W porze monsunowej morze u zachodnich wybrzeży Indii staje się wzburzone i niebezpieczne. To właśnie wtedy, pod koniec sierpnia 1498 r., portugalskie okręty wypełnione drogimi przyprawami i kamieniami szlachetnymi pod wodzą Vasco da Gamy odpływają z portu w Goa w kierunku Afryki. Chcą wrócić do Europy, skąd przybyły tu kilka miesięcy wcześniej.
Álvaro Vehlo – marynarz uczestniczący w wyprawie, później twórca pierwszego podręcznika z zakresu nautyki – notuje: „Rozwinęliśmy żagle i ku powszechnej radości ruszyliśmy w drogę do domu, uważaliśmy się za szczęśliwców”.
Euforia załogi trwa jednak krótko. Pogoda jest fatalna. Karawelami miotają sztormy. Po nich przychodzą bezwietrzne dni, gdy żaglowce tylko kołyszą się na falach. Wśród marynarzy narasta frustracja. Okazuje się też, że są ścigani – władca Kalikatu, portu w południowych Indiach, postanowił zniszczyć ich ekspedycję, by wieść o przetartym właśnie przez tę wyprawę szlaku morskim do Indii nie trafiła z powrotem do Europy.
Tajemniczy poliglota z Królestwa Polskiego
Vasco da Gama zarządza przystań na jednej z wysepek. Ale tam też nie jest bezpiecznie: na horyzoncie pojawiają się grasujący na tych wodach korsarze.
Podczas starcia z piratami na pokład dostaje się przedziwnie ubrany człowiek, mówiący, jak się okazuje, w wielu językach – między innymi hebrajskim i weneckim. Prosi o rozmowę z kapitanem. Twierdzi, że jest chrześcijaninem, że został porwany z Europy i przez wiele lat był przetrzymywany w Indiach. Błaga, aby zabrali go do Lizbony.
Kapitan jest zbyt podejrzliwy, by wierzyć na słowo. Zaleca najlepszy dostępny wówczas wariograf, czyli poddanie przybysza torturom. Podczas nich wychodzi na jaw, że w rzeczywistości przybysz szpieguje na rzecz władcy Goa.
Całe to zajście oraz rozmowę Vasco da Gamy ze szpiegiem skwapliwie notuje w swoich dziennikach Álvaro Velho.
Tajemniczy poliglota, którego prawdziwego nazwiska nigdy nie poznamy (imię Gaspar przyjmie później), przedstawia się ostatecznie jako Żyd pochodzący z Poznania. Twierdzi, że urodził się w Królestwie Polskim, i że następnie wraz z rodziną wywędrował do Aleksandrii, wówczas międzynarodowego centrum życia gospodarczego w północnej Afryce.
Mimo wątpliwości załoga postanawia zabrać go ze sobą – z nadzieją, że jego wiedza na temat świata, a szczególnie Indii, przyda się na dworze króla Manuela, władcy Portugalii.

500 lat temu: ciekawość napędza wyprawy Europejczyków
W tamtych czasach potrzeba było setek lat, by świat realny i ten wyobrażony przez kartografów zaczęły sobie odpowiadać.
Aż do początków wieku XV wiedza o układzie mórz i kontynentów opierała się na starym, pochodzącym z II stulecia systemie Ptolemeusza. Antyczny uczony stał się autorytetem w dziedzinie geografii i kartografii, kiedy jego pisma przełożono na łacinę. Po rozpowszechnieniu się druku zostały bestsellerami tamtych czasów.
Jak wpływały na podejmowane w tamtym czasie wyprawy morskie? Ptolemeusz był zdania, że Ocean Indyjski jest otoczony lądem ze wszystkich stron, a więc opłynięcie Afryki od południa i dopłynięcie tą drogą do Indii miało być niemożliwe.
Wizję tę podważyła dopiero wyprawa pod wodzą żeglarza Bartolomeu Diasa z 1488 r., która dotarła w okolice dzisiejszego Kapsztadu. Czyli miejsca, które – z myślą o kolejnych podróżach w stronę Indii – nazwano wtedy właśnie Przylądkiem Dobrej Nadziei.
