USA same to sobie zrobiły. Bez Amerykanów nie byłoby irańskiego programu atomowego

Amerykanie próbują dziś zmusić Teheran do ograniczenia programu jądrowego. A przecież to oni podarowali mu pierwszy reaktor i kształcili u siebie irańskich inżynierów – w czasach, gdy Iran był monarchią. Już wtedy pojawiały się opinie, że irański szach chce zbudować swoją bombę atomową.
Czyta się kilka minut
Prezydent Dwight Eisenhower (po lewej) i szach Iranu Mohammed Reza Pahlavi w Pałacu Marmurowym w Teheranie. Iran, 14 grudnia 1959 r. // Fot. AP / East News
Prezydent Dwight Eisenhower (po lewej) i szach Iranu Mohammed Reza Pahlavi w Pałacu Marmurowym w Teheranie. Iran, 14 grudnia 1959 r. // Fot. AP / East News

Jest 8 grudnia 1953 roku, w Nowym Jorku trwa sesja Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Prezydent USA Dwight D. Eisenhower wygłasza przemówienie, które potem zostanie uznane za jedno z najważniejszych w jego politycznej karierze.

Ponad osiem lat po zrzuceniu bomb nuklearnych przez USA na Hiroszimę i Nagasaki, by zmusić Japonię do kapitulacji, Eisenhower przekonuje, że prace nad atomem powinny służyć pokojowym celom.

„Nie wystarczy odebrać tę broń żołnierzom. Należy przekazać ją tym, którzy wiedzą, jak wykorzystać ją do sztuki pokoju” – dowodzi i proponuje powołanie międzynarodowej agencji, która byłaby odpowiedzialna m.in. za przechowywanie zapasów materiałów rozszczepialnych. Wszystko po to, by wykorzystać je w rolnictwie i medycynie.

Uruchamianie odtwarzacza...

Jak powstał amerykański program „Atom dla pokoju”

Ostatecznie taki „bank uranu” wtedy nie powstał. Powstała za to Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, a Eisenhower dał się poznać jako – jakbyśmy dziś powiedzieli – mistrz pijaru. Można pokusić się o taką tezę, bo jego 24-minutowe wystąpienie, momentami mocno pompatyczne, doprowadziło do uruchomienia programu nazwanego też mocno górnolotnie: „Atom dla pokoju”.

Amerykańska inicjatywa, mająca wspierać inne kraje w tworzeniu cywilnego programu jądrowego, według wielu historyków miała charakter propagandowy. W tamtym czasie, gdy trwała zimnowojenna rywalizacja z Sowietami, Stany chciały ugruntować swoją pozycję jako lidera technologii jądrowej i zacieśniać relacje z sojusznikami, kusząc ich dostępem do atomowego know how.

Program mógł być też zasłoną dymną: w czasie, gdy promowano pokojowe użycie energii jądrowej i podpisywano umowy o współpracy z Brazylią, Argentyną czy Pakistanem – w laboratoriach amerykańskich budowano kolejne bomby. Na miesiąc przed swoją przemową w Nowym Jorku Eisenhower – weteran II wojny światowej, podczas której jako generał dowodził wojskami alianckimi w Europie – zezwolił na zwiększenie amerykańskiego arsenału nuklearnego.

Początki atomowej współpracy amerykańsko – irańskiej

Wśród krajów, którym Stany otwarły drzwi do programu „Atom dla pokoju”, był też Iran – wówczas rządzony przez prozachodniego króla (szacha) Mohammada Rezę Pahlawiego. W 1959 r., dwa lata po podpisaniu z USA umowy o współpracy, szach otworzył centrum badań nuklearnych na Uniwersytecie Teherańskim. W 1967 r. Irańczycy dostali reaktor badawczy wraz z paliwem jądrowym zawierającym aż 93 proc. izotopu uranu-235.

Robert Einhorn, ekspert ds. kontroli zbrojeń z Brookings Institution, tłumaczy w rozmowie z „Tygodnikiem”, że w tamtych czasach było to standardowe paliwo w reaktorach badawczych, choć teoretycznie mogło posłużyć do produkcji broni jądrowej.

