Kijów próbuje ściągać ukraińskich mężczyzn do kraju. Co na to ci, którzy mieszkają w Polsce?

Żądania władz w Kijowie wobec przebywających za granicą Ukraińców sprawiają, że wielu z nich zaczyna myśleć o drugim obywatelstwie. Najczęściej polskim.
Czyta się kilka minut
Kolejka oczekujących przed ukraińskim punktem paszportowym w centrum handlowym Blue City w Warszawie. 24 kwietnia 2024 r. // Fot. Albert Zawada / PAP
Kolejka oczekujących przed ukraińskim punktem paszportowym w centrum handlowym Blue City w Warszawie. 24 kwietnia 2024 r. // Fot. Albert Zawada / PAP

Od pierwszych dni pełnoskalowej wojny 40-letni Roman (imię zmienione) stał na warszawskich dworcach, udzielając pomocy ludziom opuszczającym w pośpiechu Ukrainę, przeważnie kobietom i dzieciom. Od ponad dziesięciu lat mieszkał w Polsce, zakorzenił się tu, a rodzinny Lwów traktował jak miejsce odwiedzin bliskich, odpoczynku lub dostępu do tańszego dentysty. Nie miał jednak wątpliwości, że musi pomóc.

– Widziałem, jak zaangażowali się Polacy, więc nie wyobrażałem sobie, że jako obywatel Ukrainy mógłbym żyć spokojnie i nie zwracać uwagi na to, co się dzieje z moim krajem – przyznaje.

W pierwszych dniach inwazji niewielu było wolontariuszy mówiących po ukraińsku i rosyjsku, więc jego pomoc była nieoceniona. Kursował między warszawskimi dworcami, oddawał połowę wypłaty na wojsko. Potem odwiedzał żołnierzy, których przywożono do warszawskich szpitali. To była jego odpowiedź na apele z Ukrainy, by ci, którzy żyli w bezpieczeństwie, pomogli tym w potrzebie. Działa tak do dzisiaj, ale jest zły na swoje państwo.

– Teraz ta moja pomoc to dla nich za mało. Chcą, byśmy wrócili. Mamy walczyć i umrzeć – stwierdza Roman.

Usługi wstrzymane

Przerwa techniczna, jak ją określiły ukraińskie władze, trwała niemal miesiąc. W tym czasie wstrzymano – poza nielicznymi wyjątkami – usługi konsularne dla ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym, znajdujących się za granicą. Zrobiono to z dnia na dzień, bez żadnego ostrzeżenia.

Dotyczyło to nie tylko wniosków o nowe paszporty, ale nawet tych, które zostały już wyrobione i tylko czekały na odbiór. Ukraiński MSZ wyjaśniał, że trudności są związane z nowymi mechanizmami ustawy o mobilizacji, która weszła w życie 18 maja. Tyle że czuło się wyraźnie, iż chodzi o coś więcej niż kwestie techniczne. Przecież szef MSZ Dmytro Kułeba już 23 kwietnia wyraził swoją opinię na portalu X: „Jak to wygląda teraz: mężczyzna w wieku poborowym pojechał za granicę, pokazał swojemu państwu, że jego przetrwanie go nie obchodzi, a potem przychodzi i chce otrzymać od tego państwa usługi. To tak nie działa. W naszym kraju trwa wojna”.

Był to kolejny już przytyk do mężczyzn w wieku 18-60 lat, przebywających poza granicami ogarniętej wojną Ukrainy. Różnica polegała na tym, że pierwszy raz wprowadzono wobec nich konkretne sankcje i prawdopodobnie jest to dopiero początek. Celem tych działań ma być ściągnięcie ukraińskich mężczyzn do kraju, ale na razie przyniosły one głównie oburzenie, pogłębiły nieufność wobec państwa, a w wielu przypadkach zniechęciły Ukraińców do kraju ich pochodzenia.

– Wśród moich znajomych byli tacy, którzy wahali się, czy wrócić do siebie, albo wręcz byli w trakcie tego procesu. Teraz już nie mają wątpliwości, że zostaną za granicą. Państwo dało im do zrozumienia, że są dla niego wyłącznie uchylantami, którzy migają się od służby, więc trzeba ich wysłać na front – mówi 48-letni Ołeksandr z Mikołajowa, który od 2022 r. mieszka w Polsce.

