Kontemplacyjna Wielka Sobota. Przywilej mnichów – myślę sobie. Oraz osób zaopatrujących się na święta w garmażerce. Więcej, zastanawiam się, jak żyją ci, którzy znajdują czas i siły na odwiedzanie Grobów Pańskich w czasie leniwych spacerów po mieście. Z perspektywy mojego życia kontemplacyjna Wielka Sobota to dziwo. Nigdy niewidziane.
Owszem, jest w niej ten osobliwy rodzaj zawieszenia, ale też i pośpiech. Kontemplacja w przelocie, przyklęknięcie przed Grobem, by biec dalej, do spraw.
Czas wydłużony zatrzymaniem pomiędzy dwiema liturgiami, przedsionek święta. A jednocześnie rozpędzony i przysłonięty listą czynności, której wymaga kulinarna i domowa strona świąt. Zagęszczony poczuciem, że nawet jak nie ma mowy o umyciu okien, to musi przecież być jakiś porządek.
A poza tym: upiec spody mazurków, nie zapomnieć w pośpiechu wsypać cukru do ciasta na babę, utrzeć polewy, wylać w odpowiednim momencie i zdążyć ze wszystkim przed Wigilią Paschalną. Na którą zawsze można, w natłoku zadań, pójść na najpóźniejszą godzinę, choćby na 22.00, tyle że wtedy spracowana zasypiam podczas długich czytań.
Rodzinne tradycje wielkanocne i pamięć o przodkiniach
Przez lata z poczuciem winy wyobrażałam sobie korzyści duchowe, jakie płynęłyby z Wielkiej Soboty, gdyby nie domowe obowiązki, kumulujące się jeszcze u osób pracujących zawodowo w tym dniu.
Myślałam o nich, szatkując kilkadziesiąt jaj, które ponownie, po połączeniu z koperkiem, wkładam w precyzyjnie rozcięte skorupki i zasmażam. Nie jestem pewna, czy trud przekłada się na smak, ale wiem, że jemy je raz w roku i że sama uparłam się, by przenieść ten zwyczaj z domu przyjaciół dziadka.
Uwielbiałam jajka faszerowane, przygotowywane przez ciocię Lodę, jedzone na majowych imieninach wujka Stasia, więc znalazłam dla nich miejsce w wielkanocnym śniadaniu naszej rodziny.
Potrawy to zresztą rodzaj Dziadów, przywoływania zmarłych. „Baba drożdżowa babci”, „rogaliki cioci Lidki”, których zresztą dawno nikt nie piekł, to pamięć o przodkiniach, która trwa w zeszycie z przepisami – najpierw matki, potem przenosi się do twojego. Najwięcej zresztą czasu – dobrego, skupionego, ale i pełnego rozmów – spędzało się w kuchni.
Niektóre z kobiet w mojej rodzinie znam tylko z tego zeszytu. Jak choćby dalekie siostry cioteczne babki, o których pewnie nikt by nie wspomniał, gdyby nie zanotowany przepis.
Kobiety u grobu: czego wymaga martwe ciało
Czy jednak Wielka Sobota musi przebiegać w rozdarciu między przedświąteczną krzątaniną a kontemplacją? I w nieodzownym polskim, kobiecym czy katolickim, przepraszającym poczuciu winy? Czy bohaterki świątecznego poranka, kobiety, które poszły do grobu i zastały go pustym, poświęcały czas medytacji, czy przyziemnej krzątaninie?
Zgaduję, że nie były przygotowane na śmierć Mistrza. I co teraz? Zawiedzione nadzieje i poczucie nieogarnionej straty Jego i wszystkiego, co się z Nim wiązało: uwolnienia, entuzjazmu, poczucia przełomu, wspólnoty. Czy oprócz tego, co czują, są gotowe na zadania, jakich wymaga Jego martwe ciało? W obcym, stołecznym mieście, zajętym wielkimi świętami. A tu przecież przydałyby się jakieś szmaty, ręczniki, zioła dla zabicia zapachu. I woda.
