Dzieci poza radarem państwa

Do Polski uciekły tysiące ukraińskich dzieci i młodzieży, którym nie towarzyszą rodzice. Opiekują się nimi babcie, rodzeństwo, nauczyciele.

03.08.2023

Czyta się kilka minut

Ukraińskie dzieci świętują Dzień Dziecka w sanatorium w Krasnobrodzie. 26 maja 2022 r. / ELIZA LESZCZYŃSKA-PIENIAK
Ukraińskie dzieci świętują Dzień Dziecka w sanatorium w Krasnobrodzie. 26 maja 2022 r. / ELIZA LESZCZYŃSKA-PIENIAK

IWAN – 14 LAT, BOHDAN – 18 LAT | Iwan ukrywa twarz we włosach, je zupę i patrzy w telefon. Kiedy babcia odkłada smartfon na parapet, strzela łyżką w stół i zamyka się w pokoju. Nie ma w Polsce kolegów, rzadko wychodzi z domu, jego życie toczy się na ukraińskich grupach internetowych. Co prawda babcia zapisała go do szkoły, ale zrezygnował po tygodniu – nie radził sobie z językiem.

– Zgodziłam się tu przyjechać z wnukami, bo myślałam, że po dwóch tygodniach wrócę do domu. Trzeci miesiąc mam chłopaków na głowie – Tetiana częstuje herbatą i prosi, żeby nie podawać jej nazwiska.

Mieszkają w Lublinie, w kawalerce użyczonej przez pracujących w Polsce krewnych. Zaczyna im brakować pieniędzy, bo Tetiana musi też opłacać mieszkanie w Kijowie. Chętnie poszłaby do pracy, ale nikt nie chce zatrudnić siedemdziesięciolatki.


Zobacz także: Czy można było przygotować polskie żłobki, przedszkola i szkoły na przyjęcie tysięcy ukraińskich dzieci? Nie. Ale dawno temu można było opracować jasną politykę wobec imigrantów >>>>

 


– W czerwcu starszy, Bohdan, skończy 18 lat. Jak wróci do domu, to mogą wziąć go do wojska – boi się Tetiana. – Nie dam wnuka. Wielu znajomych wywiozło chłopaków za granicę. Nie po to się wychowuje dziecko, żeby zginęło od ruskiej kuli.

Bohdan już studiuje informatykę i w świetle prawa nie grozi mu pobór do wojska, Tetiana boi się jednak, że w końcu zabraknie mężczyzn zdolnych do walki i wezwania dostaną pozostali. To dlatego Bohdan chce się przenieść na studia do Lublina. Osiemnastolatek lepiej znosi pobyt w Polsce od młodszego brata. Iwan ma już kręgosłup wykrzywiony od siedzenia przy komputerze, stracił zapał do nauki. Trudno go wyciągnąć na spacer. Ma żal do rodziców. Mówi, że wojna jest dla nich ważniejsza od niego. Ojciec chłopaków walczy w Donbasie, nie mają z nim kontaktu, matka pracuje na rzecz armii.

– Zięć poszedł na front jak na leśną wycieczkę, nic mu nie dali. Cała rodzina składała się na kamizelkę kuloodporną, buty i rękawice. Gdzie te miliony z Zachodu? – denerwuje się Tetiana. I chociaż jest dumna, że wychowała córkę na patriotkę, czasem przed snem zastanawia się, czy dla ojczyzny warto poświęcać dzieci. I czy cena, którą płaci jej rodzina, nie jest zbyt wysoka.

ANNA – 14 LAT | Anna Apostolova jest najmłodszą wychowanką internatu OHP w Zamościu, chodzi do Szkoły Podstawowej nr 9. Już po miesiącu mówiła po polsku i tłumaczyła ukraińskim kolegom polecenia nauczycieli. Jeśli wróci do Ukrainy, zostanie policjantką, jeśli zostanie w Polsce – będzie fryzjerką. Uważa, że testy gimnazjalne, które zdawała już w Polsce, poszły jej marnie i żadne zamojskie liceum nie przyjmie jej z takimi wynikami.

– Ania ma duże możliwości i jest bardzo zdolna – podkreśla Piotr Siewień, nauczyciel i opiekun ukraińskich uczniów. – Zorganizowałem jej korepetycje z polskiego i matematyki, ale nie da się w dwa miesiące nadrobić kilku lat. Widziałem, jak Ania załamuje się i zniechęca. Myślę, że gdyby była tu od września, zdałaby świetnie.

Anna pochodzi z okolic miasta Dniepr. Rodzice wysłali ją do Polski, do starszej córki Władysławy, która uczy się w Zamościu na kucharkę w Rzemieślniczej Branżowej Szkole I stopnia. Dziewczyny tęsknią za domem – za barszczem czerwonym mamy, kotem Ronim, gospodarstwem babci Nataszy, która hoduje krowy, gęsi i kaczki. Kiedy Ania o tym opowiada, oczy jej się śmieją.

