Pierwsza rocznica wyborów to czas podsumowań przede wszystkim dla ekipy, która w ich wyniku objęła władzę. O nastrojach Polaków na temat rządu i sejmowej koalicji mówi też wiele kondycja opozycji, która 15 października ub. roku została pokonana dzięki wyjątkowej mobilizacji społecznej i rekordowej frekwencji. Biorąc pod uwagę 8 lat dość brutalnego sprawowania władzy przez PiS, obecny stan tej partii jest zaskakujący.
PiS uniknął wewnętrznej wojny po porażce. Jak to zrobił?
Po oddaniu władzy w 2015 r. PO długo nie mogła się odnaleźć. Miesiącami trwały w niej spory, a sytuacja ustabilizowała się dopiero po tym, jak władzę w partii objął Grzegorz Schetyna. PiS po swej porażce miał nieco bardziej ulgowe warunki. Przede wszystkim matematycznie wygrał wybory w 2023 r., co umożliwiło mu powołanie dwutygodniowego rządu Mateusza Morawieckiego oraz – co przyznają sami politycy partii – powstrzymało głębokie rozliczenia. Udało się też uniknąć znanych z przeszłości rozłamów: po elekcji z 2007 r. utworzono ugrupowanie Polska XXI; po porażce w wyborach prezydenckich w 2010 r. powstała Polska Jest Najważniejsza, a po przegranych wyborach w 2011 r. – Solidarna Polska.
Tym razem odszedł tylko Jan Krzysztof Ardanowski (stworzył wspólne koło z posłami Kukiz’15 i założył ugrupowanie Wolność i Dobrobyt), ale jego „siła rażenia” pozostaje niewielka. Kłótnie na platformie X między Beatą Szydło a Ryszardem Terleckim też nie mają takiego kalibru jak rewolty z przeszłości.
W powyborczej konsolidacji partii Kaczyńskiego pomogły zapewne gwałtowne wydarzenia po powstaniu rządu Donalda Tuska, związane ze zmianami w prokuraturze oraz przejmowaniem mediów publicznych przez ministra kultury Bartłomieja Sienkiewicza. Przez PiS zmiany te zostały uznane za bezprawne, co skłoniło polityków tej partii do rozpoczęcia okupacji budynków medialnych.
Krótko potem mandatów poselskich zostali pozbawieni Maciej Wąsik i Mariusz Kamiński, co było związane z ponownym ich skazaniem za sprokurowanie afery gruntowej. Oni sami, PiS oraz prezydent – nie uznali tego wyroku, wskazując, że Andrzej Duda już raz obu ułaskawił, choć stało się to przedwcześnie, zanim sąd wydał prawomocny wyrok.
Obrona Kamińskiego i Wąsika była dla PiS okazją do wyjątkowej mobilizacji, która zaowocowała konfrontacją dużej grupy posłów PiS ze Strażą Marszałkowską, pamiętajmy jednak, że 8 lat wcześniej jeszcze bardziej mobilizowała się ówczesna opozycja na czele z PO, gdy protestowała przeciwko niekonstytucyjnym zmianom w wymiarze sprawiedliwości, narzucanym w Sejmie przez PiS.
Andrzej Duda się zbuntował, ale szybko mu przeszło
Ważniejsza różnica obu sytuacji wiąże się z osobą prezydenta. Ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego, mimo wszystkich kłótni między nim a Andrzejem Dudą, miało go po swojej stronie, a to dawało całemu środowisku siłę. Początkowe pojednawcze gesty w kierunku Tuska, a także konfrontacyjne wobec kierownictwa PiS mianowanie Marcina Mastalerka na szefa gabinetu, niczego tu nie zmieniły, bo Duda szybko wrócił do współbrzmienia z PiS – zwłaszcza po najeździe policji na Pałac Prezydencki, w którym Duda „gościł” Wąsika i Kamińskiego. Czas większych rozdźwięków między PiS a prezydentem minął, a Duda wetuje lub wysyła do Trybunału Konstytucyjnego wszystkie uderzające w PiS ustawy; nie zgadza się też na dymisje powołanych za rządów tej partii ambasadorów.
