Pierre Lemaitre i jego kryminał doskonały

„Pogodziłem się z myślą, że jestem marnym pisarzem. Spotkałem jednak na swojej drodze kobietę, która myślała dokładnie coś przeciwnego” – tak tłumaczy początki swojej wielkiej kariery Pierre Lemaitre.
Czyta się kilka minut
Pierre Lemaitre. Paryż, grudzień 2019 r. // Fot. Franck Ferville / Agence VU / East News
Pierre Lemaitre. Paryż, grudzień 2019 r. // Fot. Franck Ferville / Agence VU / East News

Jest autentycznym gwiazdorem, nazywanym przez francuskich publicystów, zależnie od humoru, nowym Dumasem albo nowym Balzakiem. Sam widziałem Pierre’a Lemaitre’a na żywo tylko raz. W maju 2016 r. przyjechał do Wrocławia na Międzynarodowy Festiwal Kryminału, aby odebrać honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru, przyznawaną wybitnym twórcom tego gatunku. Samolot z Paryża złapał opóźnienie, pisarz na spotkanie z czytelnikami dotarł w pośpiechu, po czasie. W sali było już ciasno i duszno.

A potem zdarzyło się coś osobliwego: w ciągu paru minut Lemaitre przejął kontrolę nad wydarzeniami. Na samym początku oświadczył, że jest patentowanym łgarzem i to, co mówi, wypada traktować z należytą ostrożnością. Każdą kolejną odpowiedź na pytanie prowadzącego zamieniał w mini-etiudę aktorską, w skecz zakończony błyskotliwą puentą. Błaznował, lawirował, kpił z samego siebie, burzył stereotypy, podtrzymywał napięcie – w niczym nie przeszkadzało nam i jemu to, że tłumacz dosłownie stawał na rzęsach, próbując wychwycić wszystkie jego dowcipy i gry słowne.

Było to najlepsze i najciekawsze spotkanie autorskie, w jakim kiedykolwiek uczestniczyłem (warto o tym pamiętać, gdyż pisarz jeszcze tej jesieni pojawi się w Krakowie).

Dla ludzi

Kiedy się zobaczy Lemaitre’a w akcji, łatwiej zrozumieć fenomen jego sukcesu. Pisarz, który debiutował – z problemami, bo praktycznie nikt nie chciał wydać jego powieści kryminalnej – grubo po pięćdziesiątce, w siedem lat po debiucie miał już Nagrodę Goncourtów, czyli osiągnął sam szczyt frankofońskiego literackiego parnasu. Francuzi, przyzwyczajeni do ustalonych hierarchii, byli zadziwieni tym błyskawicznym awansem, przeskokiem z krainy kryminału i thrillera do świata littérature blanche – literatury wysokiej – bo to było tak, jakby na trwającym właśnie Euro w finale wygrała, powiedzmy, Gruzja. Zwłaszcza że Lemaitre pozostał wierny swojemu sposobowi pracy: żadna to wyrafinowana awangarda, raczej opanowane do perfekcji klasyczna fraza i równie klasyczne formy wywodzące się z popularnego pisania – dla ludzi, nie dla krytyków.

Lemaitre ma tę samą umiejętność co Stephen King, jest fenomenalnym opowiadaczem, literackim iluzjonistą, który oszukuje, czyniąc odbiorcę szczęśliwym. Oczywiście konstatacja, że tworzenie literatury to rodzaj wyrafinowanego oszustwa, w ramach którego obie strony kontraktu – i pisarz, i czytelnik – godzą się na zawieszenie reguł rządzących światem za oknem, jest dość banalna. Ale francuski autor niczego nie ukrywa.

„Nie opisuję rzeczywistości, kreuję fikcyjną iluzję czerpiącą z rzeczywistości. Ważne jest to, by czytelnik od początku do końca lektury wierzył w stworzoną przeze mnie postać i w to, co się z nią dzieje” – mówił w jednym z wywiadów. W powieści „Do zobaczenia w zaświatach” (2013, wyd. pol. Albatros 2014, przeł. Joanna Polachowska) – to za nią dostał Goncourtów – jeden z głównych bohaterów, Édouard Péricourt, doznaje w ostatnich dniach I wojny światowej ciężkich ran twarzy. „Anatomiczny opis tych ran jest w mojej książce absurdalny – przyznawał Lemaitre. – Ale jest skuteczny w kontekście powieściowym”. W rozmowie z Jackiem Szczerbą dla „Gazety Wyborczej” deklarował z kolei, że w swoich kryminałach nie przywiązuje wielkiej wagi do researchu (który przecież uchodzi w tej branży za prawdziwy fetysz): „Zbytnia dokładność w rekonstrukcji jest nieproduktywna, przestajemy wtedy uprawiać literaturę. (...) W moim kryminale ktoś, strzelając z pistoletu smith&wesson, robi dziurę o średnicy 80 centymetrów. A przecież smith&wesson nie robi takiej dziury. Co ja na to? Mam to gdzieś”.

