Paryż to raj pływaków. Stolica Francji oferuje czterdzieści trzy miejskie pływalnie, perełki architektury i dizajnu

Niestraszny nam deszcz ani śnieg. Nawet w środku zimy zrywamy się przed świtem, chwytamy przygotowane przy łóżku torby i spieszymy przez ciemne miasto, żeby rozpocząć dzień w chłodnej, chlorowanej wodzie.
z Paryża
Czyta się kilka minut
Piscine Les Amiraux - zabytkowa pływalnia z lat 20. XX w. na Montmartrze, Paryż, 2003 r. // Fot. JEAN-PIERRE MULLER / AFP / EAST NEWS
Piscine Les Amiraux - zabytkowa pływalnia z lat 20. XX w. na Montmartrze, Paryż, 2003 r. // Fot. JEAN-PIERRE MULLER / AFP / EAST NEWS

Zdanie „J'peux pas, j'ai piscine” (dosłownie: nie mogę, idę na basen) to po francusku synonim kiepskiej wymówki. Odpowiednik angielskiego „I can’t. I'm washing my hair”, czyli czarna polewka bezceremonialnie zaserwowana nachalnemu adoratorowi albo uciążliwej koleżance. W moim przypadku to jednak czysta, mocno chlorowana prawda – od piętnastu lat codziennie zaczynam dzień od czterdziestu minut żabki w miejskim basenie. 

Pływam tak, jak śpiewam – bardzo źle, ale z wielką przyjemnością. Każdego dnia tygodnia. Ta nieszkodliwa, a raczej dobroczynna obsesja przekłada się na moje życiowe wybory. Szukając mieszkania do wynajęcia sprawdzam, czy w pobliżu na pewno jest basen, na wakacje staram się jeździć tylko tam, gdzie mogę dopełnić rytuału, a zaproszenia na wczesnoporanne kawy czy śniadania odrzucam z automatu. Nie mogę, idę na basen. 

Stali bywalcy

Słowo „basen” znam zresztą nawet w językach, w których ledwie umiem się przywitać. Przydaje się podczas podróży. Pływanie w morzu czy w hotelowym baseniku jest jakimś surogatem, do pełni szczęścia potrzeba mi bezpiecznej, nadzorowanej przez ratownika niecki o wymiarach od 25 do 50 metrów i temperaturze 27-28 stopni. Bez zjeżdżalni, jacuzzi i trampolin. 

Każdy, kto pływa, wie, że powtarzalne ruchy i dziwny podwodny zielonkawo-niebieski świat szybko uzależniają. Są jak medytacja czy – jak pisał Adam Zagajewski – religijny rytuał: „Pływanie jest jak modlitwa / dłonie łączą się i rozdzielają, / łączą i rozdzielają, / nieomal bez końca”. Nie zdarzyło mi się chodzić na pływalnię, która nie miałaby swojej małej społeczności wiernych wyznawców zielonkawego bóstwa. Garstki basenoholików, którym niestraszny śnieg, deszcz czy problemy w metrze, tak że nawet w środku zimy zrywają się przed świtem, chwytają przygotowaną przy łóżku torbę i spieszą przez ciemne jeszcze miasto, żeby rozpocząć dzień w chłodnej, chlorowanej wodzie. 

Tak zwanym normalnym ludziom perspektywa wymiany ciepłej kołderki na zimny basen wydaje się równie kusząca, co leczenie kanałowe. I dobrze – ktoś śpi, żeby pływać mógł ktoś. Stali bywalcy nie lubią na torach intruzów nieznających basenowej etykiety.

