Mar-a-Lago, ekskluzywna rezydencja nad Oceanem Atlantyckim, to jedna z najlepszych inwestycji Trumpa. Nie dość, że jej wartość w ostatnich latach mocno wzrosła, to jest maszynką do zarabiania na miliarderach. Do klubu w Palm Beach należy pięciuset członków, którzy płacą wysokie roczne opłaty i zostawiają krocie w barze, restauracji i sali do gry w karty. Trump zarabia tu także na organizacji przyjęć.
Gdy w 2017 r. po raz pierwszy znalazł się w Białym Domu, uznał, że z Mar-a-Lago może wycisnąć jeszcze więcej. Tylko dlatego, że został prezydentem, podniósł wpisowe do 200 tys. dolarów. Dziś opłata wynosi pięć razy więcej i nie sposób tego wytłumaczyć inflacją. Ostatnią podwyżkę – z 700 tys. do miliona dolarów – wprowadzono w październiku 2024 r., niedługo przed wyborami prezydenckimi.
Miliony dla Donalda i Melanii
Gdy wkrótce potem Trump je wygrał, Mar-a-Lago znów stało się mekką dla szefów korporacji, lobbystów i gigantów technologicznych próbujących wkupić się w jego łaski. Na tych pielgrzymkach skorzystała Melania Trump. To po wizycie w Mar-a-Lago założyciel Amazona, Jeff Bezos, zgodził się zainwestować w produkcję filmu dokumentalnego na jej temat. Według nieoficjalnych doniesień Melania zarobi na tym 28 mln dolarów.
Ci, którzy chcą zyskać przychylność Trumpa, szturmują też inne jego ośrodki, coraz droższe dla klientów. Np. wpisowe w klubie golfowym w Bedminster w stanie New Jersey urosło z 75 tys. do 125 tys. dolarów. Ale opłaty to nie wszystko. Chcąc przypodobać się Trumpowi, niektórzy zasilają powiązany z nim komitet MAGA Inc. – w pierwszym półroczu 2025 r. zebrał on 177 mln dolarów.
To zawrotna suma jak na grupę wspierającą polityka bez szans na reelekcję (w Stanach, tak jak w Polsce, można być prezydentem dwie kadencje). Mimo to protrumpowski komitet za udział w kolacji z prezydentem inkasuje ponoć od darczyńców milion dolarów. Według doniesień medialnych spotkanie sam na sam z Trumpem może kosztować 5 mln dolarów.
Amerykański prezydent samolotem z Kataru
Także rodzina Trumpa chce zarabiać na jego obecności w Białym Domu. Najstarszy syn, Donald Trump Jr., zainwestował w klub w Waszyngtonie, gdzie wstęp możliwy jest po otrzymaniu zaproszenia i wpłaceniu pół miliona dolarów wpisowego. Zgodnie z nazwą klubu – Executive Branch, Organ Wykonawczy – lobbyści i przedsiębiorcy mają spotykać się tam z doradcami prezydenta i członkami jego gabinetu. Taki pomysł budzi wątpliwości etyczne, jednak za drugiej kadencji Trumpa już nic nie wydaje się szokować.
Może poza przyjęciem przez prezydenta luksusowego samolotu od władz Kataru, o czym w maju mówił cały świat. Odrzutowiec, zwany „latającym pałacem”, po kosztownych przeróbkach – związanych z wymogami bezpieczeństwa – ma służyć jako samolot prezydencki. Trump zadeklarował, że po zakończeniu rządów przekaże go bibliotece jego imienia (ta jeszcze nie powstała).
Interesy Trumpów od Zatoki Perskiej po Wietnam
Katarczycy podarowali prezydentowi odrzutowiec niedługo po tym, jak jego średni syn, Eric Trump, podpisał w Katarze umowę na budowę pola golfowego i osiedla nadmorskich willi. Jako wiceprezes Trump Organization, firmy współzarządzanej przez niego na czas prezydentury ojca, przypieczętował też intratne projekty w Dubaju i Arabii Saudyjskiej.