Niemal wszyscy nasi rozmówcy zgadzają się też, że oprócz powolnie idących rozliczeń poprzedniej władzy, istotnym elementem, który zapobiegł spodziewanej dekompozycji PiS, był kalendarz polityczny: kampania przed kwietniowymi wyborami samorządowymi i ta przed czerwcowymi wyborami europejskimi. Obie – co przyznaje prof. Jarosław Flis, socjolog z UJ – miały być gwoździem do trumny partii Kaczyńskiego.
– A jednak okazało się, że bez telewizji Jacka Kurskiego też jest życie dla PiS. Może nawet lepsze, bo gdyby TVP w tamtej formie dalej działała i uprawiała propagandę, wynik mógłby być nawet gorszy, bo druga strona byłaby bardziej zmobilizowana – dodaje Flis.
Wybory samorządowe, a konkretnie możliwe do ujęcia w ogólnopolskiej skali wybory do sejmików, PiS znów matematycznie wygrał z głównym rywalem – Koalicją Obywatelską. I choć stracił władzę w kilku sejmikach w stosunku do roku 2018, partia nie czuła się przegraną. Podobnie po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tym razem PiS, w przeciwieństwie do roku 2019, wybory te minimalnie przegrał, ale udało mu się zdobyć 20 mandatów, tylko jeden mniej od KO.
To wszystko oczywiście nie znaczy, że utrata władzy została w środowisku tak po prostu przełknięta. – Przemysław Czarnek nie raz to publicznie formułował i co do tego jest w partii zgoda: przegraliśmy przez piątkę dla zwierząt, pandemię, Polski Ład, poparcie dla Ukrainy oraz nasze „tłuste koty” – przyznaje prominentny polityk tej partii.
Podobną diagnozę postawił w tekście „Dlaczego jestem wściekły na PiS” publicysta Rafał Ziemkiewicz w tygodniku „Do Rzeczy”. Jego tekst to wyraz najsilniejszych frustracji w środowisku bliskim poprzedniej władzy. Wymienił on m.in. złe priorytety kampanii, toporną propagandę, podwyższenie składki zdrowotnej i nagonkę na ludzi zarabiających powyżej 6 tys. zł, a także powołanie na premiera Mateusza Morawieckiego, zamiast skutecznego technokraty, czyli kogoś w rodzaju Dominika Tarczyńskiego. Podobne przekonania, jak wynika z naszych ustaleń, są w partii dość powszechne, jednak wciąż nie przełożyło się to na pozycję samego Jarosława Kaczyńskiego.
– W normalnych partiach po przegranych wyborach i oddaniu władzy wypada zmienić kierownictwo. Kaczyńskiemu udało się znowu ocaleć, choć ostatnich kilka lat to nieustające jego błędy i pomyłki. Dziś nie wiemy, czy jest faktycznie nieodwoływalny, niemniej do wyborów prezydenckich pozostaje nie do ruszenia – ocenia Flis.
Czy nowe twarze we władzach odmienią partię Kaczyńskiego
Senator Kazimierz Ujazdowski z PSL uważa z kolei, że to, co jest siłą PiS, może być zarazem słabością tej partii – bez przywództwa Kaczyńskiego formacja ta już dawno by się rozpadła. Poza tym wiek lidera (ma 75 lat) uniemożliwia mu dostosowywanie się do zmian współczesnego świata i polityki. Prezes PiS mimo wszystko będzie się starał dociągnąć u sterów do 2027 r. i jeśli nie będzie jakichś przeszkód natury zdrowotnej, uda mu się – ocenia senator.
Jednocześnie czas w opozycji oraz kolejne dwie kampanie wylansowały parę nowych partyjnych twarzy. To m.in. bardzo medialny poseł Andrzej Śliwka, „dwutygodniowa” minister rolnictwa Anna Gembicka, kandydat na prezydenta Warszawy Tobiasz Bocheński oraz poseł Zbigniew Bogucki. W strukturze partyjnej, jak można usłyszeć, wzrosły akcje Piotra Milowańskiego, nadal mocna jest również pozycja „polskiego Donalda Trumpa”, czyli Przemysława Czarnka.
