Sprawdziliśmy: „Robinson Crusoe” nie jest dla dzieci

Siła „Robinsona Crusoe” polega na tym, że dotyka pytań, od których sami nie potrafimy uciec. Jak zaczynać od nowa? Jak żyć po katastrofie? Jak poradzić sobie z samotnością i z obcością? Daniel Defoe to sprawdził.
Czyta się kilka minut
Robinson Crusoe i Piętaszek. Litografia kolorowana ręcznie z książki wydanej przez wydawnictwo Currier & Ives, 1984 r. // Sepia Times / Getty Images
Robinson Crusoe i Piętaszek. Litografia kolorowana ręcznie z książki wydanej przez wydawnictwo Currier & Ives, 1984 r. // Sepia Times / Getty Images

Robinson Crusoe, jeden z najbardziej znanych bohaterów literackich, towarzyszy nam już od przeszło 300 lat. Każdy zna losy niefortunnego rozbitka, który na bezludnej karaibskiej wyspie podejmuje heroiczne próby odtworzenia obowiązującego podówczas modelu cywilizacji. Skupia się nie tylko na kwestiach technicznych, jak konstruowanie narzędzi, uprawa roślin czy hodowla zwierząt. Chodzi mu również o odtworzenie obowiązującego w jego świecie porządku społeczno-teologicznego – nawet jeśli początkowo jest jego jedynym uczestnikiem i użytkownikiem.

Uruchamianie odtwarzacza...

Prawdziwy Robinson Crusoe, którego nie znamy

Jeśli tylko tyle wiemy o Robinsonie, to znaczy, że wiemy o nim bardzo mało. Burzliwe przygody na morzu, a potem na wyspie to jedynie część skomplikowanej biografii człowieka nowej epoki. W mniej znanej, drugiej części dzieła Daniela Defoe (1660-1731), możemy śledzić dalsze wojaże Robinsona, tym razem w roli kupca. 

Po opuszczeniu wyspy podbija świat, nie tylko pływając po morzach i oceanach, ale również przemierzając rosyjską tajgę czy dzikie ostępy Europy. W tych okolicznościach to nie własnoręcznie zrobiona siekiera i łopata, a sakiewka i dryg do interesów okazują się kluczowe. Tę część powieści znają zapewne jedynie nieliczni fani prozy Defoe, choć swego czasu była niemalże równie popularna jak pierwsza.

Jest jeszcze trzecia część – dziś właściwie zapomniana. Także w kulturze anglosaskiej sięgają po nią niemalże wyłącznie badacze nowożytnej literatury. Jednak dzięki nowemu wydaniu „Robinsona Crusoe” w serii Biblioteki Narodowej Ossolineum po raz pierwszy pojawił się jej polski przekład. W końcu mamy więc naszego ukochanego Robinsona w całości.

Ci, którzy sięgną po to domknięcie trylogii w poszukiwaniu kolejnych przygód, zapewne mocno się rozczarują. Bowiem „Poważne rozważania”, jak zatytułowana jest trzecia część, to traktat społeczno-teologiczny, w którym Daniel Defoe (choć dalej via Robinson) tłumaczy kluczowe dla siebie pojęcia. Chodzi, ni mniej, ni więcej, o dobro i zło. Defoe prowadzi tu rozważania nad naturą człowieka, źródłami grzechu i – co najważniejsze – drobiazgowo definiuje, czym jest Opatrzność.

Sam autor uważał tę część za najważniejszą, pozostałe dwie nazywając ledwie obrazowymi alegoriami swojego pomysłu filozoficznego (wszystkie trzy części ukazały się oryginalnie w przeciągu kilkunastu miesięcy). Czy to znaczy, że przez ponad trzy stulecia czytaliśmy Robinsona tylko do połowy? W pewnym sensie tak: brakowało nam kluczowej klamry ideologicznej, która dla Defoe miała być początkiem poważnej rozmowy o wierze i porządku świata.

A skoro on sam traktował „Poważne rozważania” jako ukoronowanie cyklu, warto zapytać: skąd u Daniela Defoe taka ambicja? Odpowiedzi należy szukać w jego biografii. Zaiste była ona godna fabuły powieści łotrzykowskiej. Lecz zarazem głęboko ją ukształtował jego stosunek do religii.

Gdzie Opatrzność prowadzi Robinsona Crusoe

Daniel Defoe żył w epoce wielkiego fermentu religijnego w Europie. Wychował się w środowisku protestanckich nonkonformistów, czyli tych, którzy nie godzili się na narzuconą formę religii państwowej (umacniający się anglikanizm) i wybierali własne, bardziej surowe, indywidualne praktyki duchowości

Defoe pod wieloma względami był uosobieniem idei reformacji – nowej energii, dzięki której wiara chrześcijańska znacznie mocniej zaczęła przenikać do codziennego życia. Niejako przy okazji strukturyzowała też wszystkie decyzje związane z polityką, relacjami społecznymi czy handlem. W tym modelu wiara musiała być nieustannie potwierdzana poprzez podejmowane przez jednostki decyzje, także w najbardziej prozaicznych sytuacjach.