Ołeksandr wyjechał z Ukrainy legalnie – jest niezdolny do służby ze względów zdrowotnych. Najpierw trafił do Rumunii, następnie do Grecji, a wreszcie do Polski. Oprócz klimatu wszystko mu się u nas podoba. Ma Kartę Polaka i dzięki niej wkrótce otrzyma stały pobyt, ale nie wie jeszcze, czy zostanie tu na stałe.

Potrzebni ludzie na front

Ustawa o mobilizacji była elementem długich sporów w ukraińskim parlamencie, ale też pomiędzy Wołodymyrem Zełenskim i dowództwem wojskowym. Do pierwszej wersji projektu deputowani wnieśli ponad 4 tys. poprawek, gdyż wywołał on kontrowersje wśród społeczeństwa. Chociaż ustawa została przyjęta przez Radę Najwyższą i podpisana przez prezydenta w połowie kwietnia, to weszła w życie dopiero 18 maja.

W lutym 2022 r. do komisji poborowych ustawiały się kolejki chętnych do obrony kraju. Było ich tak wielu, że często odsyłano ich z kwitkiem do domu. Wybierano tych najlepiej rokujących. Z czasem jednak liczba ochotników topniała, by wreszcie spaść w zasadzie do zera.

Przy skali konfliktu, a także stratach, jakie ponosi Ukraina, bardzo potrzebni są nowi rekruci. Po dwóch latach inwazji Zełenski przyznał, że zginęło już 31 tys. ukraińskich żołnierzy, ale według ustaleń „New York Timesa” z sierpnia 2023 r. ta liczba może sięgać 70 tys. zabitych i 100-120 tys. rannych.

Z tego powodu komisje poborowe przeszły do aktywnej mobilizacji. Wezwania wysyłane są pocztą lub wręczają je patrole obecne na ulicach ukraińskich miast, co sprawia, że od dawna wielu mężczyzn unika miejsc publicznych, by nie musieć się stawić przed komisją poborową. Dochodziło też do sytuacji, w których wojskowi z użyciem przemocy zatrzymywali opornych, a filmy dokumentujące te zdarzenia zyskiwały ogromną liczbę wyświetleń dzięki mediom społecznościowym.

Najbardziej zdesperowani próbują za wszelką cenę przedostać się za granicę. Niektórzy udają ojców wielodzietnych rodzin, a nawet kobiety. Ostatnio ukraińska straż graniczna opublikowała wideo ze złapanym mężczyzną przebranym za pracownicę sieciowego sklepu. Inni decydują się na bardziej niebezpieczne rozwiązania i próbują sforsować granicę w nielegalny sposób. Przechodzą przez Karpaty lub narażają życie podczas przeprawy przez przygraniczną rzekę Cisę. Do tej pory wyłowiono z niej 30 ciał.

Ukraina nie podaje konkretnych danych, ilu mężczyzn nielegalnie wyjechało za granicę. Według danych Eurostatu w Unii Europejskiej przebywa ok. 650 tys. mężczyzn z tego kraju w wieku poborowym, którzy trafili tam po rosyjskiej inwazji. Nie wiadomo, ilu z nich wyjechało z kraju, łamiąc prawo. Dane te nie biorą też pod uwagę mężczyzn, którzy wyjechali jeszcze przed 24 lutego 2022 r.

Według szacunków Ukraińskiego Domu w Warszawie w Polsce przebywa ok. 350 tys. mężczyzn w wieku poborowym, choć niewykluczone, że jest ich jeszcze więcej – brakuje dokładnych danych.

Sprzeczne komunikaty

Jednym z celów ustawy o mobilizacji jest aktualizacja informacji na temat miejsca zamieszkania obywateli. Ma to pomóc komisjom poborowym ustalić, kto gdzie się znajduje. Po tej aktualizacji mężczyźni przebywający za granicą mają znowu otrzymać dostęp do usług konsularnych. Ta z pozoru czytelna procedura wywołała jednak wiele kontrowersji.

Poniekąd winne są same władze w Kijowie, które wysyłają sprzeczne komunikaty. Początkowo jej przedstawiciele mówili, że pracują nad tym, by ściągnąć do kraju mężczyzn z ukraińskimi paszportami, którzy przebywają poza granicami. Pojawiły się plotki, że aktualizacja danych i cyfryzacja systemu spowoduje, że dotrą do nich wezwania do komisji poborowych niezależnie od tego, gdzie będą się znajdować. Potem władze wszystkiemu zaprzeczyły.