Ale to nie jedyna iluzja, do której wywołania dąży Lemaitre. „Zawsze staram się pracować nad stylem, aby zmniejszyć dystans między czytelnikiem a narratorem. Wypracowuję coś, co nazywam iluzją oralności. To naprawdę skomplikowane. Odbiorca sądzi, że czyta tekst brzmiący prosto, (...) napisany niemal językiem potocznym, ale w istocie stoi za tym poważna literacka robota” – stwierdzał pisarz w wywiadzie dla magazynu „Le Petit Échotier”. Tu trzeba nadmienić, że polszczyzna – za pośrednictwem etatowej tłumaczki Lemaitre’a Joanny Polachowskiej – bardzo dobrze znosi te zabiegi.

Pisarz, który nie pisał

W literaturze nie wszystko zależy od talentu. Trzeba mieć także odrobinę szczęścia. Na każdego pisarza, który odniósł sukces, przypadają dziesiątki, a może i setki takich, co przepadli. Nie wszyscy spośród nich byli grafomanami – ot, po prostu nie trafili na nikogo, kto umiałby przeczytać ich książki i zaryzykować.

Lemaitre nie przepadł. Ale było blisko. Jego debiutancką „Koronkową robotę” odrzuciły dwadzieścia dwa wydawnictwa. Autor słał tekst powieści w wydawniczą czeluść za namową żony. „Koronkowa robota” to świetny, mroczny kryminał z nietypowym, starannie przemyślanym bohaterem, paryskim komisarzem Camillem Verhoevenem, którego nikły wzrost (145 centymetrów) jest odwrotnie proporcjonalny do jego charyzmy, wściekłości i empatii. Co mogło przeszkadzać wydawcom? Że książka za trudna? Że bohater zbyt ekscentryczny? Że autor za stary i słabo wychodzi na zdjęciach? Trudno orzec. W każdym razie najpierw były dwadzieścia dwa listy odmowne, a potem jeden z redaktorów zadzwonił do Lemaitre’a, że po zastanowieniu zmienił zdanie.

„Koronkowa robota” ukazała się w 2006 r. w specjalizującej się w kryminałach oficynie Éditions du Masque i zebrawszy po drodze parę nagród, utorowała 55-letniemu debiutantowi drogę do kariery. Ale pytany, dlaczego zaczął tak późno, Lemaitre odpowiada zwykle, że pisarzem czuł się od zawsze. „Byłem pisarzem, który nie pisał. Przez całe moje życie krążyłem wokół literatury. Moja pierwsza książka była dosyć dojrzała, a to dlatego, że przez 40 lat właściwie pisałem w głowie. Wydaje mi się, że całe życie, od samego początku byłem pisarzem, to los sprawił, że wykonywałem jeszcze inne zawody. Jednak mam wrażenie, że zrodziłem się z literatury i że byłem pisarzem od zawsze” – mówił w wywiadzie dla portalu booklips.pl.

Urodzony w 1951 r. Lemaitre wychowywał się na przedmieściach Paryża w rodzinie urzędniczej o robotniczych korzeniach. „Pierre Bourdieu sformułował kiedyś teorię o tym, że wprawdzie przynależymy do jakiejś klasy społecznej, ale naszym punktem odniesienia jest inna klasa, do której pretendujemy. U naszych sąsiadów symbolem tej lepszej klasy było pianino. A w mojej proletariackiej rodzinie były nim książki – opowiadał Szczerbie. – W 1953 r. powstała we Francji seria książek kieszonkowych – »Le Livre de poche«. To była rewolucja, bo były niedrogie. Moja matka kupiła tomy od 1 do 400. Ustawiała je na półkach zgodnie z numeracją. Nowy tytuł ukazywał się co 15 dni, brakowało czasu, żeby nadążyć z czytaniem. Matka miała neurotyczne upodobanie do kolekcjonowania – miała kolekcję różnych kolekcji…”.

