Marta Zdzieborska: Czego od amerykańskiego rządu oczekują chrześcijańscy nacjonaliści?
Katherine Stewart: To zależy, czy mówimy o liderach ruchu, czy o zwykłych Amerykanach. Wśród tych drugich, wielu osobom wcale nie marzy się teokracja. Liczą się dla nich konserwatywne wartości i dlatego głosują na polityków powtarzających, że Amerykanie to chrześcijański naród i należy całkowicie znieść prawo do aborcji. Ale to nie oznacza, że oczekują fundamentalnych zmian w funkcjonowaniu państwa.
Liderom ruchu zależy z kolei na zdobyciu większej władzy dla siebie oraz organizacji i polityków, których wspierają. Chcą też, by rząd finansował ich inicjatywy. Roztaczają wizję, że Ameryka jest na skraju upadku w związku z działaniami radykalnej lewicy i dążeniem do równości społecznej. Te mroczne siły można ujarzmić jedynie z pomocą silnego, autorytarnego przywódcy.
I tu pojawia się Donald Trump, który w czerwcu 2015 r. zjeżdża ruchomymi schodami z Trump Tower i ogłasza pierwszą kampanię prezydencką. Dlaczego chrześcijańscy nacjonaliści mają dwukrotnego rozwodnika za wybawcę?
Bo podczas pierwszej prezydentury spełnił obietnice wyborcze, nominując do Sądu Najwyższego trzech konserwatywnych sędziów, którzy przyczynili się do zniesienia konstytucyjnego prawa do aborcji. Popierał także deregulację i obniżył podatki. Przedstawiany jest jako niedoskonały wybraniec Boga, który ma sprawić, że Ameryka powróci do tzw. judeochrześcijańskich korzeni. Religijnej prawicy podobają się jego autorytarne ciągoty. Nie chcą miłego faceta przestrzegającego zasad, tylko człowieka, który je łamie i przymusza innych do ustępstw.
Trump 2.0 powołał już zespół ds. dyskryminacji wobec chrześcijan, który ma tropić przypadki nadużyć ze strony administracji Bidena. Co jeszcze zrobił?
Jego administracja pozwoliła np. na promowanie przekonań religijnych w miejscu pracy. Inną reformą jest to, że Kościoły nie muszą się już obawiać problemów podatkowych, gdy popierają z ambony konkretnych polityków. Takie wytyczne wydał niedawno amerykański fiskus.
Do tej pory Kościoły za agitację polityczną przynajmniej w teorii mogły stracić przysługujące im zwolnienie z podatków.
Właśnie – w teorii, bo Kościoły, a szczególnie te wspierane przez konserwatystów, od lat mobilizują wyborców do głosowania na konkretnych kandydatów. A wracając do reform administracji Trumpa: ułatwiono finansowanie prywatnych szkół religijnych i instytucji. Obcięto fundusze na badania dotyczące nierówności społecznych, ochrony klimatu i innych kwestii, które kłócą się z wizją chrześcijańskich nacjonalistów.
A czy chrześcijańskim nacjonalistą jest sekretarz obrony Pete Hegseth? W maju zorganizował w Pentagonie modlitwę, podczas której wychwalano Trumpa jako przywódcę wybranego przez Boga.
Religijny nacjonalizm jest nie tylko zbiorem poglądów jego zwolenników, ale także wpływa na system polityczny. Z tej perspektywy Hegsetha można uznać za reprezentanta tego ruchu. Nosi popularne wśród skrajnej prawicy tatuaże, które nawiązują do średniowiecznych krucjat. Publicznie wychwalał pastora Douga Wilsona, który twierdzi, że przyznanie kobietom praw wyborczych było błędem, a niewolnictwo nie jest czystym złem, jeśli realizuje się je w „biblijny” sposób.
Czyli jaki?
Zgodny z interpretacją Biblii według Wilsona.
Hegseth twierdził z kolei w przeszłości, że nie powinno się dopuszczać kobiet do misji bojowych w wojsku. Kiedy czytałam Pani książkę „Wyznawcy władzy”, zszokowało mnie, że chrześcijańscy nacjonaliści są także przeciwko programom socjalnym dla ubogich. Jak to argumentują?
Niektórzy liderzy ruchu nie czują się w obowiązku tego tłumaczyć. A jeśli już to robią, to mówią, że pomaganie biednym jest wymysłem radykalnej lewicy. Inni z kolei przekonują, że obowiązek pomocy spoczywa nie na państwie, tylko rodzinie i Kościołach. I właśnie ta teoria służy do lobbowania za zwiększeniem funduszy publicznych dla Kościołów. Zdarza się, że niektóre z nich pomagają ubogim głównie po to, by ich nawracać. To, jak pastorzy ewangelikalni najchętniej wydają kościelne pieniądze, pokazuje chociażby przykład duchownych takich jak Kenneth Copeland, Jesse Duplantis czy T.D. Jakes.
