Eurowybory, przynajmniej w Polsce, są przede wszystkim finansowe, wewnątrzrywalizacyjne, zsyłkowo-ucieczkowo-pocieszające, promocyjne i emerytalne. Wielu Polaków mogłoby to oburzyć, ale raczej tak nie będzie. 9 czerwca pójdziemy do urn z innym zaangażowaniem niż przy niedawnej lokalnej elekcji, nie mówiąc o tym, jak wyjątkowe emocje wzbudzały jesienią wybory parlamentarne, kiedy to wykręciliśmy rekordową frekwencję. Starania o mandat sprawowany w Brukseli i Strasburgu wzbudzają najmniejsze poruszenie u wyborców, gdyż dotyczą nieco abstrakcyjnego z krajowego punktu widzenia bytu, jakim jest Parlament Europejski. Politycy jednak patrzą na to zupełnie inaczej.
Kasa iście europejska
Pierwsza cecha wyborów do PE to ich atrakcyjność finansowa. Wygrana zapewnia europosłowi bardzo dużą jak na warunki polskie gratyfikację, kilkukrotnie przewyższającą wynagrodzenia polskich parlamentarzystów. W efekcie mandat do pracy za granicą staje się czymś wyjątkowo atrakcyjnym nawet dla tych osób, które mogłyby odgrywać w krajowym życiu politycznym bardzo istotną rolę. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że o 53 mandaty w PE ubiega się aż 146 obecnych posłów i 8 senatorów. Tymczasem ranga fotela w Brukseli jest odwrotnie proporcjonalna do jego finansowej atrakcyjności. Oczywiście istnieją wyjątki, można w PE znaleźć sobie atrakcyjną niszę, ale zasadniczo nawet funkcje wiceprzewodniczących, piastowane w przeszłości przez kilku Polaków, choć prestiżowe, nie były politycznie znaczące. Większą rangę ma np. kierowanie komisją Parlamentu Europejskiego, która zajmuje się budżetem.
Niewielu obserwatorów naszego życia politycznego może jeszcze wierzyć, że aspekt finansowy nie stał się głównym motywem działalności publicznej w europarlamencie. Dlatego o mandat walczą zawzięcie nie tylko „nowi”, ale również ci, którzy chcą zasiadać w PE kolejną już kadencję – albo tam wrócić, jeśli z jakichś powodów wypadli z gry. Przykładem jest niemal „etatowy” europoseł Adam Bielan, który zasiadał w PE w latach 2004-14, ale który przez odejście z PiS w 2010 r., rok po kolejnym zwycięstwie w eurowyborach, stracił na jedną kadencję mandat. Gdy jednak udało mu się powrócić do Zjednoczonej Prawicy przez akces do ugrupowania Jarosława Gowina, bez wahania zamienił w 2019 r. fotel wicemarszałka Senatu na kolejny mandat europejski. W najbliższej elekcji znów kandyduje z PiS (mimo afery w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju), a za rywala na tej samej liście w okręgu mazowieckim ma innego polityka marzącego o powrocie do PE, Jacka Kurskiego.
Sporo można by też napisać o postawie Roberta Biedronia, który rozmienił wizerunek nadziei polskiej lewicy nie na drobne, ale na wysokie wynagrodzenie w euro, z podobnych względów załatwiając miejsce na liście do Parlamentu Europejskiego swojemu życiowemu partnerowi, obecnemu wiceministrowi sprawiedliwości Krzysztofowi Śmiszkowi. Tu zresztą można przypomnieć słynną deklarację Biedronia sprzed eurowyborów w 2019 r., kiedy to na antenie TVN24 obiecał, że w razie wygranej zrzeknie się mandatu, żeby móc walczyć o Sejm w kolejnych wyborach. Nigdy tego przyrzeczenia nie dotrzymał.