W jej domu rozmawia się w surżyku, mieszaninie ukraińskiego i rosyjskiego. Kiedy posługuje się nim w Polsce, niektórzy rodacy patrzą na nią krzywo. Mówią, że prawdziwi Ukraińcy używają czystego języka. Ania nie wiedziała do tej pory, że język dzieli ludzi i trzeba starannie dobierać słowa.

– W szkole staram się mówić po polsku. Siedzę z Julią, pomaga mi, jak czegoś nie rozumiem. U nas angielski był raz w tygodniu, niemieckiego nie miałam. Dużo mam do nadrobienia.

Piotr Siewień ma 27 uczniów z Ukrainy, wszyscy z wyjątkiem Ani chodzą do szkoły branżowej. Choć z reguły przestrzegają regulaminu, zdarzają im się niespodziewane wybryki. Brak rodziców i obce państwo mogą wywołać przekonanie, że więcej wolno. Siewień był już na policji w sprawie ukraińskiej uczennicy, która ukradła kilka paczek prezerwatyw i testy ciążowe. Musiał też interweniować, kiedy podopieczni przesadzili z alkoholem. Podkreśla, że bez jasno określonych granic niczego nie można osiągnąć.

– Mówią do mnie: „wy nasz otiec”. Nie ma tygodnia, żebym nie był na izbie przyjęć, nieustannie umawiam wizyty dentystyczne. Zdarzają się czasem wypadki na warsztatach, więc mam pełne ręce roboty.


Zobacz także: CZY POLSKI SYSTEM SZKOLNY JEST PRZYGOTOWANY, BY PRZYJĄĆ DZIECI Z UKRAINY? >>>>

 


Siewień w sytuacjach kryzysowych kontaktuje się z rodzicami w Ukrainie, kupuje ubrania, przybory szkolne. Uczniowie mają posiłki w internacie, więc na co dzień nie muszą na nic wydawać pieniędzy. Ustawa wprowadzona po wybuchu wojny przez rząd polski dała jednak pracodawcom możliwość ­podpisywania umów z ukraińskimi uczniami, którzy odbywają praktyki. Dzięki temu mają na drobne wydatki.

ROMAN – 17 LAT, YEHOR – 17 LAT | Wiele ich łączy, ale nigdy się nie spotkali. Pochodzą z tzw. dobrych domów. Ukraińska klasa średnia, wykształceni rodzice, obyci w świecie. Obaj chcą studiować w Polsce. Roman przyjechał ze Lwowa, gdzie chodził do Akademickiego Gimnazjum – jednej z najlepszych szkół w Ukrainie. Mieszka w Zamościu, uczy się w I Społecznym Liceum i marzy o studiowaniu informatyki. Yehor z kolei przyjechał z Żytomierza, kształcił się tam w zakresie rybołówstwa i akwarystyki, mieszka w Hrubieszowie, będzie studiował w Polsce anglistykę. Trenuje piłkę nożną i jest wolontariuszem w Hrubieszowskim Ośrodku Sportu i Rekreacji. Pomaga rodakom.

– Byłam tego dnia na dyżurze w punkcie pomocy uchodźcom – wspomina Renata Kleczkowska-Pałka. – Zobaczyłam młodego człowieka z plecakiem, który nie ma się gdzie podziać. Tak do nas trafił. Yehor za każdym razem pyta, czy może w czymś pomóc, przed świętami umył okna, zajmuje się w domu zwierzętami.

Roman umawia się ze mną na kawę, ale za ciastko dziękuje – wojna, rozłąka z rodziną, nowa szkoła i stres, który zajadał słodyczami. Mieszka na zamojskiej starówce u znajomych rodziców, wygląda oknem i przypomina mu się Lwów. Nie ma czasu na rozmyślania: oprócz nauki w polskiej szkole przygotowuje się do matury, którą rząd ukraiński zorganizuje w lipcu w większych miastach naszego kraju.

– Yehor lubi sport i jest w tym dobry – mówi Kleczkowska-Pałka. – Rok temu jego ojciec kupił dwa bilety na mecz piłki nożnej w Paryżu. To miał być ich wspólny wyjazd. Wojna pokrzyżowała te plany, ojciec został w ojczyźnie. Yehor postanowił pojechać sam, zorganizował transport. Jest bardzo odpowiedzialny i stara się żyć normalnie.