Czytałam, że niektórzy pastorzy mieszkają w luksusowych willach, formalnie zakwalifikowanych jako plebanie. Dzięki temu nie muszą płacić astronomicznego podatku od nieruchomości. Religijna prawica jest też mistrzem w szafowaniu terminem „wolności religijnej”, by ugrać korzystne dla siebie przepisy. Jak to działa w praktyce?
Podstawowym wytrychem jest przedstawianie „wolności” jako prawa do dyskryminowania osób, których działania lub styl życia urażają uczucia konserwatywnych chrześcijan.
W ten sposób religijni szefowie nie muszą refundować środków antykoncepcyjnych dla swoich pracownic w ramach firmowego ubezpieczenia zdrowotnego.
Innym sposobem jest próba podciągnięcia religii pod przepisy chroniące wolność wypowiedzi. Wszelką odmowę przekazania funduszy publicznych dla organizacji religijnych można wtedy okrzyknąć zamachem na ich prawo do wolności wypowiedzi.
Pisze Pani o szkołach powiązanych z chrześcijańskim nacjonalizmem. Czy ich rosnąca popularność w USA jest odpowiedzią na nauczanie o rasie i tożsamości płciowej w szkołach publicznych?
To głębszy problem. Już w 1979 r. pastor Jerry Falwell napisał, że gdy pewnego dnia w USA znikną szkoły publiczne, kontrolę nad edukacją przejmą związki wyznaniowe, a placówki będą prowadzić chrześcijanie. Inny wpływowy przywódca religijny D. James Kennedy (który dostał miliony dolarów od rodziny Betsy DeVos, sekretarz edukacji za pierwszych rządów Trumpa) mówił, że szkoły publiczne są „ateistyczne” i że piorą dzieciom mózgi w imię „bezbożnego sekularyzmu”. Choć niszczenie publicznego systemu edukacji było od dawna celem amerykańskich konserwatystów, ich działania nie były tak śmiałe.
Proszę wytłumaczyć.
Gdy w 2012 r. wydałam pierwszą książkę na temat religijnej prawicy, tylko nieliczni mówili otwarcie, że chcą wykończyć szkoły publiczne i stworzyć ogólnokrajową sieć placówek finansowanych przez państwo i jawnie faworyzujących określoną religię. Teraz jest inaczej. Obecnie aktywiści dążą do przepychania w konserwatywnych stanach reform takich jak nakaz wieszania Dziesięciu Przykazań w każdej klasie w szkołach publicznych. W Teksasie szkoły podstawowe dostają dotacje, jeśli włączą do programu wątki dotyczące chrześcijaństwa. Władze w Oklahomie z kolei kazały nauczać na temat Biblii.
Przypomnijmy, że mówimy o kraju, gdzie obowiązuje rozdział Kościoła od państwa.
Konserwatywna prawica jednak nie odpuszcza. Niedawno wytoczyła sądową batalię o to, by można było finansować z publicznych pieniędzy otwarcie religijne szkoły charterowe (to szkoły publiczne, ale mające większy stopień autonomii – red.). Ostatecznie przegrała tę walkę, bo jeden z dziewięciu sędziów Sądu Najwyższego USA wycofał się z orzekania w tej sprawie. Sędziowski pat – czterech sędziów było za, a czterech przeciwko – zablokował otwarcie katolickiej szkoły charterowej w Oklahomie.
Tym razem się nie udało, jestem jednak pewna, że konserwatywna prawica będzie dalej wszczynała takie batalie. W międzyczasie chrześcijańscy nacjonaliści podważają zaufanie do programu nauczania w szkołach publicznych. Atakują np. krytyczną teorię rasy głoszącą, że lata niewolnictwa i segregacji rasowej doprowadziły w USA do utrwalenia rasizmu instytucjonalnego.
Chrześcijańscy nacjonaliści mają własną teorię na temat metod wychowawczych. Jeden z bohaterów „Wyznawców władzy”, pastor Ralph Drollinger, krytykował rodziców odmawiających bicia dzieci.
Drollinger w jednym ze swoich przewodników dla kół biblijnych cytuje Księgę Przysłów: „Nie szczędź chłopcu karcenia, jeżeli go uderzysz rózgą, nie umrze. Ty go uderzysz rózgą, a jego duszę wyrwiesz z krainy umarłych”. To podejście dobrze tłumaczą słowa jednej z matek, którą poznałam w trakcie pracy nad książką. Powiedziała mi, że daje swoim dzieciom mocne klapsy, bo to ich uczy szacunku do autorytetów i lęku przed Bogiem.
Pastor Drollinger organizował też koła biblijne dla polityków, co pozwalało mu lobbować w sprawach ważnych dla agrobiznesu, który reprezentował. Twierdził, że „ekologia to fałszywa religia”, a ochrona określonych gatunków zwierząt jest sprzeczna z wolą Boga. Czy w tej grze nie chodzi tak naprawdę o religię, tylko głównie o interesy amerykańskich bogaczy?