Lemaitre wychował się na klasykach literatury, a potem z literaturą przez dekady pracował: wprawdzie z wykształcenia jest psychologiem, ale zarabiał na życie jako prowadzący kursy wiedzy o literaturze w ramach edukacji uzupełniającej dla dorosłych, a także analogiczne kursy dla bibliotekarzy. Napisał zresztą przed oficjalnym debiutem dwie książki – obie nie znalazły uznania wydawców, ale autor bez wahania przyznaje, że były okropne.

W rozmowie z booklips.pl tłumaczy: „Pogodziłem się z myślą, że jestem marnym pisarzem. Miałem w sobie na tyle zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że nie mam swojego miejsca w literaturze francuskiej. Spotkałem jednak na swojej drodze kobietę, która myślała dokładnie coś przeciwnego. Kiedy jest się przez kogoś jak gdyby niesionym, wszystko staje się możliwe. (...) Konieczna była odwaga, która jest potrzebna do tego, by przez rok czy półtora roku poświęcić cały swój czas na jedną tylko rzecz, poświęcić siebie jednej rzeczy w sposób obsesyjny. To właśnie zawdzięczam temu, kto tchnął we mnie pewną ufność, której mi brakowało”.

Lemaitre postawił na kryminał, ponieważ wydawało mu się, że to łatwy, schematyczny gatunek. Okazało się, że sprawy mają się wręcz przeciwnie: konwencjonalna sztywność kryminału czy thrillera, konieczność uwzględnienia wszystkich elementów konstrukcyjnych i doprowadzenia do efektownego, mylącego tropy zakończenia sprawiają, że ekstremalnie trudno jest powiedzieć na tym polu coś nowego. Okazało się wszelako, że inżynieria i poetyka powieści sensacyjnej bardzo przypadły do gustu Lemaitre’owi.

Udało mu się nie tylko wymyślić nieklasycznego detektywa i ukształtować własny, oryginalny styl pracy z fabułą, lecz także zrozumieć, na czym w istocie polega współczesny konsumencki głód kryminalnych intryg i brutalnych zbrodni. Okrucieństwo jest metaforą. Ludzie we współczesnych społeczeństwach Zachodu z reguły „bezpośrednio nie doświadczają zbrodni, ale jednocześnie odczuwają, że społeczeństwo jest przesiąknięte przemocą w sposób symboliczny. (...) Przykładem takiego aktu przemocy są bezrobocie, bieda czy degradacja społeczna. Także bycie wciąż pogardzanym imigrantem. Wydaje mi się, że powieść kryminalna służy temu, ażeby nadać treść naszym lękom i obawom przed takimi zjawiskami” – mówił w rozmowie z portalem kawiarenkakryminalna.pl.

Pozostaje nieuczciwość

Jego najlepszy chyba kryminał, czyli „Alex” (2011, wyd. pol. Muza 2013, przeł. Joanna Polachowska), jest skomplikowaną, zaskakującą opowieścią o potwornej traumie, która wymaga równie potwornej zemsty – jeśli ktoś nie czytał, nie powiem już nic więcej – ale ten wzorzec myślenia o przemocowych relacjach jednostki ze społeczeństwem u Lemaitre’a nieustająco powraca. Przy czym nie chodzi tu o wolnościowo-libertariański wzorzec zapożyczony z kultury amerykańskiej, lecz o europejską lewicową wrażliwość, która dostrzega ukryte i jawne systemy opresyjnej władzy, jaką sprawują rodzice i nauczyciele nad dziećmi, mężczyźni nad kobietami, pracodawcy nad pracownikami, urzędnicy nad obywatelami.

Moja ulubiona powieść Lemaitre’a – thriller „Zakładnik” (2010, wyd. pol. Muza 2012, przeł. Joanna Polachowska) – to w istocie wściekła polityczna satyra na późny kapitalizm, w którym „teksański fundusz naftowy decyduje o tym, że ktoś w Clermond-Ferrand nie będzie już miał pracy” (wywiad dla „Le Petit Échotier”): kierownictwo pewnej korporacji przemysłowej pragnie spośród dyrektorów średniego szczebla wyłonić kandydata do sprawnego i bezlitosnego przeprowadzenia zwolnień w deficytowej fabryce.

