mamy. Nie słuchamy ani nie słyszymy częściej nie z braku dobrej woli, ale po prostu dlatego, że nie potrafimy, bo nam samym zabrakło tego doświadczenia.
Słuchając innych, słyszymy tak naprawdę siebie
Słyszenie drugiej osoby rzadko kiedy jest neutralne – uruchamia w nas obszary, które bywają dla nas nieznośne, z którymi nie umiemy sobie radzić, których nie chcemy czuć. Przeżywamy zawstydzenie i poczucie winy. Im głębsza więź, tym większy potencjał zranienia. Stosujemy uniki, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, bo od najwcześniejszych lat nasiąkamy przekonaniami i emocjami swoich rodzin. Uczymy się, jak obchodzić się ze sobą i z innymi.
Co uchodzi za właściwe i dopuszczalne, a od czego odwraca się wzrok. Częściej uciekamy nie od drugiego człowieka, ale od tego, co jego słowa, obecność i doświadczenie wywołują w nas samych.
Nasze wewnętrzne melodie zabarwiają rzeczywistość, ale bywamy z nimi tak zżyci, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w nas grają. Zawsze słuchamy z pewnego miejsca i w pewnej tonacji, a to decyduje o tym, co i w jaki sposób jesteśmy w stanie usłyszeć. Nasze lęki i braki dyktują naszą gotowość do przyjęcia cudzej perspektywy, a nieraz całkowicie determinują to, jak ją widzimy, nie zostawiając nawet miejsca na wysłuchanie drugiego.
Uciekamy się do szybkiego naprawiania siebie, do bagatelizowania, do zaprzeczania, bo obecność drugiego zawsze nam coś robi. Im więcej tego, co w nas samych nieprzeżyte i nieopowiedziane, tym mniej miejsca zostaje również na cudzą odrębność – włączamy innych we własną opowieść, piszemy własny scenariusz, odmawiając innym, zupełnie nieintencjonalnie, tego samego prawa. Wyjście poza tę perspektywę wymaga odwagi.
Rzecz jest o tyle złożona, że zanim się w sobie rozejrzymy, sami jesteśmy już domem umeblowanym przez historie naszych bliskich z poprzednich pokoleń, przez to, jak były one przez nasze otoczenie przetwarzane, co zostało wydobyte, a co przemilczane.
To wszystko nie znika – po prostu kształtuje naszą rzeczywistość, określa granice naszego ruchu, wpływa na to, jakie emocje dominują, a im mniej jest uświadomione, tym bardziej uporczywie powraca. Nasze światy wewnętrzne zamieszkane są przez setki opowieści, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy.
Nieszczęścia rodzinne są zawsze niepowtarzalne
Brytyjski psychoanalityk Adam Phillips zwraca uwagę, że freudowska psychoanaliza od zarania koncentrowała się na tym, co w rodzinach nie funkcjonuje dobrze, ale nie daje obrazu tego, co mogłoby działać w nich lepiej. Jesteśmy zależni od naszych osobistych historii.
Niemniej to, co ludzie wobec siebie czują, pozostaje kluczowe, dlatego psychoanaliza nie jest „leczeniem przez mówienie”, ale właśnie „leczeniem przez słuchanie” – tworzeniem przestrzeni dla wypowiedzenia swoich uczuć, bez natychmiastowych rad i rozwiązań w odpowiedzi.
Dopiero mówiąc do drugiej osoby, możemy usłyszeć siebie i odkryć, co czujemy i przeżywamy. Właśnie ta prawda bywa w relacjach nie do zniesienia. Relacje często nie rozpadają się z powodu braku uczuć, ale z powodu niemożności usłyszenia się nawzajem. A więc nie chodzi o brak komunikacji, lecz brak przestrzeni, w której to, co zostaje powiedziane, może zostać przyjęte.
Historie rodzinne z traumą w tle są tyleż jednostkowe, co uniwersalne. Słynne słowa Tołstoja, otwierające „Annę Kareninę” – że „wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” – znajdują w „Wartości sentymentalnej” swoje potwierdzenie. Nieszczęście ma swój nastrój, kontekst, melodię – swoją niepowtarzalność. Rozminięcia, ból utraty, konflikty, nieporozumienia, opuszczenie, bliskość i oddalenie są głęboko wpisane w istotę ludzkiego doświadczenia.
W opowieści Nory, zawartej w eseju szkolnym i przedstawionej w pierwszych ujęciach „Wartości sentymentalnej”, dom staje się nośnikiem i świadkiem historii, losów oraz zmagań jej rodziny. Jego ściany pamiętają nie tylko obrazy, ale i dźwięki – odgłosy narodzin, śmierci, dziecięcej radości, kłótni małżeńskich, a potem dojmującą ciszę, która zapada po wyprowadzce ojca.