Szuwarek i seniorki

Kiedy mieszkałam w Krakowie, do wyboru miałam pływalnię Korona ze skomplikowanym grafikiem i zjawiskowo piękną recepcjonistką, staroświecką, przegrzaną Imkę (YMCA) przy Krowoderskiej, gdzie ratownik w plastikowych sandałach słuchał muzyki z walkmana i kroił sobie jabłuszko nożem, basen Uniwersytetu Pedagogicznego za Jagiellonką, gdzie w szatni regularnie zdarzało mi się pogawędzić z utytułowaną filmoznawczynią, oraz wielgachny kompleks pływacki AGH, który traktowałam jako ostatnią deskę ratunku, bo był mi bardzo nie po drodze, a umięśnione delfiny i motyle robiły zdecydowanie za dużo fal.

Podczas odwiedzin w Warszawie uczęszczałam na praską pływalnię Szuwarek, skąd pamiętam bardzo ciepłą wodę i seniorki w dużych kolorowych czepkach gimnastykujące się w małym basenie. W Luksemburgu, gdzie przemieszkałam parę lat, miałam abonament do ogromnego centrum sportowego LeCoque, gdzie wszystko było trochę za duże i zbyt nowoczesne. Z Londynu pamiętam baseny bez ratowników, a z Amsterdamu piękną pływalnię art déco tuż za Rijksmuseum. 

Jak się człowiek uprze, basen można znaleźć wszędzie, może z wyjątkiem nadmorskich kurortów, gdzie jedyną opcją jest nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu. Niełatwo też na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie publiczna infrastruktura nie istnieje, bo prawie każdy ma basen w ogródku. 

Czasem trzeba jechać na drugi koniec miasta, wpasować się w grafik zajęć szkolnych i wykroić trochę miejsca w „tabeli zajętości torów”. Basenoholik nie szuka jednak problemów, tylko rozwiązań. Trzeba mieć czepek z gumy? Naciąga na głowę czepek z gumy, choćby miał zostawić w nim połowę włosów. Wymagane skierowanie lekarskie? Załatwia skierowanie. Żądają szczepień? Szczepi się pierwszy. W obliczu tych wyzwań konieczność wczesnego wstawania, noszenia przez cały dzień torby z mokrymi ręcznikami i delikatny zapach chloru, który nieodmiennie wydziela skóra pływaka, to błahostki.

Francuska specjalność

Jako się rzekło, są miejsca, w których o basen trudniej niż w innych, i basenoholik usycha jak wyrzucona na brzeg ryba. Ale są też miasta przyjazne pływakom, z infrastrukturą rozbudowaną, ogólnodostępną i tanią. W pierwszym odruchu na myśl przychodzą zasobne skandynawskie stolice albo racjonalny Berlin, gdzie Freikörperkultur i logika prewencyjnej promocji ruchu (w niemieckim na pewno jest na to jeden rzeczownik) przekładają się na wysoki wskaźnik basenów na mieszkańca.

Otóż nie. Na podstawie własnych wieloletnich badań oraz zebranych w szatniach świadectw współuzależnionych mogę stwierdzić, że rajem pływaków jest Paryż. I nie, nie chodzi o obiecywane oczyszczanie Sekwany (do której skaczą wyłącznie samobójcy, ewentualnie politycy w szczelnych skafandrach), tylko o znakomitą sieć miejskich pływalni. 

Paryż jest mokrym snem basenoholika. Stolica mody, perfum i gastronomii, miasto elegantek i pykających fajeczki dandysów, maślanych croissantów i eterycznych poetek jest też enklawą uzależnionych od sportowych endorfin pływaków. Jak pisze badacz sportu i wybitny basenolog Emmanuel Auvray, Francja znajduje się w europejskiej czołówce pod względem liczby basenów na mieszkańca (trudno o twarde dane, bo basen basenowi nierówny, a definicja słowa „publiczny” to temat na co najmniej doktorat), pływanie to – po chodzeniu – ulubiony sport Francuzów i co najmniej 13 milionów dorosłych regularnie zażywa ruchu w wodzie.