W celach biznesowych do Europy poleciał z kolei Donald Junior: pod koniec kwietnia spotkał się m.in. z Aleksandarem Vučiciem, prezydentem Serbii – kraju, który zgodził się wcześniej na zbudowanie w Belgradzie hotelu sygnowanego nazwiskiem Trumpa. Projekt budzi kontrowersje: ma powstać w miejscu dawnego ministerstwa obrony Jugosławii, zbombardowanego w 1999 r. przez siły NATO.
Wpływy rodziny prezydenta USA sięgają też Wietnamu. W maju Eric uczestniczył w ceremonii rozpoczęcia budowy luksusowego osiedla i pól golfowych na przedmieściach Hanoi, stolicy kraju. Trump Organization i jej lokalny partner dostali zgodę na tę budowę od wietnamskiego rządu w czasie, gdy ten negocjował obniżenie ogłoszonych przez Biały Dom 46-procentowych ceł na towary eksportowane z Wietnamu do USA.
Trumpowie w świecie kryptowalut
Nową miłością rodziny prezydenta, która już za pierwszej jego kadencji robiła interesy za granicą, są kryptowaluty. Na ostatniej prostej kampanii prezydenckiej Trump wraz z synami i innymi inwestorami uruchomili nową firmę: World Liberty Financial oferuje kryptowalutowe tokeny $WLFI.
Z zeznania finansowego Trumpa za rok 2024 wynika, że dzięki udziałom w tej firmie zarobił na czysto ok. 57 mln dolarów. Na początku września wypuszczono tokeny na giełdy kryptowalut, co ma jeszcze bardziej podnieść zyski. Po debiucie $WLFI Trumpowie wzbogacili się o 5 mld dolarów – przynajmniej na papierze.
Prezydent zarabia też na własnej kryptowalucie, którą wprowadził na rynek w styczniu, przed objęciem urzędu. Według „Financial Timesa” w pierwszych tygodniach sprzedaż memecoina o nazwie $TRUMP przyniosła co najmniej 350 mln dolarów zysku. Gdy potem jego cena spadła poniżej 10 dolarów za sztukę, ogłoszono, że Trump zaprosi największych 220 inwestorów na kolację w swoim klubie golfowym w Wirginii.
Grupie 25 wybrańców, którzy wpompowali najwięcej w memecoiny, zaproponowano dodatkowe spotkanie z prezydentem i oprowadzanie po Białym Domu. Chwyt marketingowy zadziałał: cena memecoina z dnia na dzień podskoczyła o ponad 60 procent.
Jednocześnie Trump liberalizuje przepisy dotyczące kryptowalut i obsadza stanowiska ludźmi przychylnymi temu rynkowi. W lutym administracja wycofała się z pozwu przeciw Coinbase, giełdzie kryptowalut. Przekazała ona milion dolarów na inaugurację Trumpa. Taką darowiznę wpłaciły też inne firmy pragnące uzyskać korzystne dla siebie regulacje.
Prezydenckie perfumy gwarancją sukcesu
Jak przystało na biznesmena, Trump nie zapomniał o czerpaniu zysków w skali mikro, czyli wysysaniu pieniędzy od fanów z ruchu MAGA. W sklepie internetowym prowadzonym przez Trump Organization można kupić czapki z hasłem „Make America Great Again”, bluzy, koszulki, a nawet stroje do pilatesu i golfa, fartuchy oraz bombki.
Nowym sposobem na zarabianie są perfumy o nazwie „Victory 45-47”, które – jak reklamował Trump na platformie Truth Social – gwarantują „zwycięstwo, siłę i sukces”. Wszystko za jedyne 249 dolarów. Jeszcze przed objęciem urzędu Trump zarabiał na limitowanej edycji perfum „Fight, fight, fight” – nawiązanie do słów, które wykrzyczał po próbie zamachu na jego życie w lipcu 2024 roku.