– Dopiero wiele lat później dokonano zmian i teherański reaktor zasilany był paliwem o mniejszej zawartości uranu, do 20 procent – mówi Einhorn, dodając, że obsługiwanie tego „prezentu” od Amerykanów było w początkowych latach swoistą szkołą, kształcącą kadrę irańskich naukowców nuklearnych.

Reaktor ten, jak wykazał w 2004 r. raport Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, posłużył też później do eksperymentów mających na celu produkcję polonu-210, obecnego w tzw. inicjatorze berylowo-polonowym. Umieszczany jest on w niektórych bombach w celu uruchomienia łańcuchowej reakcji rozszczepienia. Prowadzi to do uwolnienia ogromnej energii i ostatecznie do wybuchu. 

Samochód ciężarowy promujący program "Atom dla pokoju". // Fot. Corbis / Getty Images

Program atomowy irańskiego szacha

Podejmując cywilną współpracę atomową z USA, szach Pahlawi chciał pokazać, że trzyma się reguł. Podpisał traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) już 1 lipca 1968 r., czyli tego samego dnia, gdy został on przedłożony do ratyfikacji.

Tym samym szach poddał swój kraj kontroli inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Traktat NPT stanowi jasno: kraje posiadające już broń nuklearną zobowiązują się do nieprzekazywania jej innym państwom. Te zaś, które jej nie mają, deklarują, iż nie będą dążyć do jej pozyskania.

Szach podpisał więc traktat i zaczął pompować miliardy dolarów w rozwój cywilnego programu jądrowego, który postrzegał jako krok ku industrializacji i modernizacji kraju. Miał na to pieniądze, bo Iran, tak jak inne państwa regionu, wzbogacił się na kryzysie naftowym, który wybuchł w 1973 r.

Rok później Pahlawi ogłosił, że w ciągu dwóch dekad chce zbudować ponad 20 reaktorów i powołał Organizację Energii Atomowej Iranu, odpowiedzialną za badania nad potrzebną technologią. Ku zaniepokojeniu Waszyngtonu zaczął też mówić o prawie Iranu do rodzimej produkcji paliwa jądrowego. Twierdził wręcz, że restrykcyjne zasady współpracy z USA naruszają „narodową suwerenność”.

Pytany w 1974 r. przez francuskich dziennikarzy, czy Iran tak jak Indie będzie miał kiedyś broń nuklearną, odparł: „Bez wątpienia, szybciej niż można się tego spodziewać”.

Irański program atomowy z francuskim i niemieckim wsparciem

Tymczasem Amerykanie śledzili działania Irańczyków. Jak wnikliwie, to pokazuje odtajniona notatka ambasady USA w Teheranie z 15 kwietnia 1976 r. Czytamy w niej, że dwa lata po uruchomieniu Organizacji Energii Atomowej Iranu, zatrudniała ona już ponad tysiąc pracowników, że trwa rozwój ośrodków badań jądrowych, podpisano listy intencyjne w sprawie budowy czterech elektrowni i zaczęto poszukiwanie złóż uranu w kraju i za granicą.

„Rząd Iranu pielęgnuje wrażenie, iż jego ambitny plan wyprodukowania 23 tys. megawatów energii jądrowej do 1994 r. ma być alternatywą dla elektrowni cieplnych i hydroelektrowni, i że w żadnej mierze nie jest on wstępem do prac nad bronią jądrową” – pisali autorzy notatki, w której pojawia się też informacja, że Organizacji Energii Atomowej Iranu pośrednio doradza waszyngtońska firma konsultingowa NUS Corp.

W notatce mowa jest też o współpracy Iranu z Francją, a konkretnie o pożyczce udzielonej przez szacha francuskiemu Komisariatowi ds. Energii Atomowej. W zamian za miliard dolarów na budowę francuskiego zakładu wzbogacania uranu Iran miał zyskać prawo do zakupu 10 procent jego przyszłej produkcji. Francja zgodziła się też sprzedać Teheranowi pięć reaktorów i szkolić irańskich naukowców.

