Rabacja galicyjska po 180 latach. Najtrudniej rozstrzygnąć, kto wtedy zaczął

O krwawej rabacji z roku 1846, legendzie Jakuba Szeli oraz o tym, jak Galicja wyciągnęła wnioski z chłopskiego buntu, mówi historyk prof. Waldemar Łazuga.
Czyta się kilka minut
„Rabacja chłopska 1846” (fragment), obraz Jana Lorentowicza, 1851 r. // Muzeum Dwór w Dołędze / domena publiczna
„Rabacja chłopska 1846” (fragment), obraz Jana Lorentowicza, 1851 r. // Muzeum Dwór w Dołędze / domena publiczna

JACEK STAWISKI: 180 lat temu, przełom zimy i wiosny, to w Galicji czas tuż po rabacji, po rzezi tutejszych ziemian, mordowanych przez chłopów. Wielkanoc musiała być ponura w kontekście wydarzeń z początku 1846 r.

Waldemar Łazuga: Wielkanoc wypadała wtedy 12 kwietnia, wówczas było już po wszystkim. Rabacja galicyjska zaczęła się nocą 18/19 lutego i wygasła na przełomie lutego i marca. Objęła obszar od Sanoka po Bochnię i Kraków. Najgoręcej było w okolicy Tarnowa, Pilzna oraz wsi Siedliska, gdzie działał słynny Jakub Szela, chłop ze wsi Smarzowa [dziś w powiecie Dębica – red.]. Europejskie gazety pisały o „krwawych zapustach”.

Ile było ofiar rabacji?

Życie straciło około tysiąca osób spośród szlachty: mężczyźni, kobiety, dzieci. Z dymem puszczono kilkaset szlacheckich siedzib. Skala mordów przerażała, tej „kainowej pałki” nikt się nie spodziewał. Stanisław Tarnowski, wstrząśnięty do głębi, pisał o najboleśniejszej karcie w naszej historii. Szybko pojawiła się teza, że winni tragedii są obcy.

Czego nie wiemy o rabacji?

Faktograficznie wiemy dużo. Znamy nazwiska uczestników i pomordowanych. Często możemy nawet odtworzyć przebieg zajść. Są pamiętniki szlachty i austriackich urzędników różnych szczebli, zeznania świadków. Jest znakomite opracowanie Waleriana Kalinki, ojca tzw. krakowskiej szkoły historycznej i świadka wydarzeń. Mamy też współczesne studia i bogatą źródłowo biografię Szeli pióra Tomasza Szuberta. 

Kto więc wtedy zaczął?

To wciąż najtrudniej rozstrzygnąć: kto tę beczkę prochu podpalił. Ile w „obłędzie mordowania” było czystej furii ciemiężonego chłopa, a ile prowokacji lokalnej administracji austriackiej, która od początku brała stronę rabantów. Ile polityki lwowskiego gubernium i Wiednia. Ile intryg Rosji, źle życzącej Austrii. Ile knowań wszechwładnego Klemensa Metternicha, kanclerza Austrii. Ile wreszcie winy emisariuszy polskiej emigracji, którzy działali w Galicji i zapowiadali wyzwolenie ludów, grzesząc w tych zapowiedziach naiwnością.

Spójrzmy na kalendarium.

Trzy dni po rozpoczęciu rabacji, 22 lutego 1846 r., wybucha powstanie krakowskie. Z góry skazane na porażkę. Po stronie wojsk austriackich zjawiają się chłopi-rabanci z kosami, co wśród powstańców wywołuje szok. Jan Tyssowski, wódz powstania, nie staje na wysokości zadania. Edward Dembowski, jego sekretarz, rusza na czele chaotycznego pochodu z chorągwiami i ginie od austriackiej kuli, której chyba szukał. Los Rzeczpospolitej Krakowskiej jest przesądzony.

W krótkim czasie i na małej przestrzeni rozgrywa się tyle powiązanych ze sobą wątków, że powinniśmy być ostrożni z osądem, kto za tym stał.

Impulsem do rabacji była przepaść między chłopami a ziemianami, sięgająca wielu pokoleń wstecz. Mimo to od XVII w., od powstania Chmielnickiego, nie było takiego buntu chłopskiego. Można wytłumaczyć, skąd ten fenomen akurat w zachodniej Galicji?

Przepaść ta była istotnie głęboka, a położenie chłopów tak ciężkie, że dla Stanisława Staszica, autora „Przestróg dla Polski” z 1790 r., był to jeden z powodów „upadania” naszego państwa. Dla galicyjskiego chłopa oprawcą nie był urzędnik austriacki, przeważnie dość oświecony i bojkotowany przez szlachtę, lecz karbowy, ekonom, mandatariusz, justycjariusz i cały społeczno-gospodarczo-prawny system „dominikalny” (pański), niepozwalający mu się z tego stanu wydobyć. 

Chłopi wydobyli się z niego na chwilę za sprawą oświeconych refom cesarza Józefa II [panował w latach 1765-1790 – red.], aby po jego śmierci stracić to, co uzyskali. Zagrożenie widzieli więc ze strony „ciarachów”, jak nazywali polską szlachtę. Sami uważali się za „cysorskich” i tylko w „cysorzu” z dalekiego Wiednia pokładali nadzieję na odmianę losu. 

