Powieść Lauren Groff „Dzikie bezkresy”: księga większa niż podsumowania roku

Oto rewizja fundamentalnych dla zachodniej cywilizacji pojęć – jednak wyjątkowo subtelna i zniuansowana. Pora przeczytać. Taka mądrość nie cierpi zgiełku.
Czyta się kilka minut
Lauren Groff podczas Festivalu Conrada. Kraków, 27 października 2024 r. // Fot. Alicja Rzepa / Festival Conrada
Lauren Groff podczas Festivalu Conrada. Kraków, 27 października 2024 r. // Fot. Alicja Rzepa / Festival Conrada

„Mam takie dziwne hobby – lubię zaglądać ludziom w okna”, mówiła Lauren Groff podczas spotkania na tegorocznej edycji Festiwalu Conrada. „Oczywiście robię to rzadko, dyskretnie, tak żeby nie widzieli i nie czuli się skrępowani”, dodała szybko.

Podglądanie innych to z pewnością popularne wśród pisarzy zajęcie – pozwala przyjrzeć się wielu mechanizmom społecznych. „W trakcie moich wieczornych spacerów odsłania się życie sąsiadów, oświetlone okna jak domowe akwaria. Czasami bywam milczącym świadkiem kłótni przypominających tańczenie wolnego bez muzyki. „To zaskakujące, jak żyją ludzie, jaki panuje u nich bałagan, smakowite zapachy z kuchni rozchodzą się na ulicę”, mówi narratorka w opowiadaniu „Duchy i puste”, otwierającym zbiór „Floryda”.

„Dzikie bezkresy” to także próba redefinicji podstawowych założeń naszej cywilizacji

Groff szczególnie lubi przyglądać się zasadom, wedle których kształtują się wspólnoty – w najrozmaitszych skalach. W swoich powieściach i opowiadaniach wnikliwej analizie poddaje zarówno ruchy społeczne – jak choćby w „Arkadii”, gdzie krytycznej wiwisekcji poddane są ideały hipisowskiej komuny. Jednostkowe pragnienia i animozje stopniowo, ale konsekwentnie rozrywają tę wspólnotę od środka, a wroga rzeczywistość tylko przyspiesza cały proces.

Z kolei w „Wyspie kobiet”, powieści rozgrywającej się w XIII-wiecznym klasztorze, mamy do czynienia z dużo mniejszą, zamkniętą i zhierarchizowaną społecznością zakonnic. Przez kilkadziesiąt lat śledzimy losy głównej bohaterki, która, na początku jako przeorysza, potem ksieni całego zgromadzenia, próbuje zreformować podupadającą wspólnotę. Z jednej strony chce ją jeszcze bardziej odizolować od świata – zarówno fizycznie (sadzi las-labirynt, w którym gubi się każdy obcy), jak i duchowo (nie chce kapłanów-mężczyzn, sama zaczyna odprawiać msze i spowiadać). Choć na wielu polach odnosi sukces (klasztor rośnie w siłę i dostatek), ostatecznie ponosi klęskę i płaci wysoką cenę za swoje heretyckie reformy – zostaje wymazana z historii i pamięci kolejnych pokoleń.

W tym kontekście „Dzikie bezkresy”, wydana właśnie w Polsce (wydawnictwo Pauza, przełożył Jerzy Kozłowski), najnowsza powieść Groff, wydaje się logicznym dopełnieniem tej krytycznej analizy opresywnych mechanizmów społecznych, wobec których jednostka zawsze znajduje się na przegranej pozycji. Bezimienna bohaterka powieści żyje w angielskiej kolonii w Ameryce Północnej – choć nie mamy dat ani nazw geograficznych, można założyć, że jest to XVIII-wieczne Jamestown, pierwsza angielska osada po drugiej stronie Atlantyku, założona na terenie dzisiejszego stanu Wirginia. Panują w niej głód i zaraza, dochodzi nawet do aktów kanibalizmu – co zgadza się z najnowszymi ustaleniami archeologów (nie przebijają się one jednak do powszechnej świadomości, gdyż uderzają w jeden z najważniejszych mitów założycielskich USA).

Młoda dziewczyna, sierota przygarnięta jako służąca przez bogatą rodzinę, nie widzi dla siebie innej szansy niż ucieczka w dzicz. W najmniejszym nawet stopniu nie jest przygotowana ani na surową zimę, ani wędrówkę przez ciągnące się w nieskończoność lasy. Mimo to ma w sobie zdumiewającą zawziętość i wolę przetrwania.

- Nie wydaje mi się, żebym jako autorka była dla niej okrutna – mówi Groff w rozmowie z „Tygodnikiem”. – Oczywiście, straszliwie cierpi, jej świat się wali, ale jednocześnie staje się coraz lepszym człowiekiem, wznosi się, przybliża do Boga. To nie jest powieść o okrucieństwie, raczej o naszej cielesności. O tym, że jesteśmy częścią przyrody, ale mamy też duchowość i te dwa aspekty są ze sobą nierozerwalnie połączone.

