„Generałowie i admirałowie w podziemnych centrach kontroli w Colorado, Nebrasce i Waszyngtonie nie próbują już dłużej zachować kamiennych twarzy. Wielu z nich myśli, a nawet wypowiada szokującą prawdę. Jedna rakieta mogła być błędem systemu. Ale dwie to już nie pomyłka. Doktryna odstraszania zawiodła. Zaczyna się wojna atomowa. Teraz”.
Nowa książka Annie Jacobsen, z której pochodzi powyższy fragment, byłaby tylko kolejną z niezliczonych opowieści o polityce, technologii, długich korytarzach, salach narad i zdenerwowanych facetach, gdyby nie dwie kluczowe różnice.
Po pierwsze, w tym scenariuszu żaden James Bond ani Jack Ryan nie zapobiegnie katastrofie w ostatniej chwili. Tym razem bomby spadną na największe miasta świata. Po drugie, to nie beletrystyka, lecz książka non fiction. Autorka jest dziennikarką od lat specjalizującą się w opisywaniu wojskowych procedur, technologii i gier o władzę. „Nuclear War. A scenario”, to rezultat wielu godzin wywiadów i analiz odtajnionych dokumentów, pokazujących przerażającą prawdę o tym, jak wyglądałaby nuklearna apokalipsa i jak cienka jest linia, po której od osiemdziesięciu lat kroczymy nad przepaścią.
Książka Jacobsen podbiła wyobraźnię Amerykanów, lądując na szczycie listy bestsellerów. Prawa do jej ekranizacji kupiło Legendary Pictures, a do reżyserowania przymierzany jest Denis Villeneuve („Diuna”). Jednak sukces Jacobsen to nie wyjątek, a nowa reguła. Wiele wskazuje na to, że globalna popkultura właśnie wchodzi w Trzecią Erę Atomową. Ale zacznijmy od początku.
Od początku, aż po…
Zaczęło od Marii Skłodowskiej-Curie. Początkiem Pierwszej Ery Atomowej było odkrycie radu (1898). Kolejne dwie i pół dekady to okres rosnącej fascynacji wszystkim, co promieniotwórcze.
Kulminacją tej fali była przerażająca historia opisana w książce Kate Moore „The Radium Girls. Mroczna historia promiennych kobiet Ameryki”. Tytułowe Radowe Dziewczyny pracowały w fabryce produkującej jeden z najpopularniejszych gadżetów Pierwszej Ery Atomowej – zegarki ze wskazówkami pokrytymi radem. Dzięki nowo odkrytej formie promieniowania posiadacze chronometrów mogli w każdej chwili sprawdzić godzinę w ciemnościach. A dziewczyny z fabryki mogły nabawić się jednego z kilku popularnych nowotworów. Bo Pierwsza Era Atomowa to czas zderzenia między fantazjami o nieograniczonych możliwościach a stopniowo ujawniającą się (i długo cynicznie ukrywaną) mroczną stroną technologii.
Druga Era Atomowa zaczęła się wraz z Projektem Manhattan. To oczywiście era Bomby – przeciwatomowych schronów, propagandy strachu i wyścigu mocarstw – ale i kolejna fala atomowego entuzjazmu. Wiara w tanią i dostępną energię przyniosła rozwój rzeczywistej sieci elektrowni atomowych, ale też niespełnione nigdy fantazje o atomowych samochodach, piekarnikach, a nawet projekty atomowych ogrodów, w których promieniowanie będzie wytwarzać nieznane wcześniej kwiaty albo odmiany warzyw czy zbóż.
Zdarzały się w tej erze momenty lepsze, zdarzały się i takie, gdy świat znajdował się na krawędzi zagłady. Ostatecznie jednak to właśnie Bomba stała się jednym z kluczowych argumentów pchających zwaśnione mocarstwa ku jakiejś formie porozumienia. Bo z każdą kolejną megatoną trotylu zwiększającą siłę niszczenia stawało się bardziej jasne to, co Ronald Reagan i Michaił Gorbaczow ogłosili wreszcie podczas wspólnej konferencji w roku 1985: „Wojny atomowej nie da się wygrać”. Doktryna Mutual Assured Destruction (gwarantowanego wzajemnego zniszczenia) była dokładnie tym, co zapowiadał jej wojskowy akronim MAD – szaleństwem, które trzeba było jak najszybciej przerwać.