Cesarz Ferdynand I zniósł pańszczyznę w zaborze austriackim wiosną 1848 r., co było skutkiem trwającej wtedy w cesarstwie Wiosny Ludów i także rabacji.

W wyścigu o zniesienie pańszczyzny Wiedeń okazał się zresztą szybszy niż np. car rosyjski.

Kim był Jakub Szela? Są trzy jego legendy: biała, czarna i czerwona.

Był chłopem ze Smarzowej, analfabetą. Nieraz wchodził w konflikt z prawem. W młodości podpalił dom ojca, zamordował pierwszą żonę, obciął sobie u dłoni dwa palce, aby nie zostać powołanym do wojska, nie wywiązywał się z pańszczyzny. Przez lata był w konflikcie z Boguszami z Siedlisk, którym stale z czymś zalegał, odbierał od nich kije, doznawał poniżenia, i na których systematycznie skarżył do cyrkułu.

Na czele tarnowskiego cyrkułu, urzędu austriackiego, stał Joseph Breinl, człowiek nie bez pewnej ogłady literackiej, poliglota. To on, według wielu źródeł, miał zachęcać Szelę do buntu i obiecywać za szlacheckie głowy „krwawe premie”. Oficjalnie Breinl temu zaprzeczał, ale wiadomo, że odnosił się do Szeli z pewnym uznaniem, a nawet podziwem dla twardości i hardości jego charakteru. Podobnie zresztą jak szef policji lwowskiej Leopold Sacher-Masoch (nie mylić z noszącym to samo imię synem, literatem) i kilku innych urzędników austriackich.

Portret Jakuba Szeli, rysunek z 1847 r. // Biblioteka Narodowa Polona

W każdym razie skargi na Szelę, które do cyrkułu wnosili z kolei Boguszowie, nie przynosiły skutku. Podczas rabacji ośmiu mężczyzn z tej rodziny straciło życie z ręki Szeli.

Po rabacji Austriacy osiedlili Szelę aż na Bukowinie, odległej prowincji cesarstwa.

Podróż Szeli na Bukowinę miała w sobie coś z triumfu zwycięzcy. Jechał przez Rzeszów, Lwów, Stryj, Kołomyję, wszędzie budząc olbrzymie zainteresowanie. Zapowiadał po drodze, że gdyby trzeba było raz jeszcze ruszyć na panów, to jest gotów. Spotykał się potajemnie z różnymi oficjelami. Chłopi na jego widok wiwatowali. Odbierał od nich hołdy.

A jak to jest z jego legendami?

Z legendami związanymi z Szelą, a także z kolorami białym, czarnym czy czerwonym, mamy kłopot – rzekłbym – symboliczny. Trochę taki, jak ze spluwaczką z wizerunkiem Szeli i Metternicha oraz groźnym napisem „Przyjdzie czas”. Otóż ta słynna spluwaczka, dzieło artysty Henryka Dmochowskiego, szybko przeistoczyła się w gustowną miseczkę, a następnie jako medalion pojawiała się na ścianach. Trafiła też do Metternicha, który nie tylko jej nie wyrzucił, lecz umieścił na widocznym miejscu w swoim zamku Königswart (Kynžvart) w Czechach. Miała być więc instrumentem legendy czarnej, ale czy po takiej „transformacji” istotnie była?

Spluwaczka, popielnica na cygara – plakieta żeliwna z wizerunkiem Szeli i Metternicha, upamiętniająca rabację galicyjską, XIX w. // Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli w Krakowie

Biała legenda opowiadała o Szeli jako trybunie ludu lub mścicielu, który za wiekowe krzywdy wymierzył sprawiedliwość. Po swojemu, okrutnie. Natomiast czerwona legenda wiązała się z działalnością emisariuszy i sugerowała, jakoby Szela, ten pierwszy rabant, wyznawał ich socjalistyczno-utopijne przekonania. 

Toteż skromny pogląd, że Szela był przede wszystkim inteligentnym, upartym, twardym i dbającym o swój interes chłopem, któremu na domiar dopisało szczęście, a zbrodnie uszły płazem, nie wygląda zachęcająco.

Czy szlachta pomściła kiedyś rabację? Są przypuszczenia, że Szela został dopadnięty na Bukowinie przez mścicieli.

Po przeprowadzce na Bukowinę, co wielu rzeczywiście uważało za nagrodę i awans, Szela pozostał sobą. Udało mu się powiększyć majątek. Kilka razy wszedł w konflikt z prawem, sądził się, odbywał karę. Umarł, o ile wiadomo, śmiercią naturalną w 1860 r. Nie wiadomo natomiast, gdzie został pochowany. Może dlatego, że mordując ze słowami „Bóg i cysorz” na ustach, odpowiadał za śmierć kilku duchownych, więc z miejscem w poświęconej ziemi mógł być kłopot.

Jak było więc z tą zemstą?