Renata Kleczkowska-Pałka otworzyła dom także dla innych uchodźców. Podkreśla, że nikt nie zawiódł jej zaufania. Przez pięć tygodni gościła szesnastoletnią Daszę. Dziewczyna w dzieciństwie straciła ojca, a w styczniu matkę. Pochodziła spod Charkowa, nie mogła odnaleźć się w nowym miejscu. Nie chciała wychodzić z pokoju ani rozmawiać z ludźmi. Kiedy na wojnie został ranny jej chłopak, Dasza już tylko paliła papierosa za papierosem i milczała. W maju wróciła do Charkowa. Jeśli uda się załatwić potrzebne dokumenty, trafi do przyjaciółki matki w Tel Awiwie.

YULIA – 16 LAT, EUGENIUSZ – 15 LAT | – Pierw­szego ­dnia po pracy zasnęłam na siedząco, bez mycia. Nogi mnie tak bolały od kucania, że w nocy miałam skurcze – opowiada Yulia o zbieraniu rabarbaru. – Każde z nas dostało swój rządek, ale Żeńka został daleko w tyle, więc musiałam mu pomagać.

Yulia i Eugeniusz przyjechali do Polski na początku marca. Trafili do gospodarstwa rolnego pod Lublinem. We wsi jest szkoła podstawowa, ale już się do niej nie kwalifikują, a do miasta odległego o 20 kilometrów nie mają czym dojechać. Zdecydowali, że będą uczyć się zdalnie. Jednak dużo lekcji im przepadało ze względu na alarmy przeciwlotnicze, a w części zajęć nie uczestniczyli, bo zaczęli pracę na plantacji. Można więc powiedzieć, że to kolejny stracony semestr – najpierw pandemia, a teraz wojna. Początkowo była z nimi mama, która pilnowała, żeby siadali do lekcji, i robiła z nimi dodatkowe ćwiczenia z matematyki, bo jest nauczycielką i sama uczy tego przedmiotu w Ukrainie. Jednak w kwietniu musiała wrócić do Winnicy, a dzieci zostały pod opieką gospodarzy.

Oboje pracują dziś na plantacji bez umowy, a Eugeniusz w ogóle nie powinien wychodzić w pole, bo jest za młody. Brakuje jednak rąk do pracy, oprócz niego rabarbar zrywało w tym roku jeszcze dwóch innych nieletnich chłopaków.

– Mama tu wcześniej przyjeżdżała dorobić. Tak miało być i teraz, ale babcia poważnie zachorowała. Zostaliśmy sami – mówi Yulia. – Gdyby nie praca, zanudziłabym się na wsi. Nawet lekcji słuchałam na telefonie przy zbieraniu rabarbaru, a raz odpowiadałam z biologii sortując łodygi. Ale nauka u nas skończyła się w maju.

Praca przy rabarbarze trwa od 7.00 do 18.00 z dwiema przerwami, gospodarze płacą od kilograma. Rodzeństwo tłumaczy, że do zerwania nadaje się łodyga dłuższa niż 40 centymetrów, że trzeba usunąć liście i potem sortować według jakości. Yulia zarabia dziennie od 120 do 150 złotych, Eugeniusz na początku dostawał mniej. Obydwoje zbierają na konkretny cel – ona chce pojechać na wakacje do Barcelony, on marzy o gitarze. Mimo że trwa wojna Rosji z Ukrainą, Eugeniusz chce być jak Wiktor Coj, rockowy wokalista i poeta rosyjski. Miłość do grupy Kino zaszczepił mu ojciec, który pracuje na kolei, ale po godzinach gra w zespole amatorskim.


Zobacz także: KRACZCIE JAK I MY. UKRAIŃSKIE DZIECI W POLSKIEJ SZKOLE. Zamiast integracji mamy asymilację z elementami przymusu >>>>

 


– Pewnie większość pieniędzy i tak oddamy rodzicom. Jest wojna, więc trzeba porzucić marzenia – Yulia mówi z rezygnacją w głosie. – W Ukrainie wszystko bardzo podrożało, pensji nie wypłacają regularnie.

– Ja nie oddam – obrusza się Eugeniusz. – Kupię w Polsce tę gitarę.

ROZA – 9 LAT, SASZA – 25 LAT | W polskich placówkach oświatowych uczy się 197 tys. ukraińskich dzieci. Największa grupa uczęszcza do szkół podstawowych, najmniej trafiło do zawodowych. Choć polskie placówki bardzo chętnie przyjmują uchodźców, organizują zajęcia przygotowawcze i kursy językowe – poza systemem jest według danych ministerstwa nawet 500 tys. uczniów.

Wśród nich znajduje się duża grupa niepełnosprawnych. W Samodzielnym Sanatorium im. Janusza Korczaka w Krasnobrodzie przebywa 29 takich dzieci, ze średnim i znacznym stopniem upośledzenia. Przyjechały pod opieką czterech nauczycielek.