W Paryżu basenów miejskich jest ponad czterdzieści, minimum dwa na dzielnicę. Bilet wstępu kosztuje 3,50 euro, 2 euro ze zniżką (studenci, emeryci, kombatanci, rodziny wielodzietne). Bezrobotni i przewlekle chorzy oraz małe dzieci wchodzą za darmo. Tanio, ale może być jeszcze taniej, bo każdy szanujący się pływak posiada karnet i za bagatelną jak na Paryż kwotę 43 euro (dwa skromne obiady) przez trzy miesiące ma nieograniczony wstęp na wszystkie miejskie pływalnie. I nie zawaha się go użyć.

Pod prysznicem

Choć karnet jest biletem passe-partout i teoretycznie można by codziennie zmieniać miejsce kąpieli, w praktyce pływacy są wierni lokalnej pływalni, tej najbliżej domu albo pracy. Zwycięża wygoda, zwłaszcza w roku szkolnym, kiedy baseny otwarte są dla klienteli nieszkolnej od 7 do 8 (przed lekcjami) i od 11.30 do 13 (kiedy dzieci mają przerwę na obiad). Nie ma co się zżymać – każdy basen ma też jeden nocturne (otwarcie wieczorne), no a weekendy, święta i wakacje szkolne (a te wypadają mniej więcej co sześć tygodni) to szerokie plaże pełnej dostępności.

Prawdziwy basenoholik nie jeździ turystycznie do innych dzielnic, nie zmienia pływalni i przyzwyczajeń. Piątek, świątek czy niedziela stawia się przed znajomymi drzwiami tuż przed otwarciem, żeby dobrze przywitać dzień. W gronie znajomych. Owszem, zdarzają się intruzi, nowi goście, którzy nie wiedzą, że szafka działa na żeton, a nieckę basenu należy opuścić o 8, ale gros społeczności to ludzie, którzy od lat codziennie o tej samej porze kąpią się razem w jednej wielkiej wannie. A to zbliża.

Mogłabym długo opisywać pogawędki w szatni i pod prysznicem. Niesamowitą wielopokoleniową przyjaźń, jaka wytwarza się między kobietami, kiedy gawędząc, wcierają balsamy w gołe ciała i oglądają się nawzajem bez makijażu, fryzury, a nawet odzieży. Rytuał szybkiej kawy „po” i wspólnych wyjść „pomiędzy”. Troskę o nieobecnych (obowiązkowy esemes „Ça va? Czemu Cię nie ma?”) i solidarne pożyczanie szamponu, ręcznika czy szczotki ludziom, których czasem nie zna się nawet z imienia. Albo nie rozpoznaje na ulicy, bo w ubraniu i z zaaferowaną „lądową” miną wyglądają zupełnie inaczej. 

Ratownik państwowy

Dużo lepiej tę specyficzną sytuację opisała Julie Otsuka w książce „The Swimmers”, która, miejmy nadzieję, kiedyś ukaże się w Polsce. Autorka powieści pisze o pływalni kalifornijskiej, ale mechanizmy są te same – seledynowa podziemna kraina pozwala zapomnieć o kłopotach, więc przyciąga poharatanych przez los wrażliwców. Z którymi dobrze się rozmawia.

Sama w ten sposób nawiązałam pierwsze przyjaźnie, kiedy w 2020 r., tuż przed pandemią, przyjechałam do Paryża. To na basenie dowiedziałam się, gdzie zapisać się do lekarza rodzinnego (który wystawi niezbędne zaświadczenie), jak nie przepłacać za kino, które muzea warto zwiedzić i gdzie kupić najsmaczniejszą bagietkę. Zostałam zaproszona do grupy anonimowych basenoholików, którzy wymieniają się dobrymi adresami w dzielnicy i plotkują co nie miara.

Informują się też o przerwach technicznych i strajkach, bo owszem, we Francji nawet ratownicy mają status urzędników państwowych. Jak przystało na fonctionnaires, też strajkują, choć ze względu na „trudne warunki” mają krótkie dniówki i, szczerze mówiąc, niewiele do roboty.