Czy szlachta pomściła rabację? No nie. Rozsądnie nie pomściła. Wolała o niej zapomnieć i całą winę zrzucać na Metternicha, który umarł w 1859 r., a także na „staroaustriacką biurokrację”. Bo z tą nową, po 1867 r., gdy Galicja otrzymała autonomię, nieźle się dogadywała.

Metternicha pamiętamy też z „Listu szlachcica polskiego o rzezi galicyjskiej do księcia Metternicha” pióra Aleksandra Wielopolskiego, pisma pełnego gniewu wobec Austrii i jej sternika. Wielopolski zapewniał, że Rosja na tak skandaliczne zachowanie nigdy by się nie zdobyła, i radził szlachcie, by zwróciła się w stronę cara.

Nie mogę się oprzeć i nie powiedzieć, że odpowiedź Metternicha na zarzuty, iż to on wymyślił Szelę, ma swój urok. Oświadczył mianowicie, że Szelę stworzył nie on, lecz dziennikarze, „przyjaciele kłamstwa”. Po czym zachwalał pożytki z wprowadzenia cenzury prasy.

Prócz Szeli byli inni przywódcy rabacji?

Byli: Jan Bąk spod Tarnowa, Stanisław Siedlik spod Bochni, Grzegorz Wojnarowski spod Jasła czy Marcin Kaleta, także bodaj spod Tarnowa. Rabacja to w istocie suma lokalnych wypadków o różnym natężeniu. Zauważmy, że wybuchła na terenach, gdzie nie było wielkich majątków, i gdzie samoobrona szlachecka była słaba. 

Jeśli zaś Szela ze wszystkich tych przywódców pozostał najsławniejszy, to może nie dlatego, że był najbardziej krwawy – wielu ludziom życie jednak darował – lecz dlatego, że jako „plenipotent” gromadzki, często bywający w cyrkule i zaprawiony w kłótniach, był postacią znaną. No i talentów przywódczych z pewnością nie można mu odmówić.

Rabacja była traumą nie tylko dla Galicji, ale i reszty ówczesnej Polski. Mocno też odbiła się echem w Europie.

Choć zakrawa to na paradoks, Metternich miał sporo racji z tymi dziennikarzami... News był wtedy zupełnie wyjątkowy. Oto w coraz szybciej rozwijającej się Europie, dumnej z postępów cywilizacji, w jednym jej zakątku z ręki poddanych zginęło tysiąc ludzi, szlachty. Spalono wiele domów, uśmiercono księży. Dopuszczono się najdzikszych gwałtów. Towarzyszyły temu sceny z piekła rodem, jak z najgorszego koszmaru!

W Wielkopolsce wrażenie było tak duże, że tuż po Wielkanocy życiorys Szeli trafił na łamy „Gazety Wielkiego Księstwa Poznańskiego”, a stamtąd do kilku gazet niemieckich, francuskich i brytyjskich. 

Uderzał kontrast między tym, co działo się w Galicji, a Wielkopolską. Nad Wartą istniał już obowiązek szkolny. Działali organicznicy, zawiązywano koła obywatelskie, szerzyły się idee pracy organicznej i solidaryzmu społecznego. W poznańskim Bazarze spotykali się ludzie różnych stanów. Gdy w listopadzie 1846 r. umarł Karol Marcinkowski, lekarz i społecznik, do dziś w Poznaniu otaczany kultem, jego trumnę nieśli na zmianę przedstawiciele szlachty, mieszczaństwa i włościaństwa.

W Galicji wyciągnięto wnioski po rabacji? 

Dla uprzywilejowanych rabacja stanowiła memento. W Galicji autonomicznej, po 1867 r., starano się nadrobić największe zaniedbania. Elity polskie stanęły na gruncie realizmu politycznego, zadbano o szkolnictwo i oświatę, stworzono warunki, dzięki którym Polacy nie tylko współrządzili monarchią, ale i doczekali nowych pokoleń działaczy ludowych, na czele z księdzem Stojałowskim, Jakubem Bojko, Bolesławem Wysłouchem, Janem Stapińskim i Wincentym Witosem. Galicja stała się kolebką ruchu ludowego. Grzech rabacji w jakiejś mierze „odkupiono”.

Mamy teraz zwrot ludowy w badaniach historycznych. O czym to świadczy?

O pewnej równowadze po długim okresie fascynacji kulturą i tradycją szlachecką, po modzie na herby, sygnety i genealogiczne poszukiwania heraldycznych przodków. Prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy z ludu i każdy z nas w linii prostej lub bocznej ma ludowych antenatów. Wielu nosi nazwiska uczestników tamtych wydarzeń. Mamy krew nie tylko etnicznie, ale i społecznie wielokrotnie zmieszaną. Przestaliśmy się tego wstydzić. I dobrze.

Prof. WALDEMAR ŁAZUGA (ur. 1952) jest historykiem, specjalizuje się w dziejach Polski w XIX i XX w. Autor kilkunastu książek, m.in. „Michał Bobrzyński: myśl historyczna a działalność polityczna”, „Kalkulować... Polacy na szczytach c.k. monarchii”, „Uwikłani w przeszłość”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Odkupiony grzech rabacji