Szach Pahlawi podpisał również umowę z Kraftwerk Union, firmą z Niemiec Zachodnich, która miała wybudować dwa reaktory w miejscowości Buszehr.

Amerykański znaczek pocztowy nawiązujący do programu „Atom dla Pokoju”, 1955 r. // Domena publiczna / Wikimedia

USA długo bagatelizowały możliwości, jakie stwarzał Iranowi program atomowy

Budowę tę zawieszono, gdy w 1979 r. wybuchła rewolucja, która obaliła szacha i ustanowiła republikę islamską. Siłą rzeczy do Iranu nie trafiło już osiem reaktorów zamówionych w Stanach.

W sprawie tych reaktorów już wcześniej toczyły się długie negocjacje: zaniepokojona polityką szacha administracja Jimmy’ego Cartera naciskała, by zmienić warunki kontraktu. Chodziło o to, by Irańczycy bez zgody Stanów nie mogli poddać recyklingowi zużytego paliwa jądrowego dostarczonego przez Amerykanów. Miało to wykluczyć ryzyko, że wykorzystają je do prac nad bronią jądrową.

Amerykański analityk William Burr pisze na łamach „Bulletin of the Atomic Scientists”, że USA zaczęły uważniej śledzić działania Iranu w 1974 r. Po tym, jak w tym właśnie roku Indie przeprowadziły pierwszą próbną eksplozję bomby jądrowej, obawiano się, iż zachęci to inne kraje do jej pozyskania.

Robert Einhorn, który za rządów prezydenta Obamy był negocjatorem w rozmowach z Teheranem, mówi „Tygodnikowi”, że wcześniej, w latach 50. i 60. XX w., Stany miały zupełnie inną perspektywę. – Gdy uruchamiano program „Atom dla pokoju”, niedopuszczenie do rozprzestrzeniania broni jądrowej nie było aż tak istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa USA. Broń jądrową miały wówczas tylko Stany Zjednoczone, Związek Sowiecki i Wielka Brytania – wylicza Einhorn.

– Być może zakładano, że większości państw nie będzie stać na ogromne nakłady technologiczne, przemysłowe i finansowe związane z pozyskaniem tej broni. Nie zdawano sobie też chyba do końca sprawy, w jakim stopniu cywilny program jądrowy może utorować drogę do prac nad programem wojskowym – uważa Einhorn.

Irańscy eksperci z amerykańskiego MIT

Zanim wybuchła rewolucja, która wstrzymała na kilka lat irański program nuklearny, Pahlawi zdążył wykształcić na Zachodzie grupę inżynierów. Część uczyła się w jednej z najbardziej prestiżowych uczelni w USA: Massachusetts Institute of Technology (MIT).

Jak donosił w 1975 r. dziennik „New York Times”, kandydaci na studia, wskazani przez irańskie władze, mieli rozmowy kwalifikacyjne w Teheranie z Kentem Hansenem, dziekanem wydziału inżynierii jądrowej MIT. Program kształcenia dla kilkudziesięciu Irańczyków miał kosztować 1,4 mln dolarów. Tak dużo, bo szach musiał opłacić dwukrotnie wyższe czesne, m.in. ze względu na koszty zakupu nowego sprzętu laboratoryjnego.

Obecności Irańczyków na MIT sprzeciwiali się amerykańscy studenci: uważali, że może to prowadzić do proliferacji broni jądrowej. Zorganizowano nawet w tej sprawie referendum: przeciw „programowi irańskiemu” na uczelni głosowało 1001 osób, a za 214.

Władze wydziału tym się nie przejęły. Obawy studentów bagatelizowano, twierdząc, że są dziedziny bardziej kluczowe dla prac nad bronią jądrową, jak chemia, a irańskie reaktory nie są wystarczająco zaawansowane technologicznie.