Aż wreszcie nadszedł rok 1989, który zakończył Drugą Erę Atomową w zbiorowej wyobraźni. Przez następne trzydzieści pięć lat świat fascynował się zupełnie innymi sprawami, lecz przecież Bomba nie zniknęła. Czekała cierpliwie w podziemnych silosach, bazach lotniczych, w łodziach podwodnych i głębinach zbiorowej nieświadomości, czasowo zepchnięta na margines popkultury przez inne wizje katastrofy.
Nadciąga fala
A teraz koniec historii się skończył. Bomba wraca! Oczywiście kryzys klimatyczny stał się w tym czasie fundamentalnym wyzwaniem – pilniejszym niż kiedykolwiek dotychczas. A jednak w ostatnich latach katastroficzna wyobraźnia zbiorowa ulega szybkim zmianom. Wraz z napaścią Rosji na Ukrainę, rosnącą pozycją Chin i kolejnymi wyścigami technologicznymi opowieść o nowym „wieczystym pokoju”, w którą tak bardzo chcieliśmy wierzyć po roku 1989, uległa ostatecznemu ośmieszeniu. W roku 2022 Joe Biden ostrzegał Amerykanów, że wizja nuklearnej zagłady jest bliżej niż kiedykolwiek od czasu kryzysu kubańskiego.
Wiele wskazuje na to, że w ciągu najbliższych lat Bomba stanie się centralną figurą zbiorowej wyobraźni. Nadciąga fala filmów, gier, powieści, ale też ruchów artystycznych i społecznych zbudowanych wokół nuklearnych lęków.
„Oppenheimer” w reżyserii Christophera Nolana czy serial na podstawie gry „Fallout” na Amazon Prime to dopiero początek. Bomba ma szansę stać się symbolem wszechobecnym. Postapokaliptyczny nurt w kinie od lat jest na wznoszącej fali. Teraz obok zombie i katastrof naturalnych odzyska kolejny rekwizyt.
Ale estetyka nuklearna rozleje się daleko poza kina. Wyobraźmy sobie powtórzenie atomowej psychozy z czasów zimnej wojny, jednak przefiltrowane przez nowe media. Algorytmy Facebooka, YouTube’a czy TikToka będą nam podpowiadać krótkie filmy o skutkach eksplozji, metodach ochrony albo prawdziwych lub zmyślonych planach strategicznych na anihilację całych kontynentów. Jak grzyby wyrosną firmy oferujące wygodne schrony do zakopania w ogródku. Rozkwitnie moda retro (wspomniany „Fallout” to zaledwie przedsmak możliwości). Estetyka zimnowojenna rozgości się w naszych miastach i wnętrzach.
I choć może wszystko to brzmi banalnie i powierzchownie – trochę jak zgadywanie, co będzie najmodniejsze tego lata – to nie powinniśmy nadchodzącej manii zbywać wzruszeniem ramion. Jako kluczowa figura wyobraźni Bomba będzie bowiem wywierać kluczowy wpływ na całkiem rzeczywiste decyzje.
Zegar tyka
Wróćmy do książki Annie Jacobsen. Doskonale ilustruje ona najważniejszą zmianę reguł, jaką powrót Bomby wprowadza do zbiorowej wyobraźni. Fabułę „Nuclear War. A scenario” wyznacza upływ czasu. Nie byłoby w tym nic szczególnego – mnóstwo historii, zwłaszcza tych z gatunku global conspiracy thrillers – oznacza kolejne rozdziały datami i godzinami. Tyle że u Jacobsen czas płynie znacznie szybciej niż w jakiejkolwiek znanej mi fikcyjnej historii.