Premiera bikini

Oczywiście zamiast podążać koleinami rutyny mogłabym się otworzyć na przygodę i – przynajmniej w weekendy – wypłynąć na nieznane wody. A jest w czym wybierać. Czterdzieści trzy pływalnie miejskie, w tym perełki dawnej architektury i nowoczesnego dizajnu, często kultowe i wielokrotnie filmowane, a do tego prywatne baseny z saunami, infrastruktura sezonowa i ta na bliskich przedmieściach. 

Miałam nawet pomysł, że w 2024 r. zaliczę wszystkie paryskie baseny, co tydzień inny. Jak zwykle okazało się, że ktoś już tam był – znany i szeroko omawiany w naszej społeczności profil „Nageuse Parisienne” (Paryska Pływaczka) na Instagramie zbiera obserwacje i rekomendacje ze wszystkich stołecznych pływalni. 

Przebieralnie na basenie w pięciogwiazdkowym hotelu Molitor (lata 20. XX w.), Paryż, marzec 2019 r. // Fot. Jarry & Tripelon / Anzenberger / Forum

Autorka ma talent literacki, dobry aparat i szczodrych przyjaciół, którzy na urodziny zafundowali jej nawet noc w pięciogwiazdkowym hotelu Molitor, bo to jedyny sposób, by wykąpać się w kultowym basenie z lat 20. Przez ponad pół wieku był pływalnią miejską i to tam światową premierę miało bikini – 5 lipca 1946 r. wystąpiła w nim Micheline Bernardini. Podobnie jednak jak pobliski basen w klubie Lagardère Paris Racing, teraz jest to sezam dla bogaczy otwierany tylko złotą visą.

Już z karnetem za 40 euro można mieć jednak używanie. Poniżej trzy propozycje, które sprawdziłam na własnej skórze. Warto z nich skorzystać podczas turystycznych wypadów do Paryża – trzeba tylko wcześniej sprawdzić godziny otwarcia w internecie, zaopatrzyć się w czepek oraz 1 euro na kaucję do szafki. No i wkuć przydatne frazy z samouczka („Gdzie są prysznice? Czy można skakać na główkę? Klapki zostawiamy w szatni”), bo na pytanie „Do you speak English?” zwykle usłyszymy bezceremonialne „Non”.

Micheline Bernardini, 19-letnia tancerka z Casino de Paris, podczas jednej z pierwszych sesji fotograficznych reklamujących kostium kąpielowy "bikini" (wraz z niewielkim opakowaniem, do którego można go włożyć), Paryż, 1946 r. // Fot. Keystone/Getty Image

Piscine Les Amiraux

Wspominany pieniążek do szafki tutaj akurat nie będzie potrzebny. Basen Les Amiraux w mniej turystycznej części Montmartre’u to bowiem zabytkowa pływalnia z lat 20., w której kąpielowicz ma do dyspozycji całą drewnianą kabinę. Rzędy seledynowych przymierzalni na trzech kondygnacjach okalają nieckę basenu. Należy wybrać sobie jedną (i koniecznie zapamiętać numer!), wejść, przebrać się, zostawić rzeczy, a następnie zatrzasnąć za sobą drzwi i zażyć kąpieli. 

Po sporcie i ablucjach wrócić, grzecznie stanąć przed właściwą kabiną i czekać, aż pracownik pływalni (agent de la piscine) wyposażony w klucz uniwersalny przyjdzie nam otworzyć. System jest uroczo staroświecki i bardzo kosztowny, bo konserwacja drewnianych kabin oraz opłacanie biegających po piętrach „kluczników” to niebagatelny wydatek. 

Francja pielęgnuje jednak swoje dziedzictwo i wpisane na listę zabytków dzieło architekta Henriego Sauvage’a (tego samego, który zaprojektował słynny dom handlowy La Samaritaine) trwa w niezmienionym stanie. O jego potencjale nostalgicznym świadczy fakt, że to tam Jean-Pierre Jeunet nakręcił scenę „Amelii” – tę, w której ojciec bohaterki pokazuje, jak to „nie lubi”, kiedy kąpielówki przylepiają mu się do ciała.