Większość irańskich absolwentów została w USA

Farah Stockman, wieloletnia dziennikarka gazety „Boston Globe”, prześwietliła losy 28 irańskich absolwentów programu na MIT. Ustaliła, że co najmniej trzy osoby pracowały potem przy budowie programu nuklearnego – potem, to znaczy już za republiki islamskiej, gdy irańskim pracom będzie towarzyszyć podejrzenie, iż ich cel jest także wojskowy.

Doktorat na MIT zrobił wtedy Ali Akbar Salehi, przyszły szef Organizacji Energii Atomowej Iranu i minister spraw zagranicznych w latach 2010-13.

Według ustaleń dziennikarki większość, bo niemal dwie trzecie irańskich absolwentów MIT, nie wróciła do kraju. Niektórzy pracowali potem dla przemysłu obronnego USA czy Amerykańskiej Komisji Dozoru Jądrowego.

Cytowany przez „Boston Globe” profesor MIT Marvin M. Miller wspominał, że w latach 70. wśród amerykańskich polityków i urzędników miało przeważać myślenie, iż Iran powinien postawić na energię jądrową, bo jego złoża ropy kiedyś się skończą. Taką argumentację stosował także szach, a potem przywódcy islamskiej republiki.

Pakistan wypełnił lukę po Ameryce

Po obaleniu szacha prace nad atomem wznowiono w Iranie w latach 80. XX w., korzystając z pomocy Pakistanu – wcześniej także beneficjenta programu „Atom dla pokoju”.

Tak jak Teheran, Pakistańczycy otrzymali od Amerykanów reaktor badawczy wraz z paliwem, szkolono ich także z inżynierii jądrowej. W latach 80. Waszyngton przymykał oko na rozwijany w Pakistanie program nuklearny, bo kraj ten był kluczowy dla przerzutu broni dla afgańskich mudżahedinów, walczących z armią sowiecką w Afganistanie.

Za pracami, które miały doprowadzić do zbudowania przez Pakistan własnej bomby atomowej (pierwszy próbny wybuch przeprowadzono w 1998 r.), stał Abdul Qadeer Khan. Wcześniej, jeszcze w latach 70. XX w., był on zatrudniony w amsterdamskim laboratorium współpracującym z URENCO – światowym dostawcą wzbogaconego uranu.

Khan wykradł tajne informacje dotyczące technologii i wrócił do Pakistanu. To właśnie on, jak przyznał w 2005 r. Islamabad, sprzedał Iranowi wirówki do wzbogacania uranu – ponoć bez wiedzy własnego rządu. Autorzy think tanku Carnegie Endowment for International Peace podejrzewają, że współpraca Iranu z Pakistanem mogła obejmować też szkolenie irańskich naukowców w pakistańskich ośrodkach badań jądrowych.

Czy Teheran podejmie teraz ryzyko?

Islamska Republika Iranu rozwijała swój program nuklearny także z pomocą Chin, Argentyny (która też skorzystała na „Atomie dla pokoju”) i Rosji. W 1995 r. Moskwa podpisała z Teheranem umowę na dokończenie przez Rosjan budowy elektrowni w Buszehr. Z czasem Rosjanie stali się kluczowym partnerem Iranu w zakresie energii jądrowej (choć rozbieżne są zdania, czy Kreml chciałby, aby Teheran wszedł w posiadanie tej broni).

Dziś, po 12-dniowej wojnie między Izraelem i USA a Iranem, światowi analitycy głowią się, w jakim stanie jest irański program atomowy. Robert Einhorn prognozuje w rozmowie z „Tygodnikiem”: – Atak USA, a wcześniej izraelskie bombardowania ukazały słabość irańskiej strategii odstraszania. Można założyć, że doprowadzi to tylko do zwiększania presji, by Iran pozyskał broń nuklearną, co zagwarantowałoby też przetrwanie irańskiego reżimu. Nie jest jednak jasne, czy Teheran podejmie to ryzyko.

Z dzisiejszej perspektywy można by uznać, że twórcy programu „Atom dla pokoju” patrzyli na świat przez zbyt różowe okulary.

Autorka jest dziennikarką „Press” i byłą korespondentką w USA. Stale współpracuje z „Tygodnikiem”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Prezent dla szacha