Jak można dorobić się na gadżetach, pokazuje zeznanie finansowe Trumpa za ubiegły rok. Ze sprzedaży sygnowanych swoim nazwiskiem gitar, zegarków, butów, perfum i Biblii zgarnął prawie 8 mln dolarów. Mówimy zresztą o człowieku, który w trakcie kampanii zarabiał na swoich problemach prawnych.
Sąd uchylił Trumpowi karę za oszustwa
Po tym, jak w sierpniu 2023 r. stawił się w areszcie w Georgii, gdzie był oskarżony o próbę odkręcenia wyników wyborów w 2020 r., sprzedawał t-shirty i inne gadżety ze swoim zdjęciem z akt policyjnych (postępowanie w Georgii utknęło w martwym punkcie). Ponieważ nie ściga się urzędujących prezydentów, w listopadzie 2024 r. umorzono z kolei dwie federalne sprawy karne Trumpa.
Powrót do Białego Domu nie ochronił go jednak przed problemami finansowymi. Gdy zaczynał ponownie prezydenturę, nadal miał do zapłacenia ponad pół miliarda dolarów kary w dwóch sprawach cywilnych. W jednej skazano go za oszustwa finansowe w Trump Organization, w drugiej za zniesławienie pisarki E. Jean Carroll.
Choć ostatecznie sąd apelacyjny uchylił astronomiczną karę w sprawie oszustw, Trump zapewne pamięta, jak gorączkowo szukał firmy ubezpieczeniowej chętnej do udzielenia mu poręczenia. Sam, jak twierdził, nie miał dość gotówki, by zabezpieczyć kaucję i powstrzymać nowojorską prokuraturę przed zajęciem jego majątku.
Być może dlatego prezydent tak mocno inwestuje dziś w kryptowaluty, bo chce zgromadzić jak najwięcej płynnych aktywów finansowych, co może go zabezpieczyć w przyszłości w podobnych sytuacjach.
Dawne konflikty interesów to dziś błahostki
Działania Trumpa wyróżniają go na tle innych prezydentów USA. Wprawdzie oni też bogacili się na fakcie zasiadania w Białym Domu, ale zwykle po odejściu z urzędu.
Tradycyjnie eksprezydenci zarabiają na wydawaniu bestsellerowych autobiografii i wykładach. Niecałe sto dni po zakończeniu drugiej kadencji Barack Obama za jedno przemówienie zainkasował 400 tys. dolarów, czyli równowartość rocznej pensji prezydentów USA. Obama wziął pieniądze od jednego z banków, choć w czasie urzędowania krytykował finansistów z Wall Street.
Cięgi za przemówienia opłacane przez banki zbierała też Hillary Clinton, była rywalka Trumpa w wyborach w 2016 r. Innym razem skandal wybuchł, gdy za rządów jej męża Billa wyszło na jaw, że jako niedoświadczona inwestorka zarobiła prawie 100 tys. dolarów na kontraktach terminowych. Biały Dom musiał się z tego tłumaczyć, choć sprawa dotyczyła końcówki lat 70. XX w., na długo zanim Hillary została pierwszą damą.
Konflikty interesów to bolączka polityki w USA. Weźmy przykład Huntera Bidena, który za prezydentury ojca sprzedawał za dzikie pieniądze swoje amatorskie obrazy, co rodziło pytanie, czy kupujący chcą coś ugrać w Białym Domu.
Inna historia dotyczy byłej szefowej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi: jej mąż inwestuje na giełdzie, choć jako kongresmenka ma ona informacje potencjalnie kluczowe dla tych transakcji. Pelosi wielokrotnie zaprzeczała, jakoby doradzała w inwestycjach mężowi.
Dziś te historie mogą wydać się błahostką. Trump wyniósł bogacenie się na władzy na poziom wcześniej nieznany.
Autorka jest dziennikarką „Press” i byłą korespondentką w USA. Stale współpracuje z „Tygodnikiem”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