– Mieliśmy pusty budynek, odnowiliśmy pomieszczenia, zrobiliśmy drugą łazienkę. Dzieci u nas odżyły. Nie ma co ukrywać, podejście do niepełnosprawności jest inne w Polsce niż w Ukrainie. Tam dzieci przebywały w niemal całkowitym zamknięciu, tu wychodzą na słońce, organizujemy im wycieczki i warsztaty. Były pierwszy raz w życiu na basenie. Ich radość jest największą zapłatą – mówi Barbara Kowal, dyrektorka sanatorium.

Pomoc grupie z Ukrainy jest możliwa dzięki fundacjom. Wsparły ich: międzynarodowa organizacja Olimpiady Specjalne, Caritas, PCK i Fundacja ­Polsat. Zaangażowali się także mieszkańcy ­Krasnobrodu – przynosili żywność i środki czystości. Ksiądz proboszcz ogłosił podczas mszy, że solidarność z potrzebującymi jest obowiązkiem chrześcijańskim: „Jeśli ktoś w sobotę piecze ­placek, trzeba się podzielić i zanieść dzieciom w sanatorium”. Nie było do tej pory ­soboty, żeby ktoś nie przyszedł z ciastem.

– Jednak pozyskanie środków staje się coraz trudniejsze, pieniędzy wystarczy nam do końca czerwca – mówi Barbara Kowal. – Zapewniamy naszym podopiecznym posiłki, ubrania, ale wszyscy pracownicy sanatorium wykonują też dodatkowe obowiązki, już w ramach wolontariatu.

Kiedy przyjeżdżam do sanatorium, w bramie czeka na mnie Sasza. Pokazuje miejsce do parkowania i prowadzi na dziedziniec. Jest tu kierownikiem. A przynajmniej tak o sobie mówi. Gdybym spotkała go w sklepie lub na ulicy, nie rozpoznałabym, że jest upośledzony w stopniu średnim.

– Jeśli kazałabym Saszy kopać dół, robiłby to bez przerwy do utraty przytomności, tak samo przy tej bramie. Czekałby na panią dzień i noc. Nie ma poczucia czasu, nie doznaje strachu, wstydu, jest ufny i łatwo go skrzywdzić – opowiada Weronika Michaleńska, ukraińska opiekunka.

Nauczycielka przyjechała do Polski z synem. Sześcioletni Nazar bał się na początku podopiecznych mamy, ale szybko znalazł z nimi wspólny język. Weronika od trzech miesięcy nie miała dnia wolnego, jest z dziećmi od początku wojny, ukraińskie państwo płaci jej za pięć godzin pracy dziennie. Rozmawiamy na dziedzińcu sanatorium, pensjonariusze świętują Dzień Dziecka. Bawią się na dmuchanej zjeżdżalni, rysują, skaczą na materacach. Chcą mnie koniecznie objąć i pocałować, zapraszają do zabawy po rosyjsku i ukraińsku.


Czytaj także: Tysiące dzieci-uchodźców z placówek oraz rodzin zastępczych trafiło na otwarte serca i otwarte domy. Ale dla niektórych z nich Polska z Ukrainą szykują status „sierot drugiej kategorii” >>>>

 


Tylko Roza chowa się za wózek inwalidzki koleżanki i kurczowo trzyma rękę opiekunki. Ma dziewięć lat, choć wygląda najwyżej na pięć. W Ukrainie nie chodziła samodzielnie, mogła się przesuwać na kolanach, a kiedy sama próbowała wstać i pójść, wybiła sobie zęby. Pielęgniarki z sanatorium znalazły dla niej specjalny chodzik i dzięki temu zaczęła stawiać pierwsze kroki.

Wojna bardzo pokrzyżowała plany dziewczynce. Małżeństwo z USA zadeklarowało co prawda chęć zaadoptowania Rozy, obiecali wstawić jej zęby i zapewnić rehabilitację, ale żeby mogła wyjechać, trzeba dopełnić formalności w Ukrainie. W obecnej sytuacji to bardzo trudne.

– Wśród tych dzieci panuje samoopieka – podsumowuje Anna Kawecka, pielęgniarka odpowiedzialna za pozyskiwanie funduszy i darów dla uchodźców. – Jak się jedno dziecko ubierze, zaraz pomaga drugiemu zawiązać buty, a Sasza to pomaga wszystkim kolegom i wciąż prosi opiekunki o nowe zadania.

Kiedy odjeżdżam, Sasza na chwilę porzuca układanie jogurtów i przygląda mi się uważnie. – My się chyba znamy? Dokąd idziesz? Zostań. Tu jest jak w raju.©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka i polonistka. Absolwentka teatrologii UJ i podyplomowych studiów humanistycznych PAN. Z „Tygodnikiem Powszechnym” współpracuje od 2013 roku, autorka reportaży i wywiadów o tematyce społecznej, historycznej i kulturalnej. Laureatka m.in. I nagrody… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Zdalna lekcja na polu rabarbaru