Dom jest przestrzenią, która mieści w sobie emocje swoich mieszkańców – te, których oni sami nie są w stanie dźwignąć. To, co nie znajduje języka, nie znika, ale zostaje we wspólnej przestrzeni i przenika relacje – z pokolenia na pokolenie.
Wiedza terapeutyczna nie chroni przed zranieniem
Dorosła już Nora siedzi w garderobie, nie może zaczerpnąć powietrza, spętana nie tylko sztywnym gorsetem, ale także czymś w rodzaju ataku paniki, który nawiedza ją tuż przed wyjściem do publiczności. Jest doświadczoną aktorką teatralną, bezbłędną na scenie, ale poza nią zagubioną, odciętą od swoich uczuć, które dają o sobie znać przez symptomy cielesne.
Gdy wreszcie staje przed publicznością, jej bohaterka krzyczy z całą mocą: „słuchaj!”. Na scenie komunikuje coś, co w niej żyje, ale tylko w ten sposób może to przeżywać – w życiu nie słyszy własnych uczuć, a gniew przesłania jej słyszenie innych. Dla Nory sztuka jest formą pośrednią, która mieści to, czego ona sama nie umie w sobie rozpoznać i unieść, a co zarazem znajduje w jej rolach swój wyraz.
Jej siostra Agnes inaczej poradziła sobie z opuszczeniem przez ojca i z historią rodzinną – założyła własną rodzinę, a spokój znalazła w stabilnej pracy historyczki, starając się rozumieć innych, ale nie zagłębiając się zanadto w siebie. Stabilność i przewidywalność też są sposobem, żeby radzić sobie ze zranieniem, nie muszą być koniecznie jego przeciwieństwem.
Sissel, czyli matka Nory i Agnes, musiała – jako praktykująca psychoterapeutka – wysłuchać wielu osobistych historii w swoim gabinecie. To doświadczenie, a tym bardziej wiedza nie mogły jej uchronić ani przed rozpadem małżeństwa, ani przed depresją, podobnie jak jej córek przed bólem relacyjnym. Takie przygotowanie nie daje odporności na własne uwikłania ani nie uzdrawia własnych obciążeń. Może Sissel również brakowało przestrzeni na bycie usłyszaną we własnym domu?

Filmowy dom rodzinny staje się nośnikiem emocji nie tylko wspomnianych bohaterek, ale kilku pokoleń, ponieważ jest świadkiem przeżyć jego mieszkańców, ich tragedii. Ból straty i opuszczenia jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, bezwiednie, w sposób przemilczany, a zarazem żywotnie obecny.
Matka Gustava, ojca dziewczynek, będąc ofiarą represji nazistowskich, popełnia w tym domu samobójstwo. Widać, jak historia się powtarza – on również został opuszczony. Nora sądzi, że wybrał karierę zawodową, nie wie i nie rozumie, że być może uciekł przed wspomnieniem, którego nie był w stanie udźwignąć, przed miejscem, które pamiętało o tym zdarzeniu. Zranienie nie zaczyna się od jednej osoby, jest powielaną historią w kolejnych pokoleniach, które stają się jego nieświadomymi nosicielami.
Konflikt nie jest wadą czy skazą naszej relacji
Słuchanie wymaga czasu i przestrzeni. Niektóre emocje i przeżycia są nie do zniesienia właśnie dopóty, dopóki nie zostaną opowiedziane. Taką opowieścią ma być nowy scenariusz napisany przez Gustava dla Nory – rola, którą ona początkowo odrzuca. Dopiero przeczytawszy scenariusz pod wpływem siostry, odnajduje w nim jakoś siebie, widzi siebie, słyszy siebie w opowieści ojca, który mimo swojej nieobecności zaskakująco dobrze ją wyczuwa.
Najtrudniejszą rzeczą jest wpuścić, usłyszeć, co ta druga osoba ma do powiedzenia, zanim poczynimy – pewnie i słuszne – wnioski na podstawie własnych zranień. Początkiem pojednania jest chwila, gdy druga osoba przestaje być tylko figurą naszej krzywdy, kiedy zaczynamy dostrzegać, że ona też coś w sobie nosi i czuje.
Relacje rodzinne są z istoty swej przepełnione konfliktem; rzecz nie w tym, żeby uczynić je bardziej harmonijnymi, ale żeby znaleźć język, za pośrednictwem którego można o tym konflikcie rozmawiać. Konflikt nie jest wadą czy skazą relacji. Nie jest też dowodem jej porażki.
