Przez 12 dni Izrael wzbił się na szczyty maestrii militarnej: błyskawicznie eliminując irańską obronę powietrzną i lotnictwo, bombardując instalacje nuklearne, magazyny i wyrzutnie rakiet, zaplecze badawcze i produkcyjne, bazy wojskowe. Doskonały wywiad pozwolił Izraelczykom zabić kilkanaście osób odpowiadających za program nuklearny oraz kilku najwyższych dowódców i kilkudziesięciu średniego szczebla.
Rozmach strategiczny Izraela pokazały bombardowania infrastruktury krytycznej (m.in. rafinerii, magazynów paliw, sieci energetycznych i wodociągów w Teheranie), mediów, siedzib sił bezpieczeństwa, osławionego więzienia Ewin itd. Wraz z kampanią dezinformacyjną było to nakierowane na wywołanie protestów i obalenie reżimu (tu bez efektu). Ukoronowaniem operacji było włączenie się do konfliktu Stanów Zjednoczonych, które zaatakowały instalacje nuklearne.
Przez 12 dni Iran odpowiadał, ostrzeliwując rakietami i dronami cele w Izraelu. Efektów nie możemy być pewni (działa cenzura). Ale choć rakiet było dużo mniej, niż oczekiwano, a 90 proc. przechwyciła obrona powietrzna, to trafiały m.in. w obiekty wojskowe, budynki Mosadu. Odpowiedzią zaś na atak USA był ostrzał rakietowy amerykańskiej bazy w Katarze, o którym jednak Irańczycy uprzedzili, aby nie było ofiar. Innych ataków, którymi Iran groził – na statki w cieśninie Ormuz, bazy USA w regionie i cele sojusznicze – nie było.
W chwili pisania tego tekstu rozejm jest przestrzegany, ta runda konfliktu została zakończona. Można spróbować zrozumieć, gdzie jesteśmy. I szykować się na kolejne emocje.
Pyrrusowe zwycięstwo Iranu: reżim przetrwał, ale jest bardzo słaby
Iran ogłosił zwycięstwo: oparł się nawale izraelskiej, przetrwał atak supermocarstwa. Uniknął załamania systemu, a jego władze cieszą się zapewne największym od lat wsparciem społeczeństwa skupionego „wokół flagi”. Wciąż ma rakiety i wciąż może potencjalnie uruchomić arsenał instrumentów asymetrycznych i hybrydowych.
Jednak nad Iranem zawisły słowa Pyrrusa, króla Epiru: „Jeszcze jedno takie zwycięstwo i jesteśmy zgubieni”. Bo Iran ma się czym martwić. Okazał się bezbronny wobec ataków na kluczowe elementy państwa i szybko tego nie nadrobi (np. w sferze obrony powietrznej).
Dalej: irański system odstraszania, długo skuteczny, przestał działać. Irańscy proxies albo już nie istnieją (reżim Asada w Syrii), albo są osłabieni (Hezbollah, jemeńscy Huti po wiosennych nalotach USA, milicje szyickie w Iraku). Cała strategia budowy wpływów w regionie stoi pod znakiem zapytania.
Program nuklearny, który miał być polisą ubezpieczeniową Iranu (czy to w – nieoczywistym – przypadku budowy tej broni, czy „tylko” osiągnięcia możliwości jej stworzenia), nie został sfinalizowany. Miliardy weń włożone zostały zamrożone, o ile nie przepadły.
Także możliwości odbudowy potencjału militarnego są marne. Iran pogrążony jest w kryzysie gospodarczym (sankcje zachodnie odgrywają tu kluczową rolę), a obecne zużycie i zniszczenia sprzętu, zaplecza produkcyjnego i gospodarki nie pozwalają na intensywne zbrojenia czy finansowanie np. Hezbollahu.
Co gorsza dla Iranu, okazał się samotny. Wsparcie polityczne tych, których uważał za sojuszników – Rosji, Chin, Szanghajskiej Organizacji Współpracy, BRICS – było symboliczne. Wsparcia militarnego nie było. Zawiodły też nadzieje na dyplomację: do ataku Izraela doszło w trakcie negocjacji z USA. Jeśli Iran wróci do nich, będzie wisieć nad nimi widmo Trumpa, który „dopuścił” do wojny i sam w nią wszedł, choć wcześniej negocjował.
Iran ma wiele problemów, które ostatnia wojna jeszcze wzmocniła
Owszem, Islamska Republika Iranu przetrwała zagrożenie „zmianą reżimu”. Jednak problemy są palące. Największy to niewyobrażalna skala penetracji systemu przez służby izraelskie.