Od kogo pożyczą dzban? Kogo mogą bezpiecznie poprosić o pomoc? Może wrócić do Betanii? Tylko czy zdążą – kłębią się myśli i uczucia. A jednocześnie wpadły w stupor żałoby. Łatwiej byłoby ruszyć i czymś zająć ręce, robić, a nie rozważać. Tyle że jest szabat i nie można żałoby zasłonić ani ucieczką, ani krzątaniną. Można tylko układać plan, a potem, zaraz po zachodzie słońca, szybko załatwić konieczne drobiazgi, żeby być gotowymi o świcie.
Praktyczna strona trochę zagłusza lęk, że złe konsekwencje mogą spotkać i tych, którzy z Nim szli, słuchali Go, byli wielokrotnie widywani w Jego otoczeniu. Ale czy akurat one były z Nim widywane? Czy czuły się uczennicami, czy tylko posługiwały grupie uczniów od strony logistyki i kuchni? Czy dołączyły do nich dawno, czy dopiero po radosnym wjeździe do Jerozolimy, w świątecznym entuzjazmie? O tym ewangelie głucho milczą.
Maria i inne: kim były kobiety przy grobie
Imiona kobiet idących do grobu ewangeliści wymieniają tonem oczywistości, tak jakbyśmy je znali. Do grobu idą Maria Magdalena i Maria, matka Jakuba, oraz Salome (według autora Ewangelii Marka) albo Joanna (według Ewangelii Łukasza). Albo po prostu Maria z Magdali i jakaś inna Maria (jak w Ewangelii Mateusza). Jest też wersja u Jana, zgodnie z którą Maria Magdalena była u grobu sama.
Tylko u Łukasza czytaliśmy wcześniej historie o Marii Magdalenie i Joannie. U Marka jest wzmianka o Salome. Ale nawet jeśli zostały nazwane, to nie znaczy, że są nam znane. Może o ich obecności przy pustym grobie wszyscy dobrze wiedzieli, więc nie można było zaprzeczyć ich roli w ogłoszeniu zmartwychwstania?
A może kobiet przy grobie było więcej i ewangeliści przywołują tylko imiona tych znanych Kościołom, dla których piszą? Brak imion kobiet znanych w tych wspólnotach zaprzeczałby przecież wiarygodności przekazu. Ale jednocześnie nie zdecydowali się poświęcić im więcej uwagi. Wspominają o nich w przelocie. Trochę jak zbiorową kobiecą bohaterkę.
Kobiecy, wielogłowy kolektyw, który miał się zająć opieką nad ciałem, a niespodzianie skończył w roli apostolskiej. Siostry od godnego pogrzebu poszły opowiedzieć światu, że Jezus zmartwychwstał!
Jako że niewiele o nich wiemy, mówimy „kobiety u grobu” lub wspominamy z imienia tylko Marię Magdalenę. Były może w tych tłumach, idących za Jezusem, wyłaniając się z tła i niknąc w tle. Niewidzialne. Nie czczone tak, jak należy. Dostrzeżone dopiero wtedy, gdy ich krzątanina, służąca ciału i tradycji, zrobiła z nich apostołki zmartwychwstania.
Choć miały tylko wykonać niewdzięczną robotę, krzątać się przy zmarłym, w cieniu tego wielkiego wydarzenia.
Kobiety w Ewangelii: naśladowanie i służba
Co więcej, synoptycy (autorzy Ewangelii wg Marka, Mateusza i Łukasza), mówiąc o kobietach idących do grobu, używają czasowników akoloutheo (iść za kimś) i diakoneo (usługiwać), które w tych ewangeliach związane są z byciem uczniem/uczennicą. Do grobu idą więc one – uczennice Pana. Były pod krzyżem, widziały Jego śmierć, teraz nie znajdują Go w pustym grobie. Mogą więc dać świadectwo: umarł prawdziwie i prawdziwie zmartwychwstał! Alleluja.
Wszechobecna w scenie przy grobie Maria Magdalena wiedziała coś jeszcze: że sama doświadczyła uwolnienia, zwrócenia życia.