– Teraz mówią, że takiej możliwości nie ma. No, ale to teraz. Nie wiemy, co będzie za jakiś czas – mówi Oksana Pestrykova, główna koordynatorka Centrum Wsparcia Ukraińskiego Domu w Warszawie.

Pestrykova monitoruje zmiany, które wprowadza ustawa o mobilizacji, ale – jak przyznaje – wiele kwestii nadal pozostaje niejasnych. Po wejściu w życie nowego prawa urzędnicy wciąż nie są w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania dotyczące obecnych procedur. Bałagan wynika również z tego, że system częściowo działa w wersji elektronicznej, a częściowo w papierowej. Na przykład portal inPoland.net poinformował, że dopiero co powstała aplikacja Rezerw+, która ma umożliwić aktualizację danych, nie działa na telefonach z systemem Android, jeśli w ustawieniach mają wybrany inny kraj niż Ukraina. Teoretycznie można tę procedurę przeprowadzić telefonicznie lub mailowo, ale wówczas nie ma gwarancji, że wszystko zostanie zarejestrowane jak należy. Wciąż też nie jest jasne, co tak naprawdę będzie potwierdzeniem pozwalającym na wznowienie możliwości korzystania z usług w konsulacie.

– Mimo wszystkich wątpliwości te trzy zdalne sposoby sprawiają, że dziś nie ma potrzeby jechać na Ukrainę. A właśnie perspektywa powrotu budziła największe obawy. Mężczyzna tam jedzie, aktualizuje wszystko, co niezbędne, i dzięki temu nie zostaje wezwany do wojska, ale też nie wypuszczają go z kraju. Siedzi na Ukrainie i nie ma ani pracy, ani kontaktu z rodziną w Polsce – wyjaśnia Pestrykova.

Władze w Kijowie przekonują, że usprawnienie systemu to kwestia czasu, a dzięki temu wszystko uda się załatwić zdalnie.

Wezwania bez granic

O tym, że ukraińskie władze znajdą skuteczny sposób na to, żeby ostatecznie ściągnąć swoich obywateli do kraju, jest przekonany 37-letni Andrij z Kijowa, który zajmuje się coachingiem.

– Prędzej czy później będą w stanie wysłać wszystkim wezwania do komisji poborowej. Ja oczywiście na nie nie odpowiem, bo mieszkam za granicą, ale wtedy będę miał sprawę karną. Zablokują mi rachunek, zarekwirują samochód i mieszkanie. Nie jest mi to do niczego potrzebne – stwierdza Andrij, który w najbliższym czasie chce przepisać wszystko na żonę.

Dzień przed inwazją na pełną skalę Andrij pojechał wraz z koleżanką z pracy na Cypr, gdzie znajdował się jeden z ich klientów. To popularna destynacja dla ukraińskich i rosyjskich przedsiębiorców, którzy korzystali z cypryjskich niskich podatków, a także przychylnej polityki imigracyjnej wobec ludzi zamożnych.

Atmosfera na Ukrainie była wtedy bardzo gęsta i coraz więcej wskazywało na to, że zaraz coś się wydarzy. Andrij chciał, żeby żona Natalia z nim pojechała, ale odmówiła. Był to jeden z ostatnich samolotów, który odleciał z Kijowa.

Niedługo po tym, jak wylądowali, Andrij powiedział do koleżanki:

– Coś czuję, że nie zobaczymy domu przez długi czas.

Kolejnego dnia obudził się w apartamencie z jacuzzi i widokiem na spokojne morze. Była ósma rano i gdy wziął telefon, zobaczył siedemdziesiąt nieodebranych połączeń. Wiedział już, że się zaczęło.

Na Cyprze został przez półtora miesiąca. Pod koniec pobytu dołączyła do niego Natalia, która nie chciała wyjeżdżać z Ukrainy, bo od samego początku pomagała żołnierzom. Potem przeprowadzili się do Wiednia, a w zeszłym roku trafili do Warszawy ze względu na pracę Andrija.

W tym roku urodziła im się córka.