Rozdział pierwszy książki obejmuje pierwsze trzy sekundy(!) od startu rakiet balistycznych, rozdział drugi – kolejne dwie, rozdział trzeci – następną. Nim minie pierwsze pięć minut czasu akcji, będziemy już w jednej czwartej lektury, a większość kluczowych dla losów świata decyzji zostanie już podjęta. Cały pierwszy akt, po którym świat nieodwracalnie pogrąży się w chaosie, obejmuje zaledwie dwadzieścia cztery minuty. Przeczytanie o tym, co się wydarzy, zajmuje więc wielokrotnie więcej niż same wydarzenia!
Nie dziwię się, że książka Jacobsen tak się spodobała w Hollywood. Emocje przy czytaniu są gigantyczne. Ale nie tylko o emocje tu chodzi. Dopiero lektura tej książki uświadomiła mi, jak śmiesznie krótki czas na podjęcie najważniejszych decyzji w historii ludzkości będą mieli dowódcy i – oczywiście – prezydent USA, od którego najwięcej w tym scenariuszu zależy. „To wszystko dzieje się po prostu zbyt szybko – pisze Jacobsen. – Prędkość, z jaką wojna atomowa rozwinie się i będzie eskalowała, niemal gwarantuje, że skończy się nuklearnym holokaustem”.
Co zmienia powrót Bomby? Skala czasowa, w jakiej pracuje wyobraźnia apokaliptyczna, zmieni się ze stuleci czy dekad na sekundy.
Niewiele brakowało!
Jak uwikłaliśmy się w tę pułapkę? Głównym winowajcą jest odziedziczona po Drugiej Erze Atomowej zasada odstraszania. „Wyborców przekonuje się, że tylko posiadanie olbrzymiego arsenału atomowego pozwoli zniechęcić potencjalnych agresorów” – wyjaśnia Jacobsen. Jeśli więc chcemy pokoju, musimy gotować się do wojny. Tylko posiadanie absurdalnie wielkiego arsenału atomowego, zdolnego na jeden rozkaz wymazać z mapy dowolnego przeciwnika, gwarantuje, że nikt nie ośmieli się zaatakować USA, bo oznaczałoby to wzajemną zagładę.
Trzymanie cerbera na cienkiej smyczy oznacza, że gdzieś w tle zawsze funkcjonować będą incydenty typu „niewiele brakowało” (ang. near miss). O większości z nich opinia publiczna nigdy się nie dowie. Te, które dotychczas poznaliśmy, przyprawiają o dreszcz.
W roku 1956 w trakcie kryzysu na Bliskim Wschodzie lecące łabędzie zostały mylnie zidentyfikowane na radarze jako zbliżający się bombowiec, uruchamiając scenariusz gotowości nuklearnej. W tym samym roku Amerykanie zgubili nad Saharą bombowiec przewożący ładunki atomowe, a jeden z ich samolotów wypadł z pasa startowego, uderzając w silos z głowicami.
Jeszcze gorszy był rok 1962. Najpierw strażnicy obsługujący jedną z baz dostrzegli intruza przy płocie i omyłkowo uruchomili niewłaściwy alarm, podrywając w gotowość bojową eskadrę bombowców atomowych. Kilka miesięcy później miała miejsce idiotyczna pomyłka, która omal nie wysłała świata na krawędź zagłady. Na ekranach w centrum radarowym w Moorestown nagle ukazał się wyraźny obraz wystrzelonej z Kuby rakiety atomowej. Tym razem nie było mowy o żadnych łabędziach. Na szczęście nim atak odwetowy na ZSRR został zatwierdzony, ktoś zorientował się, że obraz na ekranie nie jest rzeczywistością, lecz… omyłkowo odtworzoną taśmą treningową prezentującą fikcyjny scenariusz radzieckiego ataku.
To tylko wybrane przykłady z listy dziesiątek incydentów, do których przyznali się Amerykanie. W roku 2003 brytyjskie ministerstwo obrony ujawniło ponad 110 tego rodzaju wydarzeń z historii swojego – znacznie skromniejszego przecież – programu atomowego. Aż trudno zgadywać, ile razy świata omal nie anihilowali Rosjanie, zawsze mniej chętni do dzielenia się historiami swoich pomyłek i niepowodzeń.
