Dziś nie będę nawiązywał do żadnego z artykułów z bieżącego numeru. Chciałem po prostu pożegnać kogoś, kto był dla mnie ważny.
Poznałem Annę, gdy mieliśmy po kilkanaście lat. Mówiliśmy o sobie „bezeci” i rzeczywiście coś było na rzeczy: z nadejściem PRL-u i reformą uwłaszczeniową nasze rodziny straciły majątek. Trafiliśmy z bratem na kolonie do Makowa Podhalańskiego. Była tam też ona – zdaje się, że również z dwoma lub trzema braćmi, ale zapamiętałem głównie ją, bo nie traktowała nas jak małoletnich przygłupów.
Kolejny raz spotkaliśmy się, kiedy byłem już księdzem, a potem wymienialiśmy listy, widywaliśmy się, rozmawialiśmy – Anna Grocholska stała się częścią mojego życia. Zawsze młodzieńcza, zawsze ciekawa ludzi. Wiadomo, że ludzie się starzeją i umierają, ale ona? Nigdy nie myślałem o niej jako o starszej pani.
Droga Krzyżowa: każda stacja w innej intencji
Była artystką rzeźbiarką. Dyplom ASP uzyskała w 1957 r. i z całą świadomością poświęciła się sztuce sakralnej. Z całą świadomością, bo Anna taka właśnie była. Wśród licznych jej prac ze szczególną uwagą obejrzałem i oglądam co jakiś czas Drogę Krzyżową w Górze Kalwarii: 15 rzeźb kamiennych, wykonanych przez nią w latach 1985-1997.
Nie wykuwała jej bez przerwy. Ciężki młot i dłuta musiały nieraz długo czekać, robiła inne rzeczy. I pisała. Praca nad Drogą Krzyżową to kilka grubych zeszytów notatek. Kiedy opracowywałem książkę o tym dziele, zamieściłem w niej drobne fragmenty tych zapisków. Pamiętam, że prawie każdą stację ofiarowywała w jakiejś intencji. Tu nic nie było przypadkowe, wszystko miało głębszy sens, wszystko było po coś.
Wyliczanie dzieł Anny nie jest dla mojego wspomnienia najważniejsze, choć wypada wymienić na przykład płaskorzeźbę w warszawskim Kościele św. Marcina, podziemną kaplicę u redemptorystów na Nowym Mieście czy drogi krzyżowe w Kościele św. Krzyża na kieleckim Szydłówku i w domu macierzystym sióstr urszulanek, nie mówiąc o konserwacji starych obrazów i rzeźb.
Podejmując te prace, nie dbała o zarobek – nawet jeśli czasem szlag ją trafiał na sknerstwo duchownych, rzadko o tym wspominała.
Rozwój duchowy i wiara nieteoretyczna
Są rzeczy istotniejsze. Na jej rozwój duchowy wielki wpływ mieli wykładowcy Instytutu Katolickiego w Paryżu: o. de Lubac, o. Chenu, o. Légere, o. Daniélou. Wiernym przyjacielem Anny był przez długie lata o. Loew, z którym korespondowała do jego śmierci.
Wszystko, co w życiu Anny było piękne i dobre, wynikało z wielkiego przejęcia się Panem Bogiem. Była osobą wierzącą nieteoretycznie. Nie mówiła o tym, ale chyba (nie byłem aż tak dalece świadkiem) wszystko budowała na fundamencie wiary. Ona czuła, miała taką łaskę, wiedziała, że Bóg jest osią, wokół której porusza się w jej życiu wszystko.
Takich ludzi nie ma dziś wielu. Oczywiście są, bo inaczej już by nas nie było. Nie robią wokół siebie szumu, ale są – i gdyby nie oni, doprawdy trudno by było wytrzymać.
Ale Anny będzie nam brakowało. Jeszcze zobaczycie, jak bardzo.
Spotkaj się ze mną podczas ZLOTU POWSZECHNEGO: już 29 maja w Krakowie!
Zlot Powszechny to ogólnopolski zjazd sympatyków Tygodnika Powszechnego, którego centralnym punktem będą rozmowy z udziałem redaktorów, dziennikarzy i współpracowników.
Chcemy, aby Zlot Powszechny był miejscem pogłębionej debaty na najważniejsze dziś tematy społeczne. Miejscem nawiązywania kontaktów, twórczej energii i prawdziwej dyskusji. Bez pośpiechu. Bez uproszczeń. Z uważnością. Wydarzenie odbędzie się w piątek 29 maja w Krakowie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Uświetni je koncert Grzegorza Turnaua.
Bilety na ZLOT POWSZECHNY są dostępne w serwisie Evenea >>>

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