PiS usiłuje dziś odświeżyć swój wizerunek, czego wyrazem jest skład Komitetu Wykonawczego, nowej struktury na czele z Mariuszem Błaszczakiem, w której znalazło się ponad dwudziestu młodych polityków. To m.in. Rafał Bochenek, Radosław Fogiel, Marcin Przydacz, Paweł Jabłoński, Andrzej Śliwka, Zbigniew Bogucki i Paweł Szefernaker.
– Silnym spoiwem PiS jest też pamięć o losach Tuska i Kosiniaka-Kamysza. Wiele razy byli składani do grobu, a teraz jeden jest premierem, a drugi wicepremierem – ocenia Flis. – Z punktu widzenia partyjnych trzydziestolatków „Kaczora” trzeba wziąć na przeczekanie, bo dłużej klasztora niż przeora. Tym bardziej że mają oni przekonanie, iż polaryzacyjny układ PO–PiS jest wieczny – dodaje socjolog.
To, że PiS udało się uniknąć specjalnych powyborczych strat, pokazują sondaże. Poparcie dla partii Kaczyńskiego utrzymuje się w granicach 30 proc. i jest tylko minimalnie niższe niż dla KO. Najważniejsze jednak jest to, że np. według ostatniego sondażu Opinii24 dla „Gazety Wyborczej”, PiS (33,5 proc.) wraz z Konfederacją (12,5 proc.) mają wyższe poparcie niż obecna koalicja rządząca i gdyby dziś doszło do wyborów, przejęłyby władzę (o ile by się dogadały).
Skąd się bierze siła Ziobry
Ale czas po wyborach to też momenty dla PiS trudne, jak wspomniany już spór Szydło z Terleckim, związany z zamieszaniem wokół zmiany władzy w sejmiku małopolskim. Mimo że PiS uzyskał tam w wyborach samorządowych większość, przez prawie trzy miesiące nie udało mu się wybrać marszałka, bo usilnie lansowany przez prezesa Łukasz Kmita nie zyskiwał poparcia frakcji skupionej wokół Beaty Szydło. W końcu stanęło na Łukaszu Smółce, kandydacie kompromisowym. Cała sytuacja przez jakiś czas groziła większą wojną, a Beacie Szydło groziło wręcz, że przestanie być wiceprezesem PiS, co z kolei zmusi ją do odejścia z partii.
Pewne napięcia wywołały też wybory do Parlamentu Europejskiego, zwłaszcza złe potraktowanie takich zasłużonych europosłów, jak Zdzisław Krasnodębski, Ryszard Legutko czy Jacek Saryusz-Wolski. Wybory te zaowocowały również odejściem z partii byłego ministra rolnictwa i szefa struktur podlaskich Krzysztofa Jurgiela, który ośmielił się nawet wejść w publiczną konfrontację z Kaczyńskim.
Podobnie jak Szydło, fotela wiceprezesa ostatecznie nie stracił Antoni Macierewicz, ale jego pozycja bardzo osłabła. W tym przypadku ujawnianie przez ekipę Tuska kulis pracy jego słynnej podkomisji smoleńskiej okazało się skuteczne, ponieważ wielu polityków i wyborców PiS również nie ma zaufania do ustaleń Macierewicza.
Jednak za największy sukces PiS w pierwszym powyborczym roku politycy tej partii oraz eksperci uznają konsolidację: najpierw z Republikanami, a ostatnio z Suwerenną Polską. To drugie nastąpiło nie bez oporów, bo politycy SP twardo negocjowali, wywalczając ostatecznie dwa fotele wiceprezesów dla Zbigniewa Ziobry i Patryka Jakiego, dwa miejsca w Komitecie Wykonawczym dla Sebastiana Kalety i Dariusza Mateckiego, oraz kierownictwo trzech struktur regionalnych. Suwerennej Polsce udała się też (w ramach list PiS) kampania do Parlamentu Europejskiego; mają tam dziś dwa fotele.
Paradoksalnie pozytywną rolę dla opozycji odegrała niespodziewana ciężka choroba Zbigniewa Ziobry. Właściwie tylko Michał Dworczyk otwarcie stwierdził, że jego zdaniem to SP ponosi odpowiedzialność za porażkę, ale było to wyrazem stanowiska frakcji Mateusza Morawieckiego, najbardziej niechętnej połączeniu z ziobrystami.