Niewykluczone, że podobne motywy, choć być może nie tylko one, skłoniły do kandydowania do PE takich wpływowych polityków PO i członków rządu Donalda Tuska, jak Borys Budka czy Marcin Kierwiński. A także znanych „tropicieli” przekrętów PiS, obecnie zaś szefów dwóch komisji śledczych: Dariusza Jońskiego i Michała Szczerbę. Z powodu ich marzenia o karierze w Brukseli komisje na gwałt muszą kończyć pracę.
Przyjaciel, wróg, kolega z listy
Z aspektem finansowym wyborów wiąże się w pewien sposób drugi – wyjątkowo silny w przypadku tych wyborów element wewnętrznej rywalizacji w partiach. Ponieważ kandydatom bardzo zależy na mandatach, są w stanie swoich konkurentów na tych samych listach utopić w łyżce wody. Przy okazji wyborów do PE w sposób szczególny nasilają się wszelkie walki frakcyjne i negatywna, choć nie wprost, kampania wobec kolegów z partii. Jej elementem są m.in. napisy na plakatach kandydatów PiS na Podkarpaciu: „jestem stąd”. To oczywista aluzja do kandydatury „spadochroniarza”, byłego prezesa Orlenu Daniela Obajtka, który startuje właśnie stąd i którego stać na kosztowną kampanię.
Trudno się też dziwić, że gdy ostatnio wybuchła sprawa nadużyć w Funduszu Sprawiedliwości, co najbardziej obciążyło Suwerenną Polskę, przedstawiciele innych formacji i frakcji na listach PiS zaczęli się od SP mniej lub bardziej dyskretnie odcinać, licząc, że odium spływające na ziobrystów zwiększy ich szanse. Najmniej dyskretni są znani z (wzajemnej) niechęci do SP przedstawiciele frakcji Mateusza Morawieckiego. Stąd dosyć jednoznaczne dystansowanie się od środowiska Ziobry takich polityków PiS, a zarazem kandydatów do PE, jak Michał Dworczyk czy Waldemar Buda.
Ta „nielojalność”, jak można nieoficjalnie usłyszeć, miała zresztą na tyle zdenerwować Jarosława Kaczyńskiego, iż miał on podjąć decyzję o pozbawieniu Mateusza Morawieckiego szans na nominację prezydencką w przyszłorocznych wyborach, mimo relatywnie dobrych sondaży byłego premiera w porównaniu z innymi potencjalnymi kandydatami prawicy.
Atrakcyjność wysokich miejsc na listach do PE sprawia, że ich zdobycie jest traktowane w poszczególnych partiach jak miernik wpływów. W klubie parlamentarnym KO kandydatów do europarlamentu było wielokrotnie więcej niż miejsc na listach. Większość musiała obejść się smakiem, bo nie chcieli startować z dalszych pozycji, niedających większych szans na mandat.
Z kolei z kandydowania z list Trzeciej Drogi zrezygnował wieloletni europoseł PSL Andrzej Grzyb, bo w wewnętrznej rywalizacji „jedynka” na liście wielkopolskiej przypadła Krzysztofowi Hetmanowi, który po ledwie czterech miesiącach odszedł z fotela ministra rozwoju i technologii w rządzie Donalda Tuska.
Mastalerek versus Szydło
Jednocześnie rozpoczął się wyścig o wsparcie ze strony politycznych gigantów. Nawet prezydent Andrzej Duda nie waha się ponad miarę wspierać kandydującego z wielkopolskich list PiS swojego totumfackiego, Wojciecha Kolarskiego. Z tym wiąże się zresztą głośna wymiana ciosów na portalu X między prezydenckim szefem gabinetu Marcinem Mastalerkiem a Beatą Szydło. Gdy była premier poparła kandydującego na Mazowszu Kurskiego, Mastalerek skomentował to słowem „obrzydliwe”, co z kolei wywołało ripostę Szydło. Wszystko dlatego, jak można usłyszeć, że prezydent Duda wściekł się na byłą premier za wsparcie w Wielkopolsce nie Kolarskiego, ale innego weterana PE, Ryszarda Czarneckiego. On zaś jest niemal uosobieniem traktowania mandatu europejskiego jak intratnego źródła dochodu, ma nawet zarzuty związane z rzekomym wyłudzaniem pieniędzy na podróże służbowe.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński też ma swoich faworytów. W okręgu łódzkim wyraźnie promuje np. drugą na liście Joannę Lichocką, w okręgu warszawskim pojawiły się zaś banery ze wsparciem prezesa dla kandydującej z pierwszego miejsca Małgorzaty Gosiewskiej. Lider PiS jest tu zresztą dosyć konsekwentny – chętniej jednoznacznego wsparcia udziela kobietom. Nie dlatego, że jest ikoną walki o wyrównywanie szans obu płci – bardziej chodzi o to, że kobiety postrzega jako mniej groźne w wewnątrzpartyjnej walce o władzę.