Jeśli więc na początku wieku XV ufano Ptolemeuszowi jeszcze w ciemno, to sto lat później map uzupełniających (korygujących) jego dzieła było już kilkanaście. Nakładano je jedna na drugą, a świat zaczął się przeobrażać, przyspieszył też proces jego poznawania.
Ciekawość Europejczyków napędzana była głodem drogocennych kamieni i przypraw. Wśród żeglarzy krążyły opowieści o afrykańskich kopalniach złota, ale przez lata sądzono, że popłynięcie na południe od Wysp Zielonego Przylądka jest niemożliwe. Pomijając fantastyczne opowieści o czyhających tam niebezpieczeństwach, obawiano się zabójczego klimatu. Mówiono, że ziemia Afryki jest piaszczysta, brakuje wody i drzew, a morze jest tak płytkie, że na odległość mili od brzegu jego głębokość sięga jednej stopy.
Nowy typ statku zrewolucjonizował dalekomorskie podróże
Istniało też całkiem racjonalne uzasadnienie dla dzielonych przez żeglarzy niepokojów: tamtejsze wiatry. Statki płynące na południe od Wysp Zielonego Przylądka czy wybrzeży dzisiejszej Sahary Zachodniej miały problemy z drogą powrotną – zawrócić w stronę Portugalii udało się dopiero w 1434 r.
Okazało się wówczas, że zamiast kierować się na północ, należy zrobić ostry zwrot w kierunku północno-zachodnim i dopiero na wysokości Azorów skierować się na wschód [pokazuje to mapa – red.]. Taki manewr nie udałby się, gdyby nie budowa popularnych w tamtym czasie karaweli: ich lekkość i zwrotność zrewolucjonizowała dalekomorskie podróże – żeglarze byli w stanie ustawiać okręty pod kątem ostrym do kierunku wiatru.
Ten sukces mobilizował. Infant (następca tronu) Henryk, trzeci syn króla Portugalii (nazwany potem Henrykiem Żeglarzem), utworzył coś na kształt szkoły nawigatorów. Zgromadzono w niej nie tylko najmędrszych ludzi nauki, ale też stworzono nowoczesną pracownię kartograficzną i obserwatorium astronomiczne.
Kiedy żeglarzom udało się przekroczyć zwrotnik, zaczął się też ciemny rozdział portugalskiej historii: wyprawy łupieżcze i handel niewolnikami z Afryki. Równolegle toczył się, nie do końca dziś możliwy do zrekonstruowania, czas tajnych misji i przeszpiegów: wiedza o nowych szlakach handlowych była przecież, nomen omen, na wagę złota. Posłowie portugalskiego króla podróżują więc pod przykrywką, często w strojach kupców; wsiadają na arabskie statki płynące do Indii. Pierwszy raz słyszą tam o Madagaskarze.
Vasco da Gama wyrusza w drogę do Indii
Kiedy Vasco da Gama dostaje propozycję pokierowania ekspedycją do Indii, jest prawdopodobnie jeszcze przed trzydziestką (dokładna data jego narodzin nie jest znana).
Właściwie na czele wyprawy powinien stanąć bardziej doświadczony Bartolomeu Dias – ten, który jako pierwszy dotarł do Przylądka Dobrej Nadziei i wrócił cały (co nie było oczywiste). Sponsorom wyprawy zależy jednak, by jej dowódca nie czuł się zbyt pewnie, szczególnie, gdyby jakimś cudem zakończyła się sukcesem. Łatwiej poradzić sobie z nieopierzonym młokosem. Vasco dla pewności zabiera ze sobą zaufanego człowieka – swojego starszego brata Paula.
Wyekwipowano cztery okręty. Trzy z nich, tzw. nãos, były trójmasztowcami nieco większymi od karawel, dzięki czemu dało się na nich umieścić pokaźną liczbę armat. Statek transportowy załadowano sprzętem, żywnością i lekarstwami, przewidując, że podróż może potrwać latami (planowano go potem po drodze porzucić lub rozebrać, a uzyskane w ten sposób części zużyć jako zapasowe).