Pomysł jest prosty – należy poddać owych dyrektorów próbie. Ukartować porwanie i sprawdzić, jak się zachowują pod presją. Czy zachowają zimną krew? Puszczą farbę o tajemnicach firmy? A może pozostaną lojalni? Problem w tym, że organizatorzy nie przewidzieli wszystkich zmiennych działających w takiej sytuacji: sfrustrowany, zdesperowany, bezrobotny menedżer przed sześćdziesiątką, zrekrutowany do przeprowadzania sfingowanych przesłuchań podczas sfingowanego porwania, ma zupełnie inne plany… „Zakładnik” ma anarchistyczną siłę prozy Houellebecqa, ale jednocześnie trzyma czytelnika na krótkiej smyczy emocjonalnego suspensu – z tej książki wychodzi się oblanym zimnym potem.

W „Do zobaczenia w zaświatach” miejsce korporacyjnych korytarzy i gabinetów zajmują okopy Wielkiej Wojny – nadgorliwy oficer, oczywiście śliski zasraniec o szlacheckim nazwisku, wysyła żołnierzy na pewną śmierć, bo wojna zaraz się skończy, a jemu brakuje orderów. Ale Lemaitre używa wojny, by opowiedzieć o czasach pokoju: o poranionych fizycznie i psychicznie weteranach, których nikt nie potrzebuje, o hipokryzji pamięci historycznej, wedle której bohaterowie winni leżeć grzecznie na cmentarzu i nie przeszkadzać w wystawianiu pomników sławiących zwycięstwo, o wielkim biznesie, który koszmarną wojenną hekatombę potraktował jako jeszcze jedną okazję do powiększenia swojego bogactwa.

Lemaitre wprawdzie sięga tu – i w dwóch kolejnych tomach trylogii „Dzieci katastrofy” – po formę powieści historycznej, niemniej robi to na swoich warunkach. Nie jest (na szczęście) Tołstojem, który zaszczepił w Rosjanach dojrzałą imperialną dumę, lecz praktykiem popularnego, ludowego pisarstwa. W jego rękach historyczny fresk zamienia się w pikarejską opowieść o antybohaterach, outsiderach i wyrzutkach, drobnych kombinatorach, którzy w akcie zemsty starają się okpić system stworzony przez tych, co sprawują władzę.

„W konfrontacji ze społeczną niesprawiedliwością bohaterom pozostaje jedynie nieuczciwość” – mówił autor w rozmowie z portalem Toute La Culture, podkreślając, że świadomie korzystał zarówno ze schematów powieści sensacyjnej (musi być suspens, musi być zagadka, musi wreszcie być zapierający dech w piersiach twist na koniec), jak i XIX-wiecznej powieści odcinkowej, w której każdy rozdział musiał kończyć się spektakularnym cliffhangerem, żeby zmusić czytelnika do kupienia następnego numeru gazety.    

Nie da się przerwać

Lemaitre zamierza pokryć powieściami całą historię Francji od Wielkiej Wojny aż po współczesność. Rozpoczęta niedawno tetralogia, którą otwiera świeżo u nas wydany „Wielki świat” (we Francji ukazał się już drugi tom, „La silence et la colère”, czyli „Cisza i gniew”) jest naturalną konsekwencją takiej polityki twórczej. Tym razem jest balzakowska w swoim obyczajowo-komediowym zacięciu – rozmontowuje kolejny mit francuskiej historii, czyli Wspaniałe Trzydziestolecie (les Treintes Glorieuses) powojennej prosperity.

W latach 1946-1975 dokonał się we Francji przełom w jakości życia przeciętnych obywateli – do masowej konsumpcji kapitalistycznego dobrobytu dopuszczono ludzi niższych klas, pokolenie młodzieży urodzonej po II wojnie pięło się w górę hierarchii prestiżu i posiadania, migrując do wielkich miast albo porzucając kolonialne przyczółki na rzecz metropolii. To, rzecz jasna, również czas krwawej – i przegranej – wojny algierskiej, gwałtownej dekolonizacji, wreszcie: generacyjnego buntu 1968 roku. Niemniej Wspaniałe Trzydziestolecie wspominane jest we Francji z tęsknotą podobną do tej, jaką Polacy darzą parę lat gierkowskiego raju na kredyt.