Może więc oprócz poczucia obowiązku, krzątaniny wokół spraw ciała, poszła do grobu wiedziona czymś jeszcze?
Szła jako uczennica, która dostała inną lekcję niż tylko wykładnię tekstów. Uwalniając ją od złych duchów, cokolwiek one znaczą, Jezus oddał jej życie. Czy wiedząc to, doświadczywszy, jaką ma moc i władzę, przypuszczała, że może przywrócić do życia i siebie? Jeśli ją powołał, to nie odwołując od rodziny czy pracy, tylko właśnie przez to uwolnienie.
Praca z ciałem: dlaczego codzienność ma znaczenie
Kobiety u grobu znane nam są zatem tylko z jednego: że tam poszły. Niczym ciocia Wacia, którą znam tylko z zeszytu z przepisami. Poszły do „roboty przy ciele”. Bo ciało, martwe czy żywe, domaga się specyficznej krzątaniny, zabiegów, starań, z których ostatecznie składa się życie i śmierć.
Żąda od nas gotowania, karmienia, czyszczenia powierzchni i rzeczy, by nasze ciała nie chorowały, mycia, prania, przewijania, zakupów, podpierania, tulenia, noszenia, ubierania, głaskania. Dbanie o ciała innych nieproporcjonalnie bardziej wypełnia życie kobiet, ale tak naprawdę tworzy codzienność każdego. Możemy tylko udawać, że jest inaczej.
„Skoro nasze istnienie przebiega głównie w doświadczeniu potocznym, pośród czynności zwykłych, to odmawiając im znaczenia, unieważniamy się sami” – pisała filozofka Jolanta Brach-Czaina w słynnym eseju „Krzątactwo”. Może więc Wielka Sobota krzątających się jest zanurzeniem w istnieniu, pławieniem się w tym, co Brach-Czaina nazywa „egzystencjalnym konkretem”.
Jego znaczenie zwykle jest ulotne, niezauważalne i zapominane chwilę po tym, gdy się wydarzy. Świąteczną krzątaninę dla odmiany celebrujemy. Ten porządek, pięknie nakryty stół, smak potraw jest komplementowany inaczej niż często niezauważany wysiłek podtrzymywania codzienności – te niezliczone wypakowywania zmywarki, mycie garów, wycieranie blatów, nakrywanie do kilku posiłków dziennie.
„Jaki pyszny sernik, ciociu!”. „Cały rok czekam na te jajka”. „Podajcie tę znakomitą sałatkę śledziową”. „Chrzan, oczywiście, własnej roboty”. Celebrujemy świąteczne dania, komplementujemy trud odświętnego gotowania. Choć ostatecznie nie jest dużo większy niż mozół powtarzalności zup, obierania kartofli i śniadań naszej codzienności.
Troska i krzątactwo to też miłość
Jolanta Brach-Czaina zauważa: „Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogarnia nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach. Codzienność stanowiąca tło egzystencjalne zdarzeń niezwykłych, których oczekujemy – często tło nadmierne – może więc decydować o wszystkim. Ma wymiar drobny, częstotliwość dużą. Jest niezauważalna”.
Może doceniając świąteczną krzątaninę, dostrzegamy właśnie codzienność i dajemy jej to zauważenie, które powinna mieć? Brach-Czaina widzi w niezauważalności codzienności bezpośrednie zagrożenie naszego istnienia, bo upływa ona na czynnościach nieuniknionych, które za chwilę okażą się nieważne.
Ratunek widzi w odsłanianiu sensu naszych akcji: „W obronie własnej trzeba ścigać sens codzienności, jak przestępcę, który czyha w ukryciu”. Może więc świąteczny stół wskazuje na sens zajmowania się służbą ciału, czynnościami żmudnymi i na co dzień niedostrzegalnymi, które podtrzymują nasze życie i spajają nas we wspólnoty?
Stół łączy rodzinne spotkanie ponad podziałami na tych, co byli i nie byli w święta w kościele. Coraz częstszymi w sekularyzującym się społeczeństwie. Zatem jego przygotowanie jest niczym wielkoczwartkowe mandatum – obmywanie nóg w kościołach. Wskazuje na miłość i troskę.