Gniew i rozczarowanie, ambiwalencja, rywalizacja, potrzeba uznania to uczucia, których nie możemy uniknąć – właśnie tam, gdzie jesteśmy najbardziej zależni i potrzebujący. Problemem nie są te uczucia, ale to, że brakuje nam języka, by je ubrać w słowa, gdy w nich utykamy nawet o tym nie wiedząc. Milczenie i unik nie usuwają konfliktu – sprawiają jedynie, że działa spod spodu – przez symptomy i powtórzenia.
Jeśli więc ten film jest obrazem jakiegoś pojednania i odzyskania łączności, to jest to obraz niedosłowny – taki, który, mimo że poniekąd czerpie z psychoterapeutycznej opowieści o najgłębszych pragnieniach i potrzebach człowieka, zarazem nie dostarcza gotowych odpowiedzi.
Unikanie konfrontacji z przeszłością, bólem, pretensją, poczuciem straty i rozgoryczeniem jest oczywiście sposobem przetrwania. Jednak dopiero uniesienie tych wszystkich uczuć, zrobienie dla nich miejsca, daje szansę na zmianę, na powrót do siebie, na uznanie własnego doświadczenia.
Miłość nie unieważnia odrębności
Siłą, która znosi oddalenie, niemożność patrzenia i słyszenia, jest więź, jakiś fundament, miłość – jakkolwiek ją definiujemy.
Nie chodzi jednak o miłość pozbawioną wybojów, taką, w której sprawy toczą się gładko i w której nie doświadczyliśmy zranień. Miłością może być odwaga usłyszenia siebie i drugiego; pojednanie z uwzględnieniem różnic; przyjęcie tego, że moja wersja zdarzeń i to, co zdarzyło się innym, są tak samo prawdziwe. Że drugi nie pozbawia mnie własnej historii.
Być może miłość nie polega na pełnym zrozumieniu, lecz na gotowości, by nie unieważniać cudzej odrębności tylko dlatego, że rani ona nasze własne wyobrażenie o tym, co się wydarzyło.
Dlatego w tej tęsknocie i pragnieniu sprowadzenie cierpienia do kłopotów z komunikacją czy nieporozumień jest drogą na skróty. W dzisiejszych czasach podsuwana jest nam opowieść – a my ją ochoczo chwytamy – że jeśli popracujemy nad sobą, załagodzimy konflikty, przepracujemy traumy, łączność z innymi odzyskamy w prostym, linearnym ruchu.
Tymczasem inna, psychoanalityczna z ducha perspektywa zwraca uwagę na dysharmonię – na to, że tym, co możemy, jest nauczyć się z nią żyć. Żyć z krzywdą, z tęsknotą, z cierpieniem, którego sami w sobie całkiem nie rozpoznajemy – i nie przestawać dostrzegać innych. Czasem wydaje się, że opowieści to wszystko, co mamy.
Bycie wysłuchanym wspiera relację.
Język filmowy i artystyczny, cierpiący na własne uwikłania, pokazuje rzeczy, których wielowymiarowości i afektu dosłowność interpretacji nas pozbawia. Są przecież doświadczenia, których nie da się odzyskać wprost – można jedynie zbliżyć się do nich przez metaforę, obraz, ton, muzykę, spojrzenie, pauzę.
W swoim słynnym przemówieniu na pogrzebie prof. Marii Janion Olga Tokarczuk podkreślała, że „największą chorobą naszych czasów stał się literalizm – tendencja do ograniczającej myślenie dosłowności”. Dlatego właśnie „Wartość sentymentalna” jest wartością uczucia i przeżycia, pokazania i rozpoznania, a nie dramatem rozgrywającym się w terapeutycznym gabinecie. Czasem połączenie dokonuje się w subtelnym geście, w drobnej chwili uznania, w przejściowym dostrojeniu.
„Bycie wysłuchanym może sprawić, że stajemy się zdolni znieść – a nawet polubić – słuchanie samych siebie i innych; od tego zaś zależy sama demokracja” – przypomina Adam Phillips. Być może właśnie pojednanie zaczyna się nie od rozwiązania konfliktu, lecz od odnalezienia siebie w cudzej historii, tym razem nie przez podsłuchiwanie, ale nasłuchiwanie tego, co mamy do powiedzenia sobie nawzajem. Z takiej obecności bierze się przestrzeń, w której nikt nie musi już krzyczeć, by zostać usłyszanym.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