Piscine Butte aux Cailles

Amatorom kąpieli pod gołym niebem warto polecić pływalnię w dawnej dzielnicy robotniczej Butte aux Cailles. Kiedy pod koniec wieku XIX odkryto tam źródła termalne, najpierw powstała łaźnia miejska, a potem basen, trzeci najstarszy w stolicy (1924). Zabytkowy budynek z czerwonej cegły kryje dwie niecki, małą i dużą, a na zewnątrz czynny cały rok tak zwany basen nordycki. 

Po przepłynięciu kilkunastu długości (uwaga, Butte aux Cailles, tak jak Les Amiraux, mierzy 33, a nie standardowe 25 metrów, więc długości może być mniej) warto pospacerować po okolicy, przenosząc się na senną prowincję małych domków i brukowanych uliczek. Wielbiciele kina na pewno rozpoznają basen z filmów „O co chodzi w seksie” Arnauda Desplechina i „Niezatapialni” Gillesa Lellouche’a.

Piscine Les Halles

Tych, którzy od staroci wolą nowoczesność i wygodę, warto wysłać na basen Susane Berlioux w dzielnicy Les Halles. Półprywatny, więc nieco droższy (5 euro, zniżki nadal obowiązują), ma mnóstwo zalet: długie godziny otwarcia (od 6 do 22, bez grup szkolnych), wymiary olimpijskie i dogodne położenie w samym centrum miasta. 

Na dawnym brzuchu Paryża, dzielnicy Les Halles, powstało wielkie centrum handlowe i węzłowa stacja metra. I w podziemiach przykrytego pofalowanym dachem forum, między multikinem a Starbucksem, można popływać, planując rozrywki i zakupy. Sama zdecydowanie wolę bardziej staroświeckie klimaty i lepiej czuję się wśród rekreacyjnych żabek niż energicznych motyli, ale, jak mawiają Francuzi, o gustach i kolorach się nie dyskutuje.

Paryż wpław

Jak niemal każdy aspekt paryskiej rzeczywistości, również baseny były nie tylko wielokrotnie filmowane (patrz wyżej), ale doczekały się także własnej literatury przedmiotu: oprócz peanów na cześć paryskich kawiarni, zabytkowych drzwi czy toalet, istnieją też przewodniki po stołecznych basenach. Panią paryskich pływalni zdecydowanie jest pisarka Colombe Schneck, która razem z siostrą Mariną wydała poradnik „Paris à la nage – Guide des piscines parisiennes” (Paryż wpław, przewodnik po paryskich basenach). 

Siostry opisują nie tylko praktyczne aspekty infrastruktury (wymiary, temperatura wody, dostępność sprzętu) – oceniają też aspekty estetyczne, gawędzą ze stałymi bywalcami, proponują okoliczne kawiarnie i restauracje na uzupełnienie spalonych kalorii. Uwaga – żeby skorzystać z cennych rad sióstr Schneck, trzeba znać francuski. Tłumaczona na angielski książka Colombe „Swimming in Paris” to zupełnie inna para kaloszy (zbiorek trzech opowiadań).

Sporo o pływaniu, tyle że głównie w morzu, pisze Chantal Thomas. O medytacyjnych i relaksującym potencjale paryskich pływalni często rozprawia zbuntowana Constance Debré. Jest też, jak to we Francji, komiks Bastiena Vivèsa „Le goût du chlore” (Smak chloru). Moja osobista teoria jest taka, że książki piszą pisarze, których (od siedzenia i pisania) często bolą plecy. A na ból pleców – i wszelkie inne bolączki – basen doskonale robi (jest też frakcja biegaczy, ale to nie moja bajka). Literaci pływają więc i opisują, jak to dobrze jest pływać. A ja tymczasem kończę. 

J'peux pas, j'ai piscine!

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Motyle i żabki