Byłem pewien, że N jest święty. Był w partyzantce, był ranny, czego ślady widać było na jego twarzy. Był w Oświęcimiu i uciekł z obozu. Takich, co uciekli, poza nim nie znałem wcale. Przeżył wojnę, był chyba w Anglii, wrócił. Nie wiem, co robił, bo kiedy go poznałem, on wybrał już zakon. Został księdzem. W końcu znałem wielu takich, co byli w partyzantce. Odważnych, z rozmaitymi historiami z tamtych czasów, ale nigdy na myśl mi nie przyszło, że są święci. A on tak.
Mieszkałem z nim – jako kleryk – w jednym domu. Był przełożonym. Nasz dom studiów władze PRL zabrały i mieszkaliśmy w budynku wynajętym od sióstr zakonnych, a na zajęcia chodziliśmy do miejscowego seminarium. W domu było niewiarygodnie ciasno, więc cisza i skupienie w takim miejscu zdawałyby się niemożliwe. A on jako przełożony potrafił w tym ciasnym domu stworzyć warunki do pracy.
Przez dwa lata obserwowałem go codziennie. Każdego dnia widziałem, jak się modlił w niebywałym wyciszeniu. Przez dwa lata słuchałem jego konferencji. Niezwykłe... Dwa lata widywałem go w tym ciasnym domu co dzień i myślałem, wiedziałem, że trafiłem na mądrego i świętego człowieka.
Potem wyjechał, wstąpił do trapistów. Ja zostałem księdzem, też wyjechałem. Dowiedziałem się, że trapistą w końcu nie został, wrócił do Polski, odszedł z zakonu do kleru diecezjalnego. Raz odwiedziłem go w parafii, w której był wikarym. Wiedziałem, że użera się z proboszczem. Potem przychodziły o nim wieści, że odszedł od kapłaństwa, że się ożenił z dawną narzeczoną. Dziś już nie żyje. Wspominam go z wdzięcznością i nie rozumiem. Tak jak nie rozumiem wielu ludzi, których wydawało mi się, że dobrze znałem.
W tym numerze publikujemy przewodnik po miejscach sprzyjających ciszy i kontemplacji. Ja kilkakrotnie jeździłem do kamedułów na Bielany pod Krakowem, na rekolekcje. Osiem dni milczenia, nocne modlitwy brewiarzowe, odcięcie od wszystkich spraw codziennego życia, samotność. Zakonników widziałem, jak pracują w ogrodzie – a pracują ciężko, bo nie jest ich wielu – i jak mówią brewiarz w kościele.
Brewiarz mają dłuższy niż ten, który mówię ja, odmawiają go niezwykle powoli. O tych rekolekcjach powiem jedno: że są trudne. Nie to, co rekolekcje prowadzone przez wprawnego kaznodzieję. Tu jestem sam, jak w godzinie śmierci. Dla człowieka, który ex definitione jest dla innych, dla wiecznego duchowego eksportera, osiem dni samotności (z Bogiem, rzecz jasna) jest trudne i potrzebne. Potrzebne, bo jest to zaprawa do ostatniej na tej ziemi drogi. Polecam.
Ale ważniejsze od miejsc sprzyjających ciszy i skupieniu, ważniejsze od rekolekcji, są jednak spotkania. Nie mam na myśli niezliczonych spotkań księdza z wiernymi. Są one oczywiście ważne, bo po to jest się księdzem, żeby być dla ludzi. Z tego pewnie będziemy sądzeni. Mam jednak na myśli spotkania z ludźmi, którzy żyją w rytmie wieczności. To są ludzie bardzo obecni w życiu doczesnym, bardzo czynni.
Dla nich rytm wieczności nie oznacza wyłączenia się z rytmu ziemskiego. Nawet – jak dziś sądzę – wprost przeciwnie. Gdy teraz patrzę wstecz, widzę, że w moim życiu spotkałem ludzi żyjących kontemplacją Boga, a jednocześnie bardzo obecnych na ziemi, jak N, przełożony naszego ciasnego domu. Takimi byli mistrzowie życia świętego, choć do głowy im nie przychodziło, że tacy są.
Nie osądzam też – to mi przyszło z wiekiem – nikogo. Drogi ludzkie, kiedy się spotykają z bożymi, są przedziwne, a nasze sądy bywają kulawe. Dlatego na stare lata nie osądzam. Sąd zostawiam miłosiernemu Bogu, On najlepiej zna pokręcone ludzkie ścieżki.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