Załogi wszystkich okrętów liczą łącznie ok. 150 ludzi. Wśród nich znajduje się grupa skazanych na śmierć złoczyńców, których, w zamian za darowanie życia, zamierzano wykorzystać do szczególnie niebezpiecznych przedsięwzięć.

Pół roku na burzliwych morzach
8 lipca 1497 r. flotylla opuszcza port w Lizbonie.
Pierwszy etap wyprawy to wyspa Santiago należąca do Archipelagu Zielonego Przylądka, gdzie załoga uzupełnia zapasy wody i żywności. Vasco da Gama korzysta tam z drogocennej wiedzy zdobytej przez Diasa, doskonale zna już rozkład wiatrów. Wie, że w okolicach 40. równoleżnika należy szukać tych wiejących z zachodu.
Dzięki temu na początku listopada trójmasztowce znajdują się już w bezpośrednim sąsiedztwie Afryki, a w połowie grudnia mijają ostatni punkt, do którego w czasie swojej ekspedycji dotarł Dias.
Dalsza podróż nie jest łatwa, pojawiają się silne prądy, a wiatr wymusza konieczność halsowania i nagłych zwrotów. Wreszcie, po niemal pół roku, w dniu Bożego Narodzenia 1497 r., Vasco da Gama dociera do 30. stopnia szerokości południowej – i od łacińskiego Dies Natalis Domini nazywa ten teren Natalem.
Pieprz, imbir, perły: bogactwa Indii napędzają wyobraźnię żeglarzy
Kilkanaście dni później, 10 stycznia 1498 r., statki rzucają kotwice u ujścia rzeki Zambezi w obecnym Mozambiku. Żeglarzy spotyka niespodzianka, gdy okazuje się, że jeden z członków załogi, Martin Alfonso, który przez pewien czas żył w rejonie Konga, dogaduje się z tubylcami. Portugalczycy dowiadują się, że w delcie Zambezi często cumują duże okręty. Późniejszy pięciodniowy postój w zatoce Maputo upływa już w tak sielskiej atmosferze, że Vasco da Gama nazwie ten kraj Ziemią Dobrych Ludzi.
W końcu stycznia dobra passa zdaje się kończyć, żeglarze zawijają do kolejnej zatoki, gdzie mieszkańcy nie odnoszą się już do nich tak przyjaźnie. Z konieczności postój trwa jednak ponad miesiąc. Załoga naprawia maszt jednego z okrętów i próbuje się podleczyć – wielu marynarzy cierpi na szkorbut.
W tym czasie Portugalczycy oglądają statki należące do Arabów („białych Maurów”) z ładunkami pieprzu, imbiru, goździków, pereł, a także srebra i złota. Kiedy dowiadują się, że część ładunku pochodzi z Indii, rośnie ich apetyt na kontynuowanie wyprawy.
Z początkiem wiosny 1498 r. portugalska flotylla staje na redzie w Mombasie (dziś w Kenii). Tamtejszy sułtan stwarza pozory gościnności, ale stara się zniechęcić Vasco da Gamę do dalszej podróży, twierdząc, że u niego załoga może nabyć wszelkie produkty indyjskie, a także afrykańskie: złoto, srebro i kość słoniową.
Ale to tylko jeszcze bardziej zachęca Portugalczyków do kontynuowania wyprawy i ożywia ich nadzieje na wielkie zyski z handlu z Indiami. Płyną dalej.
Wyprawa Vasco da Gamy dociera do Indii
W ostatnim tygodniu kwietnia flotylla opuszcza port w Malindi (dziś Kenia) i przy korzystnym wietrze monsunowym od rufy rozpoczyna ostatni odcinek podróży do Indii.