Sebastian Kaleta z SP uważa wręcz, że represje, które spadły na jego formację ze strony obecnej władzy, bardziej pomogły jej, niż zaszkodziły. – Próbowano zniszczyć nas jako środowisko, ale zatrzymanie Marcina Romanowskiego, a zwłaszcza przetrzymywanie w więzieniu ks. Michała Olszewskiego stały się symbolem konsolidującym nasz elektorat – twierdzi.
Gorzej już było ze sprawą Funduszu Sprawiedliwości, obciążającą właśnie polityków SP. Opublikowanie nagrań udostępnionych przez dyrektora Tomasza Mraza na pewno zrobiło duże wrażenie na opinii publicznej, ale już nieudolność prokuratury przy jego zatrzymaniu przykryła nieco istotę sprawy.
Gdzie jest kandydat PiS na prezydenta, czyli największa bolączka prezesa
Powyborcza sytuacja obozu opozycji ma też niewątpliwy związek z (rozczarowującą elektorat obecnej koalicji rządzącej) działalnością trzech komisji śledczych rozliczających 8 lat epoki PiS. Trzeba przyznać, że nie dokonały one politycznych spustoszeń w partii Kaczyńskiego – nawet dysponująca najmocniejszymi dowodami komisja ds. wyborów kopertowych. Zaś sam prezes Kaczyński, przesłuchiwany przez nie, nie dał się niczym zaskoczyć.
Zaskakujące jest coś innego, czyli kłopoty w przygotowaniach do najważniejszej konfrontacji przyszłego roku, czyli wyborów prezydenckich. Tu wszyscy są zgodni – to będzie najważniejszy test dla PiS, prawdziwy klucz do przyszłości tej partii.
Mariusz Błaszczak
Główny problem jest oczywisty – na razie nie ma dobrego kandydata, który miałby szanse powalczyć o zwycięstwo. W obiegu jest kilka nazwisk – Mariusz Błaszczak, Tobiasz Bocheński, Marcin Przydacz, Karol Nawrocki. Według rozpowszechnionej opinii, największe szanse na dziś mają Błaszczak i Nawrocki, prezes IPN. Ten pierwszy jest faworytem prezesa, ale obciąża go kiepska charyzma.
Karol Nawrocki
Z kolei Nawrocki to kandydat co prawda niezgrany politycznie i potencjalnie możliwy do poparcia w drugiej turze również przez elektorat Konfederacji, ale wciąż mało rozpoznawalny. Nie ma on też w PiS bezwarunkowego poparcia wszystkich frakcji – jedni wyciągają mu podejrzane kontakty z gdańskimi środowiskami przestępczymi w młodości, inni z kolei wskazują na niejasne relacje ze środowiskiem Opus Dei.
Mateusz Morawiecki
Największą dziś niewiadomą pod tym względem w PiS jest jednak Mateusz Morawiecki. Jako potencjalny kandydat na prezydenta cieszy się największą popularnością wyborców, tyle że prezes Kaczyński wykluczył jego start. I choć wskazał jako powód obiektywne obciążenia związane z latami w rządzie i trudnymi decyzjami, jednak tak naprawdę obawia się wzmocnienia Morawieckiego i jego frakcji.
W PiS powszechne są zarazem obawy, że były premier może się zdecydować na start niezależnie od macierzystej partii i próbować wykorzystać wybory prezydenckie do budowy własnej formacji. Miałby mu w tym sekundować prezydent Duda, który po zakończeniu urzędowania też mógłby tam znaleźć polityczną przystań. Niektórzy interpretują niektóre ostre wypowiedzi Marcina Mastalerka pod adresem PiS i prezesa Kaczyńskiego jako część tego planu.

