Gdzieś w przednich rzędach siedział brzuchaty Czech. Mówił długo, niskim głosem, co rusz rzucając anegdotą. Przyjemnie się go słuchało, choć trudno było wychwycić sedno. Po nim głos zabrał starszy i narowisty Francuz. Bronił dobrego, jak twierdził, imienia kultury rosyjskiej. Potem Polak prosił o włączanie Kościoła katolickiego w politykę Unii wobec wschodniego sąsiedztwa. Nad wszystkim starał się panować Hiszpan. Mówił po angielsku z tak silnym akcentem, że chwilami najbardziej zrozumiałym słowem było „gracias”.
To nie żart, to wspomnienie z obrad komisji spraw zagranicznych europarlamentu w 2018 r. Parodia? Niekoniecznie: owocem tamtego wielogłosu stała się rezolucja, która przyczyniła się do zmiany polityki Unii wobec Mołdawii i w efekcie do odsunięcia od władzy skorumpowanego oligarchy, który niszczył ten kraj. Nawet jeśli w europarlamencie bywa chaotycznie, rodzą się tam ważne decyzje.
Przystań dla emerytów?
Obraz europarlamentu – w oczach i mieszkańców Unii, i jej klasy politycznej – zmienia się wprawdzie wolniej niż jego waga. Ale i tu widać zmiany.
Po tym jak w 2004 r. weszliśmy do Unii, nasze partie wystawiały w eurowyborach celebrytów i emerytów. Często bardziej barwnych niż kompetentnych. Jeszcze niedawno politykowi, który do niego kandyduje, zdarzyło się powiedzieć, iż europarlament to „cmentarzysko politycznych słoni” (potem Bartłomiej Sienkiewicz chyba się zorientował, że to kiepska zachęta dla jego wyborców, i teraz głosi, iż chce tam zwalczać populistów).
Próbując zrozumieć strukturę władzy w Unii, zwykle szukamy analogii państwowych. I tak, przewodniczący Rady Europejskiej byłby odpowiednikiem prezydenta, Komisja – rządu, a europarlament – władzy ustawodawczej. Jednak te analogie nie oddają realiów. Wszystkie te instytucje są częścią złożonej machiny decyzyjnej, w której główną rolę nadal odgrywają państwa narodowe, reprezentowane na poziomie przywódców (Rada Europejska) i ministrów (Rada Unii Europejskiej).
Europarlament początkowo był instytucją doradczą i miejscem, gdzie toczy się debata o sprawach Wspólnoty. Z czasem kompetencje rozszerzano, a od traktatu z Lizbony (2009 r.) jest on jedną z czterech kluczowych instytucji w unijnej „grze o tron” (to także dwie Rady i Komisja). Dziś europosłowie wyrażają zgodę na obsadę głównych stanowisk w Unii, a ostatnie lata pokazują, że to więcej niż formalność i wiele zależy tu od siły różnych frakcji. Europarlament stanowi też unijne prawo (wspólnie z Komisją i Radą UE), ma wpływ na kształt unijnego budżetu i funkcje kontrolne. No i możliwość nadawania tonu debacie w Europie. Nadal jednak główne decyzje zapadają podczas ustaleń między rządami.
Europejskie czy krajowe?
To także europarlament jest dowodem, iż polityki krajowe wciąż dominują nad polityką unijną. Podział na ponadnarodowe frakcje – tzw. europejskie grupy polityczne (jak centroprawicowa Europejska Partia Ludowa czy Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów) – generalnie sprawdza się, choć chwilami może wydać się sztuczny.
Bo kto spiera się u siebie w kraju, ten także na forum unijnym występuje zwykle po przeciwnych stronach. A podczas eurowyborów – także obecnych – ponadnarodowe szyldy często są drugoplanowe względem dynamiki krajowej. Na przykład w 2019 r. kandydaci polskiej Koalicji Europejskiej (utworzonej przez PO, PSL i Lewicę) ostatecznie zasilili szeregi dwóch różnych frakcji. Z kolei dziś politycy Koalicji Obywatelskiej i Trzeciej Drogi – rywalizujący ze sobą o mandaty – na koniec trafią do tego samego klubu Europejskiej Partii Ludowej.
Wprawdzie przyglądając się tematom kampanii w różnych krajach, można znaleźć punkty wspólne. Ale emocje, które rządzą decyzjami wyborców, mają charakter lokalny. Trudno nie odnieść też wrażenia, iż większość liderów skupia się na znaczeniu tych wyborów dla własnej pozycji w polityce krajowej, a nie na kształcie europarlamentu.
Dlatego trudno powiedzieć, że to autentyczne wybory europejskie. To raczej „symultaniczne” wybory krajowe, w których wypadkowa dwudziestu siedmiu różnych dynamik i emocji stworzy na koniec kształt europarlamentu.