„W latach 60. byłem dzieckiem i dla mnie Wspaniałe Trzydziestolecie oznaczało samochody, lodówki, telewizję, nowoczesny beton w miastach, bogacące się rodziny oraz Georges’a Pompidou [ówczesny premier i prezydent Francji – przyp. red.]. Był to okres, prawdopodobnie ostatni, gdy ludzie mogli słusznie zakładać, że ich dzieci będą miały lepsze życie niż oni sami” – opowiadał Lemaitre w wywiadzie dla serwisu franceinfo.fr, dodając, że na starość ujrzał również wyraźnie cienie tamtej epoki.

„Wielki świat” rozpoczyna sagę rodzinną familii Pelletierów, osiadłych w Bejrucie przedsiębiorców z branży mydlarskiej, której potomstwo w 1948 r. rozjeżdża się po świecie: trójka dzieci – François, Jean i Hélene – trafia do Paryża, zaś najmłodszy z synów, Étienne, do Sajgonu, pogrążonego w chaosie z powodu trwającej wojny z komunistyczną partyzantką. Étienne, który wyjechał do Wietnamu za kochankiem służącym w Legii Cudzoziemskiej, wpada w Sajgonie na trop gigantycznej afery finansowej. Hélene nie wie, kim chce być. François wie: za wszelką cenę – może się nawet zeszmacić – chce być dziennikarzem. Jean jest popychadłem w rękach swojej koszmarnej żonki oraz seryjnym mordercą kobiet (spokojnie, dowiadujemy się tego na pierwszych kilkunastu stronach powieści).

Charakter prozy Lemaitre’a – który rzeczywiście ma złośliwy temperament pracowitego jak stado mrówek XIX-wiecznego autora powieści seryjnych – przejawia się tu w detalach, subtelnie, w grze ze staroświecką konwencją mieszczańskiej satyry bądź ze wzorcem interwencyjnej powieści społecznej, raczej w obserwowaniu splotów i zakrętów ludzkiego losu niż celebracji wielkich dziejowych dat.

Można zapytać na koniec, dlaczego właściwie miałyby nas interesować jakieś insiderskie potyczki Francuzów z ich własną historią. Odpowiedź wydaje się prosta: bo pod piórem Lemaitre’a mają one walor uniwersalny. Zresztą tych tekstów zwyczajnie nie można przestać czytać, jeśli już się zaczęło: są szlachetną i dobrze skrojoną literaturą. Kibicuję Lemaitre’owi, bo wiem, że ten autor jest fizycznie niezdolny do napisania złej powieści. 

Pierre Lemaitre WIELKI ŚWIAT, przeł. Joanna Polachowska, Albatros, Warszawa 2024


Pierre Lemaitre w przekładach Joanny Polachowskiej – nasz wybór:

KORONKOWA ROBOTA

Mroczny kryminał z nietypowym, starannie przemyślanym bohaterem, paryskim komisarzem Camillem Verhoevenem, którego nikły wzrost jest odwrotnie proporcjonalny do charyzmy, wściekłości i empatii. Debiut, który odrzuciły dwadzieścia dwa wydawnictwa.

ALEX

Najlepsze chyba dzieło Lemaitre’a jest skomplikowaną, zaskakującą opowieścią o potwornej traumie, która wymaga równie potwornej zemsty.

ZAKŁADNIK

Wściekła polityczna satyra na późny kapitalizm, w której kierownictwo pewnej korporacji przemysłowej pragnie spośród dyrektorów średniego szczebla wyłonić kandydata do sprawnego i bezlitosnego przeprowadzenia zwolnień w deficytowej fabryce. Nie brzmi podniecająco ? Spróbujcie: autor trzyma czytelnika na krótkiej smyczy emocjonalnego suspensu – z tej książki wychodzi się oblanym zimnym potem.

DO ZOBACZENIA W ZAŚWIATACH

Lemaitre używa Wielkiej Wojny, by opowiedzieć o czasach pokoju: o poranionych fizycznie i psychicznie weteranach, których nikt nie potrzebuje, o hipokryzji pamięci historycznej, wedle której bohaterowie winni leżeć grzecznie na cmentarzu i nie przeszkadzać w wystawianiu pomników sławiących zwycięstwo.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Kryminał doskonały