Konfederacja jest trzecią siłą w Polsce – ale wewnętrzne podziały jej nie służą
Wybory prezydenckie będą testem nie tylko dla PiS, ale i dla drugiej ważnej opozycyjnej formacji. W Konfederacji mają tego świadomość, stąd jej kandydat – Sławomir Mentzen – praktycznie już zaczął kampanię. Ma on zresztą wszelkie dane, by zostać politycznym profitentem obecnej sytuacji politycznej. Ani on, ani cała partia nie są obciążeni aferami epoki PiS, nie ponoszą też ciężaru sprawowania władzy, jak „koalicja 15 października”. Pod wieloma wypowiedziami np. wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka, choćby w obronie wartości konstytucyjnych, podpisałoby się zapewne wielu wyborców innych ugrupowań. Z drugiej strony, partii udaje się też po cichu gromadzić elektorat niechętny pomocy Ukraińcom.
Jednak problemem Konfederacji jest jej federacyjny charakter. Składa się ona z kilku środowisk, które łączy jedynie to, że bez współpracy żadne z nich nie weszłoby do Sejmu. Spory między tymi środowiskami ostatnio nie wychodzą na powierzchnię, ucichł nawet Grzegorz Braun po tym, jak w grudniu ub. roku zgasił w Sejmie świece chanukowe. To jednak polityk nieprzewidywalny, na którego Konfederacja jest trochę skazana. Nie może się go pozbyć, bo wraz z nim odeszliby ludzie związani z jego partyjką – Koroną.
Problem Brauna został częściowo rozwiązany wybraniem go do Parlamentu Europejskiego, ale kłopot nie zniknął, czego dowodem jest niedawny spór o złożony przez Mentzena projekt zlikwidowania podatku spadkowego – sprzeciwiło się trzech posłów od Brauna i projekt został wycofany. Wspomniane wybory do PE ukazały zaś chyba najlepiej niespójność całego środowiska – formacja zdobyła w wyborach do PE trzecie miejsce, wprowadzając sześciu europosłów. Lecz potem Anna Bryłka z Tomaszem Buczkiem (oboje z Ruchu Narodowego) zasilili grupę Patrioci za Europą, w której zasiądą m.in. przedstawiciele węgierskiego Fideszu Viktora Orbána. Ewa Zajączkowska-Hernik, Marcin Sypniewski i Stanisław Tyszka (z Nowej Nadziei Sławomira Mentzena) dołączyli do frakcji Europy Suwerennych Narodów (tam, gdzie jest niemiecka AfD), natomiast Grzegorz Braun nie wszedł do żadnej frakcji.
Sama przepychanka przy wyborze Mentzena na prezydenckiego kandydata także pokazuje realia Konfederacji. Ochotę na start miał też Krzysztof Bosak, ale Mentzen go przelicytował. Bosak zaakceptował tę sytuację, jednak odpowiedział pomysłem, by jednocześnie podjąć rozmowy z PiS w sprawie wystawienia wspólnego kandydata.
Konfederacja oficjalnie ostro odżegnuje się od planów sojuszu z PiS, ale tak może być tylko do wyborów. Realia sondażowe zachęcają do współpracy; w ugrupowaniu Kaczyńskiego również mają tego świadomość. Rzecznikiem sojuszu jest np. Przemysław Czarnek, który doprowadził do tego, że na początku roku, po aferze z Braunem, PiS nie głosował za odwołaniem Bosaka z funkcji wicemarszałka.
Czy PSL pozostanie wierny Tuskowi
Koalicja PiS i Konfederacji miałaby szansę dojść do władzy nawet dziś, ale tylko z udziałem trzeciego podmiotu, czyli PSL. Jednak to, jak przekonują politycy związani z ludowcami, np. senator Kazimierz Ujazdowski, nie jest możliwe. W PSL istnieje przekonanie, że porozumienia z partią Kaczyńskiego nie zrozumiałaby większość elektoratu, a cała operacja skończyłaby się stopniowym zanikiem partii, tak jak stało się to kiedyś w przypadku Samoobrony i LPR.
Zarazem takiego przebiegu zdarzeń nie można definitywnie wykluczyć, jeśli wybory prezydenckie wygrałby walczący z krzyżami w urzędach Rafał Trzaskowski. Wtedy, za cenę fotela premiera dla Kosiniaka-Kamysza, PSL mógłby się na koalicję z PiS zdecydować. To jednak wciąż bardziej political fiction niż realny scenariusz.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