Straty, które Izrael zadał irańskim strukturom, wprawdzie płynnie uzupełniono, ale trzeba czasu, by to się zestroiło. W elicie dominuje dziś zapewne duch jedności, ale też podejrzliwość i spory, co dalej – Izrael zapewne może eliminować kolejne osoby. System nastawiony jest na trwanie, nie na reformę – jego zwornikiem jest 86-letni Ali Chamenei, który jako Najwyższy Przywódca rządzi od 1989 r. Napięcia w systemie są duże, a odruch „oblężonej twierdzy”, doraźnie skuteczny, nie pozwala wyrwać się z impasu.
Impas ten dotyczy nie tylko polityki międzynarodowej i bezpieczeństwa. Zła sytuacja gospodarcza (lepszej nie będzie) potęguje frustrację społeczeństwa. Wojna wprawdzie umacnia to, co je spaja – dumę państwową (irańską) i narodową (perską) – ale odbywa się to kosztem czynnika religijnego (zachodnie badania sugerują, że w Islamskiej Republice tylko 40 proc. identyfikuje się jako muzułmanie; presja na liberalizację rośnie). Idzie za tym ryzyko – ryzyko z punktu widzenia władz – zwiększania wagi głosu obywateli. Wprawdzie czynnik społeczny można tłumić siłą i kanalizować patriotyczną mobilizacją, ale to działania doraźne.
Problemów, które ta wojna wzmocniła, jest więc dosyć. W Teheranie niewątpliwie zdają sobie sprawę z podobieństwa obecnego „zwycięstwa” do tych, które odnieśli Saddam Husajn w wojnie w Zatoce Perskiej z 1991 r. (reżim przetrwał, stłumił powstania szyitów i Kurdów, trwał kolejne 12 lat, po czym upadł) albo Slobodan Milošević w byłej Jugosławii (półtora roku po wojnie o Kosowo z 1999 r., ostatniej z kilku wojen bałkańskich, stracił władzę).
Iran to nie Irak czy Jugosławia, system irański nie zależy od jednego człowieka, reżim nie jest na przegranej pozycji. Ale mierzy się z wyzwaniami, które nie rozwiążą się ani same, ani tanio.
Pyrrusowe zwycięstwo Izraela: mistrzowska taktyka, brak strategii
Powody do satysfakcji ma też Izrael. Zebrał owoce ostatnich dwóch lat odpychania Iranu, odczarował jego potęgę, doprowadził do sytuacji, gdy samodzielnie może zadawać Iranowi bolesne ciosy. Iran to nie Liban czy Gaza – Izrael wszedł dziś do wyższej ligi, premier Beniamin Netanjahu zaczął nowy rozdział w historii swego kraju. Dumnie powiewa pawi ogon wszechmocy izraelskiej armii i wywiadu.
Wątpliwości jest jednak wiele. Przede wszystkim: Izrael nie osiągnął celów operacji. Nie ma gwarancji, że irański program nuklearny został zniszczony. Nie doszło do obalenia reżimu. Izrael zadał Iranowi potężne straty, ale tylko on sam wie, jakie straty poniósł w efekcie irańskiego odwetu (są zapewne większe, niż przyznaje). Więcej: straty ponosił do ostatnich godzin konfliktu, więc nie może mieć nadziei, że Iran został rozbrojony.
Tylko Izrael wie również, ile kosztowała go ta wojna (szacunki mówią, że blisko miliard dolarów dziennie), a także ile zostało mu środków militarnych do atakowania celów w Iranie i strącania irańskich rakiet. Te rachunki niekoniecznie muszą być optymistyczne.

Powodem do satysfakcji dla Izraela może być to, że udało mu się wciągnąć do konfliktu USA – politycznie, przez wsparcie finansowe, sprzętowe i wywiadowcze, na koniec przez naloty. Wojna Izraela wprost stała się wojną Ameryki.
Ale to braterstwo broni podszyte jest problemami. Stany do tej wojny wejść nie chciały, atak na Iran był odosobniony i to Stany wymusiły na koniec (dosadnie, jak się wydaje) na Izraelu wstrzymanie działań. W Stanach nigdy wcześniej nie było tak silnej krytyki zaangażowania się USA po stronie Izraela – nie tylko po stronie lewicowej, ale też na najtwardszym zapleczu Trumpa (ruch MAGA). Izraelski kredyt zaufania w Stanach został poważnie naderwany i niewiele wskazuje, by trend miał się odwrócić.
Ponadto: wiarygodność i atrakcyjność Izraela w regionie Bliskiego Wschodu jest dziś zerowa. Netanjahu okazał się znów mistrzem taktyki, ale trudno dopatrzyć się tu strategii.
Pyrrusowe zwycięstwo USA: Trump na antypodach własnych deklaracji
A co ze zwycięstwem Ameryki, które ogłosił Donald Trump? Niezależnie od jego niezmiennego optymizmu, a także niezależnie od osłabienia Iranu, od pokazu siły i determinacji USA (zarówno gdy idzie o gotowość podjęcia „niewyobrażalnych” operacji zbrojnych, jak i narzucania pokoju) – również Waszyngton znajduje się dziś w trudnej sytuacji.