Te dwie rzeczy się łączą. Z jednej strony mamy szeregowych zwolenników chrześcijańskiego nacjonalizmu, którzy chcą zwiększenia roli religii w państwie, a z drugiej – miliarderów pompujących ogromne pieniądze w istotne dla nich sprawy. Stąd tak powszechna u chrześcijańskich nacjonalistów interpretacja Biblii, według której bogactwo jest oznaką boskiej przychylności.
W „Wyznawcach władzy” pisze Pani, że za rozwój ruchu chrześcijańskiej prawicy w dużej mierze odpowiadają plutokraci z Michigan, w tym Richard DeVos, współzałożyciel sieci sprzedaży bezpośredniej Amway, popularnej w Polsce w latach 90.
Plutokraci z Michigan byli tylko jednymi z odpowiedzialnych za rozwój ruchu. Tak jak piszę też w swojej najnowszej książce „Money, Lies and God”, ruch dotują nie tylko chrześcijanie, ale także żydzi czy nawet ateiści. To, co ich łączy, to potrzeba zduszenia liberalizmu i rzekomo przeżartego biurokracją rządu.
A to idealnie pasuje do retoryki Trumpa i Republikanów, którzy potrzebują konserwatywnych chrześcijan, by wygrywać wybory.
Dlatego Republikanie od lat tak mocno podgrzewają wojny kulturowe. Przeciętnego wyborcy nie zmobilizują hasła typu „dajmy się jeszcze bardziej wzbogacić miliarderom” czy „zabierzmy ludziom opiekę zdrowotną”. Partia Republikańska twierdzi, że broni wartości rodzinnych, a tak naprawdę wspiera reformy, przez które amerykańskim rodzinom żyje się jeszcze trudniej.
Dziś ważną częścią partyjnej retoryki jest szczucie imigrantami, co dobrze komponuje się z poglądami chrześcijańskich nacjonalistów. Uważają, że Ameryka powstała jako kraj białych chrześcijan i imigranci go osłabiają. A to rodzi dziś konflikt między konserwatywnymi i liberalnymi chrześcijanami, których Kościoły pomagają imigrantom i przez to stają się celem nalotów ze strony służb odpowiedzialnych za deportacje.
Czy sojusz Republikanów z chrześcijańskimi nacjonalistami zmienił się od czasów pierwszej prezydentury Trumpa?
Na pewno obecna administracja jest bardziej skupiona na wprowadzaniu radykalnych reform. Pomaga jej w tym Project 2025, przygotowany przed wyborami plan przebudowy amerykańskiego rządu. Ludzie Trumpa czują się dziś pewniej także za sprawą konserwatywnej większości w Sądzie Najwyższym, która potencjalnie może rozstrzygać na korzyść najbardziej kontrowersyjnych reform.
W aliansie między chrześcijańskimi nacjonalistami a Republikanami pomagają pastorzy namawiający wiernych, by głosowali na „wartości biblijne”. Wyposażeni w narzędzia technologiczne, mogą nawet sprawdzić, czy dana osoba oddała już głos w wyborach. To niepojęte!
Liderzy ruchu dobrze wiedzą, że pastorzy mają duże zaufanie wśród lokalnych społeczności. Dlatego stworzyli organizacje, jak Faith Wins czy Watchmen on the Wall, które werbują i szkolą pastorów tak, by byli skuteczni w mobilizowaniu wyborców. Pastorzy, którzy się w to angażują, mają zazwyczaj w tym interes lokalny lub religijny. A wykorzystują to politycy chcący osłabić amerykańskie instytucje i szerzej – demokrację.
Dodajmy, że pastorzy są kluczowi w mobilizacji ludzi, którzy rzadko chodzą na wybory.
To po pierwsze, a po drugie, amerykańska prawica jest skuteczna w werbowaniu takich wyborców za pomocą organizacji religijnych, programów radiowych i dezinformacji w social mediach. Nie wszyscy jednak pastorzy to pochwalają. Regularnie piszą do mnie duchowni, którzy z zaniepokojeniem obserwują, jak ich wierni się radykalizują, wierząc w teorie, jakoby za wszystkie problemy w Stanach odpowiadała radykalna lewica czy sekretna siatka pedofilów. Wielu pastorów jest wobec tego bezsilnych.
Tymczasem liderzy ruchu chrześcijańskich nacjonalistów nie chcą już tylko uczestniczyć w dyskusji na temat amerykańskiej demokracji. Oni chcą ją zniszczyć i skonsolidować władzę w rękach nowej elity.

KATHERINE STEWART – amerykańska dziennikarka od lat śledząca działania religijnej prawicy i jej sojusz z polityką. Artykuły Stewart ukazywały się na łamach „The New York Timesa” i magazynu „The New Republic”. Jest autorką kilku książek, m.in. „Money, Lies and God” (premiera w lutym br.), „The Power Worshippers” („Wyznawcy władzy” – polskie wydanie właśnie ukazało się nakładem wydawnictwa Czarne) oraz „The Good News Club” (2012).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