Wszyscy tacy sami

– Obywateli Ukrainy, którzy znajdują się w Polsce, najbardziej denerwuje wrzucanie ich do jednego worka – przyznaje Pestrykova z Ukraińskiego Domu.

Złości się na to 25-letni Dmytro z zachodniej Ukrainy. Mieszka w Polsce od ośmiu lat, od początku studiów. Ułożył sobie życie. Zdobywał doświadczenie zawodowe, zawierał pierwsze poważne związki, w Warszawie ma dziś najbliższych przyjaciół. Od dawna też posiada kartę stałego pobytu. Na Ukrainie została w zasadzie tylko jego matka, którą odwiedzał od czasu do czasu, dopóki granica była otwarta.

– Zawsze mnie drażniło pytanie, skąd jestem. No, skąd? Z Polski, bo tu żyję. Ale urodziłem się na Ukrainie i zgodnie z dokumentami jestem Ukraińcem. Jeśli chodzi o pochodzenie, to jest ono wymieszane, w tym, niestety, też rosyjskie – przyznaje.

Już dawno temu mógł się ubiegać o polski paszport, ale tego nie zrobił. Ostatni raz był na Ukrainie pod koniec 2021 r. Wtedy też poszedł do komisji poborowej, gdzie stwierdzili, że ze względu na stan zdrowia jest nieprzydatny do służby w czasie pokoju i ograniczenie przydatny w czasie wojny. Zaktualizował przy okazji informacje o miejscu zamieszkania. Od tego czasu przestały przychodzić wezwania, ale nie jest pewien, czy po ponad dwóch latach pełnoskalowej wojny i chaosie procesu mobilizacyjnego coś się jednak nie zmieniło.

Dmytro ma poczucie, że dopełnił wszystkich procedur, nie łamał prawa, więc nie rozumie, dlaczego wrzucany jest do jednego worka z tymi, którzy nielegalnie opuścili kraj. Uważa, że ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym powinno się dzielić na trzy kategorie.

Pierwsza to tacy jak on, którzy od dawna mieszkają za granicą i w zasadzie nie mają nic wspólnego z ukraińskim państwem. Drudzy, jak Andrij, nie przebywali na Ukrainie w momencie rozpoczęcia inwazji z powodów zarobkowych, służbowych czy turystycznych. Zdaniem Dmytra nie zrobili jednak nic złego, bo nigdy nie zobowiązywali się do powrotu. Trzecia grupa to wszyscy, którzy złamali prawo – przekroczyli granicę nielegalnie i nie wrócili na Ukrainę.

W poszukiwaniu bezpieczeństwa

Paszport Ołeksandra jest ważny jeszcze 9 lat, Andrija – 5, Romana – 4 lata, Dmytra – 3. Żaden z nich nie znajduje się w krytycznej sytuacji, ale nagła decyzja o wstrzymaniu usług konsularnych spowodowała, że przestali czuć się bezpiecznie. Karta pobytu nie umożliwia wyjazdów za granicę ani rozwiązania większości spraw urzędowych. W razie zgubienia paszportu wstrzymanie usług konsularnych tworzy poważne problemy. Dlatego wszyscy czterej zaczęli poważnie myśleć o przyjęciu innego obywatelstwa. Andrij dodaje, że polityka Kijowa oddaliła wielu mężczyzn od Ukrainy.

– Od dawna mogłem ubiegać się o polskie obywatelstwo, ale dopiero teraz zacząłem o tym myśleć. Postawa ukraińskich władz była dla mnie impulsem – przyznaje Roman.

– Na razie mam spokój, ale jeśli sytuacja się nie zmieni w ciągu roku czy półtora, będę zmuszony pozyskać polski paszport – mówi Dmytro.

Ołeksandr już rozpoczął starania. – W czerwcu otrzymam kartę stałego pobytu, więc za rok będę mógł ubiegać się o obywatelstwo – zapewnia Ołeksandr.

Roman i Dmytro chcą się na stałe wiązać z Polską. Andrij z kolei myśli, by osiedlić się w zachodniej Europie. Ołeksandr na razie zostaje w Polsce, a potem zobaczy. On jako jedyny chciałby wrócić do domu, ale pod warunkiem, że skończy się wojna, a jego Mikołajów nie wpadnie w ręce Rosjan.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Bunt chłopców do bicia