Plemiona kryzysowe
Politolog Marek Cichocki zauważa (w podkaście „Układ otwarty”), że te wybory nie przyniosą trzęsienia ziemi w unijnej polityce, które można by porównać np. z przejęciem władzy we Francji przez Marine Le Pen (co jest możliwe w przyszłości). Mimo to politycy przekonują nas, że to bitwa o kształt Europy. Wspomniana Le Pen definiuje ją jako rywalizację globalistów i narodowców (suwerenistów). Strona liberalna mówi o sobie jako o obrońcach wspólnej Europy przed populistami. Etykiety są różne, ale wszyscy wiedzą, po której są stronie.
Tymczasem, jak pokazują badania think tanku ECFR z końca 2023 r., emocje wyborców napędzają dziś głównie obawy o utratę bezpieczeństwa w różnych sferach życia. Ogromną rolę odgrywają tu traumy wywołane pandemią i lęki związane z kryzysem ekonomicznym, migracyjnym, klimatycznym i wojną Rosji przeciw Ukrainie. Analizując wyniki badań, Iwan Krastew i Mark Leonard uznali, iż europejscy wyborcy nie dzielą się na prawicowych i lewicowych, lecz na różne „plemiona kryzysowe”.
„Niemcy są jedynym krajem, którego obywatele wskazują imigrację jako kwestię, która dotknęła ich przede wszystkim. We Francji i Danii ludzie wskazują zmiany klimatyczne jako najważniejszy kryzys. Włosi i Portugalczycy wskazują na globalne zawirowania gospodarcze. W Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Rumunii główną kwestią jest pandemia. Estończycy, Polacy i Duńczycy uważają wojnę na Ukrainie za ten kryzys, który najbardziej zmieni Europę” – piszą Krastew i Leonard.
Migracja i Zielony Ład
Przegląd tematów, jakie dominują dziś w kampanii w różnych krajach, daje obraz nieoczywisty i zróżnicowany.
I tak, w Polsce zdziwienie wielu wywołał fakt, że Unia zdecydowała się przyjąć pakt migracyjny teraz, w okresie przedwyborczym. Zdawałoby się, że to woda na młyn dla partii, które akcentują temat masowej nielegalnej imigracji. Jednak w większości państw zachodnich (poza Niemcami) temat ten nie rozgrzewa już tak bardzo emocji. Głównie dlatego, że partie centroprawicowe przyjęły w międzyczasie część języka i postulatów antyimigracyjnej prawicy. Po części dotyczy to też lewicy, np. rządząca duńska socjaldemokracja radykalnie zaostrza przepisy o migracji i integracji przybyszów.
W efekcie spory, które się tam toczą, dzielą raczej partie głównego nurtu. Chodzi np. o kwestię traktowania migrantów, którzy przybyli nielegalnie. Dla wielu kuszący jest przykład Wielkiej Brytanii, która chce wysyłać ich do Rwandy, by tam czekali na decyzję w swej sprawie. Dla części lewicy to wciąż nie do pomyślenia.
Na znaczeniu straciła też kwestia transformacji energetycznej. Pięć lat temu temat ten wszedł do agendy największych partii, ale z czasem okazało się, że koszty społeczne Zielonego Ładu są zbyt wysokie. Stworzyło to pożywkę dla tych, którzy cały projekt przedstawiają jako przykład absurdalności decyzji Brukseli. Liderzy głównych partii starają się więc unikać tego tematu. Jak zauważa Jędrzej Bilecki w rozmowie z Polityką Insight, Zielony Ład został „rozmontowany narracyjnie” – poszczególne siły polityczne podnoszą jedynie te kwestie, które w ich państwach są możliwe do zrealizowania bez dużych kosztów, unikając przy tym samego szyldu jako obciążającego.
W wypadku obu tematów wyjątkiem są Niemcy, gdzie migracja i transformacja energetyczna (zwana tu Energiewende) wywołują wielkie emocje i są paliwem zwłaszcza dla Alternatywy dla Niemiec (AfD).
Ukraina łączy, Gaza dzieli
Tematy bezpieczeństwa zewnętrznego i rosyjskiej inwazji nie budziły kampanijnych emocji. Dla nas to dobry sygnał: żadna z liczących się sił nie podważa wsparcia militarnego dla Ukrainy. Doszło nawet do ciekawego zjawiska: partie prawicowe, postrzegane jako eurosceptyczne, chętnie deklarują poparcie dla pomocy Ukrainie. Chcą w ten sposób wejść do głównego nurtu i pozbyć się wizerunku tych, którzy podważają wspólną troskę o bezpieczeństwo (zjawisko to określa się Ukrainewashing).
Taktykę tę stosowali Geert Wilders z Holandii i włoska premier Giorgia Meloni, której koalicjant kojarzony był z proputinowskimi sympatiami. Wskazuje to, że zmęczenie wojną nie jest tak silne, jak można sądzić. Przy czym warto zaznaczyć, że ta powszechna zgoda dotyczy przekazywania broni i wsparcia gospodarczego, ale nie rozszerzenia Unii o Ukrainę.
Emocje rozpala za to wojna w Gazie, a konkretnie sposób, w jaki Izrael ją prowadzi, nie licząc się z cywilami. Tu sympatie idą często w poprzek emocji związanych z innymi tematami, co czyni tę kwestię wyjątkowo delikatną dla liderów głównego nurtu.