„Dzikie bezkresy” to także próba redefinicji podstawowych założeń naszej cywilizacji: – Wytworzyliśmy wiele fałszywych narracji, które mówią jedynie o naszym duchowym komponencie, kompletnie pomijając fakt, że jesteśmy również zwierzętami. Dopiero łącząc te dwie perspektywy, możemy w uczciwy sposób zrozumieć nasze ciało, naszą śmiertelność.

Robinson Crusoe na nowo

Nie przypadkiem da się nakreślić wiele analogii między bohaterką powieści a postacią kluczową dla całej zachodniej – szczególnie anglosaskiej – kultury: Robinsonem Crusoe. Groff: – Kilka lat temu przeczytałam ponownie powieść Daniela Defoe. Zachwyciła mnie i jednocześnie bardzo poruszyła. Crusoe w pełni uosabia brytyjską cywilizację swojej epoki. To także historia narodzin kapitalizmu i protestanckiej etyki pracy – Crusoe pracuje bez ustanku, konstruuje meble, hoduje kozy, ale gdy spotyka jedynego człowieka na wyspie, czyni go swoim niewolnikiem. To powieść zawierająca imaginarium całego rodzącego się wtedy imperium.

Obie powieści dzieją się mniej więcej w tym samym momencie – w drugiej połowie XVII w., gdy europejski kolonializm wkracza w nową, bardziej zaawansowaną technologicznie i gospodarczo fazę. Świat, choć już z grubsza obrysowany, wciąż jawi się Europejczykom jako tajemnicza, niedająca się objąć rozumem przestrzeń możliwości. 

Crusoe, który w postkolonialnych dyskursach stał się dyżurnym chłopcem do bicia, wydaje się w tym kontekście postacią bardziej skomplikowaną. Podobnie jak bohaterka „Dzikich bezkresów” za wszelką cenę trzyma się życia, a swoją rozpaczliwą samotność próbuje zamaskować kompulsywnym gadulstwem. Podporządkowuje sobie wyspę, ale czyni to w myśl ideałów, które niedługo później zostaną nazwane oświeceniowymi. Crusoe, wcześniej kapitalista-spekulant goniący za zyskiem, odcięty od cywilizacji stara się odkupić swoje grzechy. Jednocześnie próbuje ocalić godność człowieczeństwa (rozumianego oczywiście zgodnie z wartościami epoki).

Groff dokonuje krytycznej reinterpretacji tego mitu, wprowadzając do niego wątek feministyczny: – Moja bohaterka jest nie tylko kobietą w patriarchalnym społeczeństwie pierwszej brytyjskiej kolonii w Ameryce, ale jest też sierotą, żyjącą na łasce innych. Nawet religia nie może dać jej pocieszenia, bo w surowym protestantyzmie niebo było zarezerwowane dla ludzi „porządnych”. 
Między innymi dlatego ucieka poza świat ludzki. Jej rozumienie natury, choć oczywiście nie potrafiłaby nazwać tego w taki sposób, bliskie jest transcendentalizmowi, o którym pisali później R.W. Emerson i H.D. Thoreau. W ten sposób może uwolnić się z klatki, w której zamknęło ją społeczeństwo. Crusoe nie musiał o to walczyć.

Istotne jest też przeniesienie akcentu z brytyjskości (Crusoe to jednak nieodrodny syn rodzącego się imperium) na amerykańskość – wyspa zamienia się więc w kontynent. Groff: – Ta historia dzieje się w Ameryce, dla której najważniejszą opowieścią była zawsze opowieść o pograniczu, osadnikach, którzy biorą w posiadanie kolejne krainy. Jej bohaterem zazwyczaj bywał mężczyzna-samotnik, który musi sobie radzić z nieprzyjazną naturą. Rzeczywistość to dla niego pole nieustannej bitwy, ale też rywalizacji z innymi.

Fakt, że u Groff mamy do czynienia z młodą dziewczyną, a nie dorosłym mężczyzną, wiele zmienia: – Ona nie walczy z naturą. Początkowo jest oczywiście nią przytłoczona, bo to obca dla niej przestrzeń. Nie chciałam waloryzować natury w żaden sposób – zależało mi, żeby pokazać ją taką, jaka jest, w pewnym sensie obojętna na naszą egzystencję.

Emerson i Thoreau to postaci niezwykle ważne dla amerykańskiego imaginarium. Ucieczka w dzicz od cywilizacji to fantazja, która nieustannie pracuje w całej zachodniej kulturze. O naiwności takiego myślenia napisano wiele – łatwo tu o krytykę, trudniej o wychwycenie mechanizmów, które wciąż podtrzymują ten mit. Jednym z tropów z pewnością jest złożony i trudno definiowalny problem autentyczności doświadczenia.