To sprawiało, że szczególnie dobrze łączyła się z etyką pracy. W świecie Defoe Opatrzność nie była pojęciem abstrakcyjnym, lecz narzędziem do rozumienia i wyjaśniania rzeczywistości: dlaczego jednemu się powodzi, a drugi bankrutuje, czemu ktoś ocalał z katastrofy, a inny zginął. 

Była dla niego czymś w rodzaju niewidzialnego rejestru losów – sumą przyczyn i skutków, które nadają sens temu, co na pierwszy rzut oka wygląda jak przypadek. Trochę jak giełdowy indeks, który tłumaczy nagłe wahania i daje poczucie, że za każdym ruchem kryje się ukryty porządek. Taki sposób myślenia kształtował zarówno jego działalność publicystyczną, jak i literacką – Robinson Crusoe, tak samo jak Daniel Defoe, uczy się czytać własne losy w świetle boskiego planu.

Tym bardziej że jego własna biografia dostarczała aż nadto przykładów takich „wahań”: Defoe bywał bankrutem i spekulantem (sytuacje mocno powiązane ze sobą) – potrafił zbić fortunę i równie szybko ją stracić, kilkukrotnie siedział w więzieniu, ale bywał też zaufanym ludzi władzy, a nawet królewskim agentem. Żył jak bohater powieści awanturniczej, który co chwila zaczyna od nowa – i właśnie dlatego w Opatrzności szukał logiki tam, gdzie inni widzieli tylko chaos.

Skąd się wziął pierwszy reportaż w historii

Najbardziej fascynującym wymiarem jego biografii, obok religijności i kupieckich przygód, była działalność publicystyczna. Defoe nie tylko pisał książki, ale też należał do twórców nowej formy komunikacji: prasy opiniotwórczej.

Jego największym dziełem w tym zakresie było „The Review” – pismo działające w latach 1704-1713, które ukazywało się kilka razy w tygodniu i w większości tworzone było przez jednego człowieka. Defoe pisał w nim wszystko: komentarze polityczne, analizy ekonomiczne, rozważania religijne, a nawet praktyczne porady dla kupców. Dzisiejszym językiem powiedzielibyśmy, że był to „one-man newsroom”.

Znaczenie „The Review” trudno przecenić. To jedno z pierwszych nowoczesnych czasopism, które nie ograniczało się do suchych informacji, lecz łączyło wiadomość z komentarzem, analizę faktów z moralnym osądem. Właśnie ta hybrydyczna forma stała się fundamentem nowoczesnej prasy, która nie tylko relacjonuje, ale też formuje poglądy. Na łamach „The Review” (faktycznie, zgodnie z nazwą, było to recenzowanie całej rzeczywistości) można zobaczyć narodziny opinii publicznej – wspólnoty czytelników, którzy zaczynają myśleć o sobie jako o uczestnikach szerokiej debaty.

Pasja, z jaką Defoe oddawał się pisaniu, robi wrażenie do dziś. Prasa była bowiem dla niego czymś więcej niż medium: była misją. Służyła kształtowaniu moralności, usprawnianiu handlu, a nawet uprawianiu polityki zagranicznej.

Nic dziwnego, że jego literatura ma w sobie tak wyrazisty rys publicystyczny, a publicystyka – literacki. Defoe pisał tak, jakby wciąż balansował między kroniką a powieścią. Najlepszym dowodem jest „The Storm”, dzieło uważane za jeden z pierwszych w dziejach reportaży. To opowieść o wielkiej wichurze, która w 1703 r. spustoszyła południową Anglię i zabiła tysiące ludzi. 

Defoe zebrał dziesiątki listów od świadków i ocalałych, ułożył je w narrację i opatrzył własnym komentarzem. Tekst przybrał formę dokumentu – swoistej „kroniki katastrofy” – ale zarazem miał w sobie napięcie i dramatyzm powieści.

Co szczególnie istotne: była to próba całościowego wyjaśnienia katastrofy, tej konkretnej, ale też wszystkich innych. Defoe raz odwołuje się do kategorii religijnych (burza jako kara czy znak od Boga), raz do naturalnych (niezwykła siła wiatru, brak przygotowania budynków i portów). Wszystko jednak jest zawsze podporządkowane większemu, boskiemu planowi.