Dalej: dla obywateli Włoch, Francji, Hiszpanii, Portugalii czy Grecji ważne są kwestie bezpieczeństwa wewnętrznego i gospodarki. Dyskusja na te tematy skupia się na szukaniu bodźców rozwojowych i odpowiedzi na pytanie o rolę państw narodowych i Unii. Ton stara się nadać Emmanuel Macron, który snuje wizje bardziej protekcjonistycznej Unii, aktywnie dbającej o sytuację ekonomiczną swoich obywateli.
Prawda badań, prawda ekranu
Porównując koncepcję „plemion kryzysowych” (które miałyby zastąpić podział na prawicę i lewicę) z obrazem dyskursu medialno-politycznego, można powiedzieć, że jest prawda badań i prawda ekranu. W tej drugiej bowiem podział jest bliższy wspomnianemu już rozróżnieniu na „globalistów” i „suwerenistów”. O ile więc faktycznie te obawy określają nasze decyzje polityczne, wybór dotyczy odpowiedzi na pytanie: kto lepiej zapewni bezpieczeństwo w tych niepewnych czasach – Unia czy państwo narodowe?
W europarlamencie przez lata dominował duopol: Europejska Partia Ludowa i socjaldemokracja, które dzieliły się władzą. Po wyborach z 2019 r. duopol został zasilony przez centrową grupę Renew Europa (zbudowaną przez Macrona) i Zielonych. Te cztery siły tworzą dziś główny nurt unijnej polityki. Na poziomie Unii wielu wyborców nie dostrzega różnic między nimi, co zresztą owocuje wspólnymi listami ugrupowań formalnie ze sobą rywalizujących. Tak jak w 2019 r. „polscy chadecy” z PO startowali na jednej liście z lewicą, tak teraz podobne rozwiązanie wybrały rumuńska centroprawica i socjaldemokracja.
Wzmacnia to wrażenie, że wybór jest między dwoma obozami: głównego nurtu i eurosceptycznym. To z kolei mogłoby zbliżyć nas do konstatacji, że na poziomie unijnym rysuje się coś na wzór nowego duopolu, składającego się tym razem z dwóch wspomnianych obozów. Tak zresztą przedstawiają to liczni liderzy: dla polityków głównego nurtu te wybory są walką między nimi a populistami o przyszłość Unii, z kolei „suwereniści” widzą je jako szansę na przebudowę Unii według własnego modelu (zahamowanie dalszej integracji i wzmocnienie decyzyjności państw narodowych w sferze gospodarczej i ideowej).
Wątpliwa jedność eurosceptyków
Cieniem na tej dwubiegunowej wizji kładzie się jednak fakt ogromnego zróżnicowania, a często sprzecznych postulatów między partiami „suwerenistycznymi”.
Bo jak np. w świetle węgiersko-rumuńskiego sporu o Siedmiogród (nadal żywego na poziomie emocji społecznych) mogłaby układać się współpraca węgierskiego Fideszu z rumuńskimi nacjonalistami z AUR? Albo przychylnej Rosji Marie Le Pen z Giorgią Meloni, która podkreśla wagę współpracy z USA?
Różnice te już teraz wpływają na obóz eurosceptyczny. Gdyby w kończącej się kadencji europarlamentu Fidesz dołączył do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatów (do niej należy PiS), stałaby się trzecią siłą w tej izbie. Na taki alians nie zgadzali się jednak Szwedzcy Demokraci: nie do przyjęcia była dla nich postawa Węgier wobec Rosji i homofobiczna retoryka Fideszu.
Ostatnio rośnie napięcie między francuskim Zjednoczeniem Narodowym a niemiecką AfD. Sondażowa siła obu partii budzi nadzieję jednych i obawy innych, że współtworzona przez nie grupa Tożsamość i Demokracja mogłaby stać się drugą siłą w europarlamencie. Jednak radykalizm AfD sprawia, że Le Pen – szukająca poparcia centrowych wyborców, także z myślą o wyborach prezydenckich we Francji w 2027 r. – deklaruje, iż nie chce być z AfD w jednej frakcji.
Idee się przenikają
Ponadto – jak widać na przykładzie polityki migracyjnej, Zielonego Ładu i stanowiska wobec Rosji i Ukrainy – silne jest dziś zjawisko wzajemnego przenikania się idei między partiami głównego nurtu a eurosceptykami. Działa to w dwie strony: żadna z liczących się partii nie nawołuje już do wyjścia z Unii, mało kto podważa też wsparcie dla Ukrainy. Jednocześnie dyskusja o dalszej integracji, migracji czy ekologii przesuwa się na prawo. Właśnie w tych kwestiach rezultat obecnych eurowyborów będzie mieć bardzo duże znaczenie.
Ale taka przecież jest rola Parlamentu Europejskiego: do procesu decyzyjnego ma on wnosić emocje społeczne i europejskiego ducha czasu.
PIOTR OLEKSY pracuje w Instytucie Europy Środkowej w Lublinie oraz na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, stale współpracuje z „TP”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