W przypadku prezesa PiS jest ważne jeszcze to, że jeśli ktoś ma u niego „krechę” z powodu prawdziwej lub domniemanej nielojalności, nie trafia na listy, tak jak Krzysztof Jurgiel czy kojarzona ze znajdującym się w niełasce Ryszardem Terleckim Beata Mazurek.
Wybory do PE mają też silny wymiar zsyłkowo-ucieczkowo-pocieszający.
Oczywisty charakter „ucieczkowy” (przed wymiarem sprawiedliwości) ma obecne kandydowanie z list PiS Mariusza Kamińskiego, Macieja Wąsika czy Daniela Obajtka. Z kolei wymiar „zsyłkowo-pocieszający” można dostrzec w kandydowaniu Kamili Gasiuk-Pihowicz z KO. Liczyła ona na rządową posadę w resorcie sprawiedliwości, ale z powodu skomplikowanych gier koalicyjnych jej nie otrzymała – dobre miejsce na liście jest dla niej formą partyjnego zadośćuczynienia.
Aspekt pocieszający przy okazji eurowyborów występuje też wtedy, gdy ktoś nie dostał się np. do Sejmu, a jest zasłużony. W tych wyborach do PE dotyczy to bardzo ważnej dla PO byłej wieloletniej prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Na warszawskiej liście KO jest też Andrzej Rozenek, który przeszedł z lewicy, ale w ostatnich wyborach nie dostał się do Sejmu.
Jak wygląda koniec
Istnieje też wymiar promocyjny wyborów do PE, który czasem przynosi owoce całym formacjom. Dzięki relatywnemu sukcesowi w wyborach w 2019 r. powstała Konfederacja. Ale już fiaskiem skończyło się stworzenie w związku z wyborami w 2009 r. podobnej ideowo polskiej odnogi formacji Libertas, która wtedy nie przekroczyła progu. Gwoździem do politycznej trumny Janusza Palikota stała się z kolei sromotna porażka w 2014 r. stworzonej wspólnie z Aleksandrem Kwaśniewskim i jego ludźmi formacji Europa Plus – Twój Ruch.
Jest wreszcie ostatni aspekt wyborów do PE – emerytalny. Parlament Europejski stał się, według słów Bartłomieja Sienkiewicza, „cmentarzyskiem politycznych słoni”, do którego zresztą on sam zamiesza dołączyć. Trafiają tam ludzie, którzy szczyt politycznej kariery mają zazwyczaj za sobą. W polskim przypadku to być może właśnie przypadek wspomnianego Sienkiewicza, ale także Leszka Millera, Marka Belki czy Włodzimierza Cimoszewicza. Cała trójka skutecznie powalczyła o mandaty w 2019 r. W najbliższych wyborach Belka i Cimoszewicz kandydują z list lewicy, natomiast Miller na razie kończy europarlamentarną przygodę, choć nie można wykluczyć jego powrotu do PE za 5 lat. Zapewne będzie chciał być wierny swojemu słynnemu zdaniu o tym, po czym poznaje się prawdziwego mężczyznę.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