Jednak forma tej publikacji zdradziła go. Bo obok chłodnych analiz pojawiają się przejmujące głosy zwykłych ludzi – wdów, rybaków, kupców – którzy opowiadają o stracie bliskich, domów i dorobku całego życia. W efekcie na tafli opatrzności pojawiają się pierwsze rysy: Defoe nie daje jednoznacznej odpowiedzi, lecz zostawia czytelnika w poznawczym napięciu. To ziarno wątpliwości powróci później w „Robinsonie”, gdzie cała opowieść o rozbitku stanie się laboratorium podobnego konfliktu – między boskim planem a przypadkiem.

To właśnie ten kontrast między językiem świadectwa a językiem naukowo-teologicznym (te języki były jeszcze wtedy ze sobą ściśle złączone) czyni „The Storm” tekstem na wskroś nowoczesnym.

Daniela Defoe na rycinie z przełomu XVII i XVIII wieku. // Stock Montage / Getty Images

Dlaczego „Robinson Crusoe” nie jest dla dzieci

Żeby lepiej zrozumieć wagę tego zagadnienia, warto spojrzeć szerzej – na samą rolę katastrof (szczególnie tych związanych z morzem) w wyobraźni ówczesnej Anglii (i całej zachodniej Europy). Amerykański profesor Steven Mentz w swojej brawurowej interpretacji kultury XVII i XVIII wieku stawia niezwykle ciekawą tezę – nasza nowoczesność zaczyna się od wraku. 

Burze, zatonięcia, wyrzucane na brzeg ciała i szczątki dumnych statków szybko stały się częścią zbiorowej wyobraźni. To między innymi z tego powodu Europa musiała w przyspieszony sposób zredefiniować swoją wizję procesu dziejowego, jak również całą tożsamość.

Katastrofa morska to bowiem wydarzenie, gdzie zderzają się trzy porządki: boski plan, ślepy los i ludzka sprawczość, która również może mieć tu coś do powiedzenia. Tak więc stawką nie było jedynie wyjaśnienie przyczyn katastrof, ale odpowiedź na pytanie fundamentalne: jakie mechanizmy tak naprawdę rządzą światem?

Na tym tle można lepiej dostrzec wyjątkowość twórczości Defoe. „The Storm” wpisywał się w ten kontekst, ale jego najbardziej oryginalną odpowiedzią na pytanie o los i opatrzność stał się dopiero „Robinson Crusoe”. Tu kataklizm – rozbicie statku – nie jest jedynie początkiem opowieści, ale modelem całej nowoczesnej kondycji człowieka. Crusoe zostaje rzucony na bezludną wyspę jak Europa rzucona w nowoczesność: w sytuację, gdzie wiara w boski plan, doświadczenie przypadku i siła ludzkiej pracy tworzą nierozwiązywalne, ale płodne napięcie.

W kolejnych dekadach powieść Defoe zaczęła żyć własnym życiem, mnożąc interpretacje i konteksty. Każda z nich wydobywa inny wymiar tej historii, ale wszystkie dotykają spraw, które okażą się kluczowe dla nowoczesności: relacji człowieka z naturą, narodzin gospodarki kapitalistycznej, kolonialnej dominacji czy doświadczenia samotności i katastrofy. Dlatego „Robinson Crusoe” tak szybko zaczął funkcjonować jako coś więcej niż tylko powieść. Stał się wyzwaniem, z którym każda kolejna epoka musiała zmierzyć się na nowo.

Najpierw przyszło uproszczenie. Dziesiątki adaptacji dla dzieci i podręczników uczyniły z Robinsona ikonę zaradności: patrona skautów, bohatera elementarzy i poradników przetrwania. Złożone pytania Defoe o opatrzność i przypadek rozpływały się w praktycznych lekcjach o tym, jak zbudować szałas, rozpalić ogień czy przetrwać na pustkowiu.

Potem pojawiły się reinterpretacje bardziej pogłębione. W oświeceniu Robinson staje się uosobieniem nowego etosu – bohaterem pracy, przedsiębiorczości i samowystarczalności. W XIX wieku przechodzi kolejne przeobrażenie: z samotnika przetrwania zmienia się w figurę kolonizatora. Jego relacja z Piętaszkiem zaczyna być czytana jako model dominacji, a cała opowieść staje się metaforą imperialnej ekspansji (Karol Marks lubił używać go jako przykładu drapieżnego kapitalizmu).

W XX i XXI wieku również pojawiają się głosy polemiczne, ale akcenty rozkładane są inaczej. Robinson bywa bohaterem literackich kontropowieści (od Coetzeego przez Lauren Groff po Michela Tourniera), figurą dyskursów postkolonialnych i pacjentem różnych innych krytycznych reinterpretacji ideologicznych. Staje się narzędziem krytyki – nie tyle wzorem, ile pytaniem o to, jak naprawdę kształtuje się relacja człowieka z naturą, kulturą i innym człowiekiem.

Kim jeszcze bywał Robinson?