Groff: – Gdy słabną struktury społeczne, nasza skóra staje się cieńsza, wrażliwsza na otaczającą rzeczywistość. Wiele konwencji i pojęć, w które kazano nam bezwarunkowo wierzyć, traci na znaczeniu. Jest w tym rzeczywiście jakiś rodzaj autentyczności – niestety najczęściej oznacza on cierpienie. Chciałabym, żeby ominęło ono moją bohaterkę, niestety rzadko kiedy dostajemy to, na co zasługujemy. Ostatecznie wszystko okazuje się warte swojej ceny i przynosi pewien rodzaj spokoju oraz pojednania ze sobą, które w inny sposób byłoby niemożliwe.

Bohaterka „Dzikich bezkresów” doświadcza rzeczy ekstremalnych, nieznajdujących odzwierciedlenia w języku (a na pewno nie w takim, jakiego została nauczona). Tym samym wkraczamy w strefę ryzykownych spekulacji: – Piękno i cierpienie są ze sobą w jakiś przedziwny sposób połączone. Przygotowując się do pisania „Wyspy kobiet”, studiowałam teksty średniowiecznych mistyków, gdzie cierpienie często prowadzi do ekstazy, a nawet epifanii. Nie chodzi o to, że jestem wyznawcą takiego sposobu doświadczania świata, ale wydaje mi się, że jest w tej koncepcji coś ciekawego – może to być jedna z dróg do przekroczenia istotnych ograniczeń. Może chodzi o skupienie, odrzucenie rzeczy, które coraz bardziej nas rozpraszają?

W powieści pojawia się wielokrotnie słowo „łaska”, które w tym kontekście nabiera nowych, nieoczywistych znaczeń. Groff definiuje je tak: – Łaska to piękno, które otrzymujesz, mimo że się nie zasłużyło. To rodzaj daru – każdy może go otrzymać, niezależnie kim jest i czego w życiu dokonał. Doświadczenie piękna, szczęścia, które jest poza kategoriami dobra i zła.

W „Dzikich bezkresach” Lauren Groff wspina się na literackie wyżyny

Groff, choć najczęściej tworzy prozę historyczną, mocno angażuje się we współczesne życie polityczne USA, dlatego rozmowa o historycznych uwarunkowaniach naszego myślenia o wspólnotach nie mogła ominąć bieżących wydarzeń w Stanach: – Znajdujemy się w głębokim kryzysie, niezależnie od tego, kto rezyduje w Białym Domu. W USA to pęknięcie jest widoczne od czasów wojny secesyjnej – nigdy nie udało się go w pełni zaleczyć. Może dlatego, że działania w tym celu często były markowane albo powierzchowne. Wiele negatywnych zjawisk doświadczanych dziś jest w dużej mierze tego konsekwencją. I mam tu na myśli kulturowe podziały, do których przyczyniły się obie strony. Dlatego trudno powiedzieć, że jako nowoczesne społeczeństwo byliśmy kiedykolwiek jednością – to fikcja, w którą każe nam się wierzyć, bo tak jest wygodniej. Niemniej w ostatnich czasach pojawili się ludzie, na przykład Rupert Murdoch, którzy w bardzo umiejętny sposób zaczęli kapitalizować, a więc i podsycać ten tlący się od zawsze kryzys.

Zmęczenie i poczucie beznadziei, które przenika wszystkich prodemokratycznych liberałów na Zachodzie, coraz bardziej utrudnia nie tylko działanie, ale nawet samo planowanie. 

– Struktury społeczne zostały poważnie uszkodzone, a to wpływa na wybory życiowe wielu ludzi. Mam nadzieję, że to, co zostało zniszczone, da się odbudować, bo ludzie mają w sobie olbrzymi potencjał do czynienia dobra. Mam głęboką nadzieję, bo alternatywą jest rewolucja, i to krwawa – stwierdziła gorzko Groff.

I dodała jeszcze, w nawiązaniu do swojej najnowszej powieści: – Odarcie natury z najróżniejszych narracji, jakie przez wieki na nią nałożyliśmy, może być bardzo inspirujące. To także impuls do działania – odkrycie, że żaden człowiek nie jest samotną wyspą, to kluczowy krok do budowania lepszej wspólnoty. Do pewnego stopnia nawet Crusoe zdawał sobie z tego sprawę, a jego przygody to przecież jedna z pierwszych powieści w dziejach literatury. Może po to wynaleźliśmy ten gatunek?

W „Dzikich bezkresach” Groff wspina się na literackie wyżyny podobne tym, które znamy już z „Florydy” czy „Wyspy kobiet”. Tym razem jednak idzie dalej, jeśli chodzi o rewizję fundamentalnych dla naszego dzisiejszego myślenia o wspólnotowości pojęć. Co ważne, nie odrzuca ich ani nie dokonuje radykalnego przewartościowania – jak to często dziś ma miejsce w imię powierzchownie (żeby nie powiedzieć: leniwie) rozumianej konieczności dziejowej. Zamiast strategii spalonej ziemi stosuje raczej pełną subtelnych niuansów reinterpretację tego, co stanowi DNA naszej kultury (czy tego chcemy, czy nie). I już samo to sprawia, że jej najnowsza powieść to jedna z najciekawszych książek, jakie ukazały się w 2024 roku.

Lauren Gorff
"Dzikie bezkresy"
przeł. Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”