Kiedy w otwierającej film scenie poczęcia widzimy, jak zapłodnione jajo przemienia się w piłeczkę pingpongową, wiadomo już, co to będzie za kino. Bo na pewno nie sportowa biografia, choć oparta luźno na życiu Marty’ego Reismana, tenisowego czempiona z Nowego Jorku, osadzona w latach pięćdziesiątych.
Reżyser Josh Safdie bawi się filmowym podgatunkiem, jakim jest historia sportowego sukcesu, brawurowo żonglując wieloma piłeczkami jednocześnie. I nawet, kiedy je upuszcza, robi to z maestrią i dużym wdziękiem.
Marty Reisman jak Martin Scorsese
A Timothée Chalamet jest w tym filmie, nomen omen, aktorską rakietą. I nie tylko dlatego, że przez siedem lat pod okiem mistrzów trenował bekhendy i podcięcia, a charakteryzatorom pozwolił oszpecić swoje nieskazitelne lico. Gra postać wyjątkowo śliską, wręcz odpychającą, w dodatku z mało twarzowym wąsikiem i takimiż okularkami.
Marty okazuje się do tego stopnia zaabsorbowany swoim sukcesem, że okrada własnego wuja, porzuca dziewczynę w ciąży, uwodzi starzejącą się gwiazdę filmową i jeszcze daje się sklepać (rakietą!) wszechmocnemu milionerowi. Ma w sobie tupet, determinację i skłonności do hazardu, a że kłopoty to jego specjalność, w filmie rozróba goni rozróbę, co przez dwie i pół godziny może być jazdą ekscytującą, lecz chwilami powodować zadyszkę.
Niektórzy dopatrują się w tym energii kinetycznej zaczerpniętej wprost z innego „Marty’ego”, też rodem z NYC, czyli wczesnego Martina Scorsese.
Tymczasem za kamerą stanął jeden z najbardziej „energetycznych” twórców wywodzących się z amerykańskiego offu. Josh Safdie, połowa słynnego reżyserskiego duetu (jego młodszy brat Benny również samodzielnie kręci filmy, choć z mniejszym powodzeniem), daje tutaj warsztatowy popis na miarę ich wspólnych dokonań. Na przykład „Nieoszlifowanych diamentów” z 2019 roku.
Dobra opowieść wciąga – nawet tak anachroniczna
Dlatego „Wielki Marty” nie tylko przerasta narracyjnym wigorem klasyczne kino sportowe, ale momentami, zwłaszcza po pierwszym „secie”, bezczelnie je ignoruje. Za to ujęcia tenisowe autorstwa Dariusa Khondjiego, z umiarkowanym udziałem efektów specjalnych, na pewno przejdą do historii gatunku.
Sportowe zmagania pozostają jednak dodatkiem do pędzącej na złamanie karku opowieści. A dobra opowieść potrafi wciągnąć, nawet jeśli jest nieznośnie umowna czy wyzywająco anachroniczna. Bo choć zrekonstruowano tutaj pieczołowicie obskurne zakamarki Lower East Side sprzed osiemdziesięciu lat, przygodom nowojorskiego lekkoducha towarzyszą ostentacyjnie ejtisowe kawałki w wykonaniu New Order czy Tears For Fears.
I trudno o lepszy komentarz dla bezczelności i wiecznej niedojrzałości Marty’ego niż „Forever Young” w wykonaniu grupy Alphaville.
Żarty z holokaustu czy przypowieść o żydowskiej dumie
Safdie i jego regularny współscenarzysta Ronald Bronstein też są zresztą niezłymi tupeciarzami, kiedy na przykład pozwalają sobie na anegdoty związane z Holokaustem. A kumpla Marty’ego gra tu Géza Röhrig, znany z „Syna Szawła”, i tym razem jest to postać wzorowana na Alojzym Ehrlichu, sławnym polskim tenisiście stołowym ocalałym z Zagłady.
Twórcy filmu nie ukrywają, że opowiedziana przez nich historia ma być esencją losu żydowskiego w powojennej Ameryce, a nawet przypowieścią o „żydowskiej dumie”. Chodzi w niej przecież nie tyle o sukces, co odzyskiwanie godności, jakkolwiek w wydaniu tak awanturniczym i z bohaterem aż tak antybohaterskim musi to budzić mieszane odczucia.
Wielokrotnie w tym filmie nasze poczucie humoru bywa wystawiane na ciężką próbę – zwłaszcza w wątkach z ciężarną Rachel (Odessa A'zion) i psem gangstera, zagranego przez Abla Ferrarę. Tego, co się właściwie stało z czworonożnym Mosesem, raczej się nie dowiemy, jako że błazenada i beztroska tytułowego bohatera zdają się organizować tę pozornie chaotyczną intrygę. Tak, „Wielki Marty” to kino chucpiarskie w wielu znaczeniach tego słowa.
„WIELKI MARTY” („Marty Supreme”) – reż. Josh Safdie. Prod. USA 2025. TVP VoD, Play Now, Nowe Horyzonty VoD, Player, Pilot WP, Moje eKino, polsat box go, TV smart, CANAL+ VoD, Rakuten TV, Prime Video.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