„Robinson Crusoe” odczytywany jest także jako powieść o narodzinach nowoczesnej gospodarki, a jej bohater staje się wcieleniem kapitalistycznego etosu: liczy, planuje, gromadzi. Każdy przedmiot ma dla niego wartość użytkową lub wymienną, każda czynność – sens ekonomiczny (jeden z pierwszych homo oeconomicus). Wyspa staje się przestrzenią, w której ustanawia się porządek pracy, własności i akumulacji dóbr.

To zatem także miniatura imperium handlowego: samotny rozbitek podporządkowuje naturę, przekształca ją w zasoby i wyznacza reguły wymiany – a potem włącza ją w obieg światowego systemu. Nieprzypadkowo druga część powieści rozwija wątek globalny – Crusoe wraca do handlu, misji, kolonialnej ekspansji, włączając swoje doświadczenie w logikę rozwoju brytyjskiego imperium.

Najbardziej wyrazista jest jednak relacja z Piętaszkiem. Ucieleśnia ona hierarchię kolonialną: Robinson jawi się jako pan i nauczyciel, Piętaszek jako uczeń i poddany. W powieści uzasadnione zostaje nie tylko praktyczne podporządkowanie, ale i moralna wyższość Europejczyka, która nadaje podbojowi pozór cywilizacyjnej misji. Sposób, w jaki odnosi się do swojego „poddanego”, z dzisiejszej perspektywy jawi się jako przykład skrajnego rasizmu i szowinizmu.

Jednak jeśli porzucimy tę ahistoryczną perspektywę, odsłania się tu wiele istotnych niuansów – można to odczytywać jako początek długiego i bolesnego procesu (wciąż niedokończonego). Tak biali Europejczycy uczyli się „oswajać dzikiego”, przyznając mu coraz więcej praw zarezerwowanych wcześniej wyłącznie dla „ludzi cywilizowanych”. A bez tego raczej niemożliwe byłyby XIX- i XX-wieczne dyskursy emancypacyjne.

„Robinson Crusoe” to także opowieść o jednostce zmuszonej zaczynać wciąż od zera. Wyspa staje się metaforą nowoczesnej samotności – życia bez wspólnoty i wsparcia instytucji, opartego wyłącznie na własnych siłach. Robinson, choć odizolowany, tworzy wokół siebie porządek i namiastkę wspólnoty. W nim spotykają się dwa doświadczenia: radykalna izolacja i potrzeba budowania świata od nowa.

To w końcu też archetyp człowieka po katastrofie – ocalałego, który z ruin tworzy nowe życie. Jego doświadczenie rezonuje dziś w postapokaliptycznych narracjach: samotny bohater mierzy się z pustką, ale w tej próbie kryje się także możliwość odrodzenia i nadzieja na nowy początek. Ten motyw powraca także w rzeczywistych biografiach uchodźców i migrantów, zmuszonych zaczynać od zera w obcym miejscu – odbudowywać dom, wspólnotę i poczucie sensu w świecie, który runął.

Gdzie Robinson teraz mieszka

Robinson nie jest tylko bohaterem dawnej powieści – to mit, który wciąż świetnie działa w naszej kulturze. Siła tej opowieści polega na tym, że dotyka pytań, od których nie potrafimy uciec: jak zaczynać od nowa, jak żyć po katastrofie, jak poradzić sobie z samotnością i z obcością. Dlatego figura rozbitka wraca do nas wciąż na nowo – w ekonomii i polityce, w filozofii i kulturze popularnej. Aż za dobrze znamy ją z życia.

Dzisiejsze kryzysy nadają jej nową aktualność. Migracje, które zmuszają miliony ludzi do odbudowy życia w obcych miejscach; zmiany klimatyczne, które wystawiają całe społeczności na próbę przetrwania; pandemia, która jeszcze niedawno zamknęła nas na wyspach własnych mieszkań – wszystko to sprawia, że historia Robinsona rezonuje jeszcze mocniej. Staje się językiem, którym opisujemy sytuacje graniczne.

Im częściej wracają te problemy, tym ważniejsze staje się pytanie o mechanizmy, które je napędzają. Dlaczego właśnie ten mit – samotnego ocalałego, który zaczyna od zera – tak silnie ukształtował wyobraźnię nowoczesności? By zrozumieć to naprawdę, nie wystarczy popkulturowy skrót.

Nie mamy wyboru – musimy wciąż od nowa czytać Defoe.

Wydawnictwo Ossolineum, Daniel Defoe, Robinson Crusoe. 2025 r. // materiały prasowe

Daniel Defoe „Robinson Crusoe”, przekład Józef Birkenmajer (dwa pierwsze tomy) i Michał Lachman, wstęp i opracowanie Jakub Lipski, Wydawnictwo Ossolineum, seria Biblioteka Narodowa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Rozbitkowie Opatrzności