Zamiast reżyserować sytuację w regionie, Stany zostały wciągnięte w konflikt, a działania, które podjęły, nie dają gwarancji sukcesu (zwłaszcza że nikt tak naprawdę nie wie – poza władzami Iranu – w jakim stanie jest jego program nuklearny).
Forsując wcześniej ideę „deali”, która była zarówno znakiem rozpoznawczym w trakcie wizyty Trumpa na Bliskim Wschodzie (maj tego roku), jak też filarem programu na rynek wewnętrzny i osią negocjacji nuklearnych z Iranem (od kwietnia tego roku), dziś Biały Dom niespodziewanie znalazł się na antypodach własnych deklaracji.
Głosząc politykę niemieszania się w nowe konflikty globalne i ograniczenia nakładów na wszystko, co nie służy interesom USA – Stany nagle zachwiały się na krawędzi prześnionych koszmarów: wojny na Bliskim Wschodzie i wojny z Iranem.
Lawinę zatrzymało wymuszenie zawieszenia broni. Ale każdy kolejny krok będzie ciężki: albo nowa wojna, która nie skończy się już na jednodniowym bombardowaniu, albo negocjacje, w których zarówno Iran, jak i Izrael będą jeszcze mniej godni zaufania Waszyngtonu niż jeszcze miesiąc temu.
Pytania o przyszłość na Bliskim Wschodzie
Wojna dwunastodniowa niczego więc nie rozwiązała – choć znacznie przesunęła granice tego, co wyobrażalne w polityce bliskowschodniej. Ma trzech „zwycięzców”, z których każdy musi nieść teraz ciężar tego sukcesu – problemy egzystencjalne stoją przed Iranem, ale wyzwania stojące przed Izraelem i USA nie są wcale bagatelne. Po kolei zatem.
Najpierw Izrael. Wszedł on w grę, z której nie ma odwrotu. Musi „dokończyć” niszczenie Iranu. Najprościej: znajdując lub prowokując okazję, gdy będzie mógł wrócić do działań wojennych, mając zapewnione wsparcie USA. Równolegle (lub alternatywnie) musi działać na rzecz destabilizacji systemu politycznego Iranu.
Wprawdzie zmiana reżimu jest mrzonką – w Iranie nie ma opozycji, a opozycja emigracyjna jest wyobcowana, kontrowersyjna i albo bez instrumentów politycznych (otoczenie następcy tronu), albo niepopularna, choć punktowo dla reżimu groźna (środowisko Mudżahedinów Ludowych).
Izrael ma jednak instrumenty do podsycania niepokojów społecznych i napięć w elitach. Oraz do działań dywersyjnych – własnych lub za pośrednictwem miejscowych (np. zbrojnych ugrupowań kurdyjskich, beludżyjskich i innych). Perspektywa destabilizacji Iranu sprawia zaś, że trudniej mu pozyskiwać zwolenników w regionie.
Jakie natomiast są perspektywy dla USA i Iranu? Dla Trumpa najlepszym wyjściem byłoby zawarcie porozumienia z „zmiękczonym” Iranem, co najmniej w sprawie programu nuklearnego. Naprzeciw siebie ma jednak teraz co najmniej usztywniony i nieufny Iran – oraz nieprzewidywalny Izrael, zdolny storpedować negocjacje USA–Iran, także przez naciski na amerykańską opinię publiczną.
Tymczasem zaniechanie działania przez USA – to czekanie na nową odsłonę wojny. Scenariusz zaś załamania reżimu w Iranie – to zapowiedź problemów regionalnych, które i tak wciągną w swój wir Amerykę. Bliski Wschód nie jest przy tym jedynym – i nie najważniejszym – frontem politycznym dla Trumpa.
A Iran? Jego pole manewru ogranicza się do kwestii wewnętrznych: konsolidacji systemu, neutralizacji zagrożeń, demonstracji siły wobec społeczeństwa, ale może też ryzyka punktowych reform (na głębszą rewizję systemu potrzeba czasu, choć rzeczywistość już wymusza działania).
Na zewnątrz Iran jest zaś zmuszony do działań reaktywnych. W przypadku kolejnego ataku będzie się bronił – ostrożnie i cierpliwie, jak ostatnio. A w razie bezpośredniego już zagrożenia państwa i systemu – zapewne także przy użyciu wszystkich dostępnych sobie środków.
W scenariuszu rozwiązania politycznego Iran również jest reaktywny. Oferta musi nadejść ze strony USA (nikogo innego), Iran zaś musiałby wtedy grać twardo – szukać gwarancji dla swojego bezpieczeństwa (ze strony USA i Izraela) oraz wymiernych zysków politycznych i gospodarczych (tj. znoszenia sankcji).
Prędzej czy później kolejna runda musi więc nastąpić. Pytanie tylko, jaką przybierze postać.
Tekst ukończono 26 czerwca
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