Liturgiczny symbol zaciemniony jest zwyczajem, że księża-mężczyźni myją zwykle nogi ministrantom i lektorom. Stół jest natomiast egalitarną przestrzenią posługi – zaprasza, by położyć na nim owoce trudu lub zwyczajnej troski o przyjemność bliskich. Wyrazić miłość i służbę: obrusem, starannością, pracą włożoną w przygotowanie i goszczenie.
Stół świąteczny jest więc momentem przypomnienia o sensie tych wszystkich stołów codziennych, nakrywanych do wczesnego śniadania i po długim dniu szkoły czy pracy. Przypomnieniem, że żmudna i zwyczajna, gotowana późno w nocy zupa albo myty przed snem zlew – są miłością. Codziennym jej wyrażaniem. Bo właśnie miłość jest sensem krzątaniny. Głos całości zawsze dźwięczy w drobinach istnienia – przypomina Brach-Czaina.
Czy sprzątanie może być modlitwą?
Śmierć na krzyżu jest niecodzienna, ale wymaga służby ciału, pospiesznie zdjętemu z krzyża, które należałoby w niedzielny poranek przygotować – porządnie, zgodnie z tradycją, by pochówek był godziwy, a szacunek oddany.
Czy pójście do grobu ze szmatami, ziołami i wodą, by wyszykować ciało na spoczynek, nie jest adoracją Wcielenia? Skoro Bóg chciał wejść w ludzką cielesność, może uchylanie się od tego, „co przy ciele”, jest uciekaniem przed Jego obecnością? Może w krzątaninie wokół potrzeb ciała trzeba się zanurzyć? Znów Brach-Czaina: „Któż nam zaręczy, że w codzienności nie dzieją się jakieś sprawy ostateczne? Czy możemy z czystym sumieniem wykluczyć taką możliwość?”.
Jak być chrześcijanką, która się krząta, widzieć w codzienności perspektywę spraw ostatecznych? Nie powinno być o to trudno, jeśli wierzymy w bliskiego, wcielonego Boga, którego matka też walczyła z przewijaniem pieluch i zamiataniem izby. Boga, który znał krzątaninę dnia i fizyczną pracę, by przeżyć.
Służby w nazareńskim domu raczej nie było. Wcielonego w ciało i jego codzienność, nieodciętego od krzątaniny, która podtrzymuje byt. Nawet jeśli chrześcijaństwo skutecznie inkulturowało się w niechęć do tego, co cielesne, symptomatyczną dla późnego antyku. Zwłaszcza że „cielesne” oznaczało też „kobiece”. A dla kobiet w kościołach było coraz mniej miejsca.
Duchowość kobiet i szukanie Boga w codzienności
Szukanie Boga w codzienności świeckiej przyszło dużo później, gdy sami świeccy odzyskali głos i mogli zadawać pytania o duchowość w świecie. Jeszcze później przyszły pytania kobiet o sens ich krzątaniny, która w wielu rodzinach zajmuje im każdego dnia nieproporcjonalnie więcej czasu. Jak widzieć w tym wartość? Czy uciekać przed utkwieniem w masie obowiązków? Szukać równowagi? Żyć w napięciu? Odpowiadamy na te pytania i na co dzień, i od święta, negocjując z kształtem kolejnych rodzinnych spotkań i oczekiwań.
Czy krzątające się przy grobie, który okazał się pusty, nadają krzątaninie godność? Czy może ich rola, tak mało celebrowana, pokazuje, że lepiej zająć się czymś innym?
Wiara we wcielonego Boga, który daje się poznać dzieląc posiłek albo pozwalając zobaczyć i dotknąć swoje rany, jest dziwnie blisko zwyczajności i codziennego konkretu. Blisko ciała, jego ułomności i potrzeb. Służenia mu i przyjmowania posługi. Tak przy wielkanocnym stole, jak i w żmudnej codzienności.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