Co zmieni powrót Bomby? Oprócz przyspieszenia czasu, w społeczeństwie zwiększy się jeszcze poczucie stresu i niepewności – natychmiastowa, całkowita zagłada może się wydarzyć w każdej chwili. Zapewne podniesie to poparcie dla polityków stosujących retorykę porządku i stabilizacji. Może jednak także zwiększyć wyczulenie opinii publicznej na retorykę wojenną i wzmocnić nurty pacyfistyczne, jeśli tylko przekaz pokojowy będą w stanie połączyć z budowaniem poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji.
Tu nie chodzi tylko o Bombę!
Mustafa Suleyman to jeden z pionierów prac nad sztuczną inteligencją. Jego książka „Nadchodząca fala” ogromną popularnością cieszy się ostatnio także w Polsce. I choć na pozór opowiada o czymś zupełnie innym – o AI, trochę też o biotechnologii i robotyce – Bomba powraca w niej zaskakująco często.
Książka Suleymana pokazuje, że nawet tam, gdzie nie interesują nas wprost technologie atomowe, Bomba funkcjonuje jako uniwersalna metafora technologii, zwracająca uwagę na trzy jej ważne aspekty.
Po pierwsze – rozwój. Najpierw zwiększenie mocy samej technologii (oraz jej potencjalnych destruktywnych skutków), a potem spadek kosztów i radykalne zwiększenie dostępności. Po drugie, ograniczenie, czyli ewentualna możliwość takiego współdziałania państw, obywateli, naukowców i przedsiębiorstw, żeby świadomie i celowo powstrzymać lub spowolnić rozwój czy dostępność pewnej technologii. Suleyman jest tu pesymistą, ale nawet on przyznaje, że Bomba pozostaje dotychczas jedną z bardzo niewielu technologii, której rozwój i dostępność udało się nieco ograniczyć. Po trzecie, wreszcie, kolejne fale technologiczne wiążą się z wyścigami zbrojeń. I tu książka Suleymana wydaje mi się wyjątkowo interesująca.
Jeśli przyjrzymy się uważnie globalnej retoryce, jaka właśnie kształtuje się wokół sztucznej inteligencji i kilku innych kluczowych technologii przyszłości, to jest to właśnie retoryka zimnowojenna, niemal dosłownie kopiująca podstawowe założenia Drugiej Ery Atomowej. „Wiemy, że AI jest śmiertelnie niebezpieczne, ale musimy je rozwijać, bo inaczej wyprzedzą nas Chińczycy” – słychać w Waszyngtonie i Dolinie Krzemowej, a coraz częściej także w Brukseli.
Co zmieni powrót Bomby? Wróci świadomość wyścigu zbrojeń. Będziemy bardziej skłonni skupiać się na konsekwencjach zbyt małej kontroli niż zbyt wielkiej – scenariusze apokaliptyczne wygrają z dystopijnymi.
…chyba że jednak chodzi o Bombę
Jednak lektura „Nadchodzącej fali” i innych popularnych dzieł o AI i technologii w ogóle każe zapytać, czy Bomba nie jest tu przypadkiem czymś więcej niż tylko symbolem. Suleyman wyjaśnia, że każda fala zmieniająca dzieje ludzkości składa się nie z jednego wynalazku, lecz z szeregu współdziałających ze sobą technologii, które wzajem zmieniają swoją dostępność i rozszerzają zastosowania.
Jeśli, jak przewiduje Suleyman, rozwój AI, biotechnologii czy robotyki osłabi tradycyjne państwo i pozbawi je środków kontroli oraz monopolu na przemoc, to co to oznacza dla Bomby? Jedną ze wspaniałych cech nowych technologii jest wyrównywanie szans między słabymi i silnymi. W pierwszych dniach wojny Ukraińcy byli na przykład w stanie zatrzymać rosyjską inwazję pancerną na Kijów, korzystając z dronów dostępnych dla hobbystów. Ta piękna historia ma jednak mroczny rewers.
Równie skutecznie z nowych technologii korzystać będą terroryści, separatyści, religijni fanatycy, a nawet gangi narkotykowe. Na całym świecie może nas w najbliższym czasie czekać wysyp „państw upadłych” – rozległych terytoriów kontrolowanych przez rywalizujące bandy watażków. Jeśli weźmiemy pod uwagę korupcję, „gubiące się” samoloty oraz Chata GPT podpowiadającego, jak skonstruować bombę w garażu, to wydaje się tylko kwestią czasu, nim któraś z takich grup zbuduje własny arsenał atomowy. Co wtedy?