W niedzielę 29 kwietnia oczom żeglarzy ukazuje się Gwiazda Polarna – znak, że minęli równik. Wreszcie 18 maja – ponad 10 miesięcy od opuszczenia Portugalii – widzą brzeg i góry tak wysokie, że wzbudzają one zdumienie. Góry, jak się potem okaże, otaczają Kalikat, bogate indyjskie miasto Wybrzeża Malabaru.
Zacumowanie w Kalikacie dwa dni później nie okazuje się wcale proste. Na spotkanie z portu wypływają łodzie, a Vasco da Gama nie jest pewien, co czeka go w mieście, którego zamożność każe domyślać się potęgi władcy. Wysyła na przeszpiegi skazańców.
Wracają oni na pokład z człowiekiem, który przedstawia się jako Musaid. Mówi on przybyszom, że znaleźli się w kraju rubinów, szmaragdów i innych drogich kamieni i przypraw. Zapewnia, że chętnie będzie służyć Portugalczykom, zdradzając im tajemnice miejscowego władcy, którego zwą tu Zamorinem, Panem Mórz.
Tymczasem władca przyjmuje europejskich żeglarzy na audiencji. Rozmowy idą pomyślnie, Portugalczycy robią zakupy i ładują towary. Jednak doradcy Zamorina zaczynają judzić. Na jego dworze przeważa pogląd, że najlepiej wymordować całą załogę, aby informacja o drodze do Indii nie dotarła z powrotem do Europy.
Jak to wszystko potoczy się dalej, wiemy z pierwszych akapitów tej historii.
Dalsze losy Gaspara da Gama są równie tajemnicze
No dobrze, a co się stało z tajemniczym człowiekiem, który dołączył do Vasco da Gamy, twierdząc, że urodził się jako poddany polskiego króla?
Z różnych przekazów, które przetrwały do naszych czasów, wynika, że przed spotkaniem z Portugalczykami był on człowiekiem uczonym i zasobnym, dobrze znającym Azję. Miał odbywać dalekie podróże, parał się handlem, prowadził negocjacje z zagranicznymi kupcami w imieniu władcy Goa.
Nieoczekiwane przygarnięcie przez Portugalczyków otwiera przed nim drogę do nowej kariery. Vasco da Gama szybko orientuje się w jego wiedzy i zdolnościach, a z czasem się z nim zaprzyjaźnia. Gdy we wrześniu 1499 r. wyprawa Vasco da Gamy wraca do Lizbony, mężczyzna przyjmuje chrzest i imię Gaspar, zaś Vasco da Gama nadaje mu swoje nazwisko rodowe.
W ten sposób Gaspar da Gama, nazywany też Gasparem da India (Gasparem z Indii), staje się doradcą króla Manuela i bierze udział w wielu późniejszych wyprawach Portugalczyków. Między innymi towarzyszy Pedrowi Àlvaresowi Cabralowi w drodze do Brazylii. Wiemy, że napisał relację ze swoich podróży, opatrzoną też mapą – niestety nie zachowała się ona do naszych czasów. Wiadomo też, że w latach 1505-10 pracuje dla portugalskich wicekrólów na terenie Indii.
Potem ślad po nim się urywa. Niektóre źródła podają, że zginął. Inne, że mógł dowodzić obroną miasta Diu w 1531 r. – tym razem: przed Portugalczykami... (dowódca ów przedstawiał się co prawda jako Mustafa Khan, ale źródła twierdzą, że pochodził z Polski).
Tymczasem Vasco da Gama raz jeszcze udaje się do Indii. Tam umiera 500 lat temu, 24 grudnia 1524 r., na malarię. Drogą, którą wytyczył, wkrótce popłyną kolejne wyprawy, utwierdzając pozycję niewielkiej Portugalii na Oceanie Indyjskim oraz w Azji.
Korzystałam z: José Gentil Da Silva „Morskie dzieje Portugalczyków” (przeł. Vera Soczewińska), Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1987; Marian Małowist „Konkwistadorzy portugalscy”, PIW, Warszawa 1992; Wojciech Iwańczak „Magiczny rok 1497”, PIW, Warszawa 2024.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