Ostatecznie więc historia się nie powtarza. Trzecia Era Atomowa będzie zapewne inspirować się zimnowojenną estetyką i retoryką, ale czeka nas świat zupełnie inny od tego, gdy cały arsenał atomowy kontrolowały dwa potężne bloki.
Co zmieni powrót Bomby? Świadomość potencjalnej nuklearnej apokalipsy powinna radykalnie zmienić nasze myślenie o każdej innej przełomowej technologii – od AI, przez biotechnologię, aż po robotykę.
Technologia jako fakt i wyobrażenie
Historia ludzkości jest historią kolejnych kształtujących ją technologii. Strzemiona, żagle, obróbka żelaza, silnik parowy, fabryczna taśma montażowa… Każde z tych przełomowych rozwiązań otwiera nowe możliwości wytwarzania dóbr, zwiększa prędkość lub zasięg transportu ludzi (zwykle uzbrojonych), towarów i informacji. Technologie takie jak pismo, druk, radio albo internet wyznaczają granice naszego spojrzenia, a nierzadko także naszej empatii. Rewolucje technologiczne rozsadzają stare formy społeczne i cementują nowe.
A jednak opowiedziana tu historia trzech Epok Atomowych pokazuje wyraźnie, że technologie oddziałują na nas nie tylko jako fakty, lecz również jako wyobrażenia. Fantazje i lęki związane z daną technologią, choćby bardzo dalekie od fizycznej rzeczywistości, tworzą pole grawitacyjne wpływające na percepcję innych technologii. To wyobraźnia kieruje falami społecznych sympatii i zainteresowań badawczych, wyznacza kierunek przepływu grantów i pieniędzy akcjonariuszy. Wyobraźnia decyduje o tym, czy w danej epoce wyżej ceniona będzie rozsądna ostrożność czy odważna innowacja, światowa kooperacja czy wyścig mocarstw, silne państwo czy wolny rynek.
Oby Bomba nigdy nie wybuchła! Jednak nawet jeśli znów o włos unikniemy apokalipsy, bomba atomowa ma szansę w najbliższych latach zdecydować o losach świata, wyznaczając tory, jakimi rozwijać się będą sztuczna inteligencja, robotyka, nanotechnologia czy biotechnologia. To w cieniu Bomby będziemy wybierać kolejne seriale, jak i kolejnych prezydentów.
Godzilla – ikona japońskiej popkultury, monstrum powstałe w wyniku napromieniowania. Cieszy się sympatią widzów na całym świecie od 1954. Co ciekawe, w jednych produkcjach Godzilla niesie zagładę ludzkości, w innych znów staje się jej obrońcą stawiając czoła innym potworom – zupełnie jak sama energia atomowa,

Dr Strangelove – grany przez Petrą Sellers’s tytułowy bohater filmu Stanelya Kubricka z 1964 r. Po tym, jak (nie bez jego udziału) dokonała się atomowa zagłada ludzkości, proponuje że najzdrowszych i najlepszych genetycznie można uratować budując schrony w kopalniach. Parodia m.in. Wernhera von Brauna i innych niemieckich naukowców, których amerykanie przygarnęli w ramach Operacji Spinacz.

J. Robert Oppenheimer – postać autenyczna. Amerykański fizyk, który w czasie wojny stanął na czele Projektu Manhattan. Kierował pracami, które doprowadziły do budowy pierwszych bomb atomowych. W latach pięćdziesiątych padł ofiarą antykomunistycznych czystek w USA. Ostatnio zyskał sławę jako tytułowy bohater (w tej roli Cillian Murphy) biograficznego filmu w reżyserii Christophera Nolana.

Vault Boy – symbol gry RPG Fallout. W świecie gry jest maskotką potężnej firmy Vault-Tec, która w przededniu apokalipsy zarobiła krocie na sprzedaży miejsc w schronach przeciwatomowych. Zawsze szeroko uśmiechnięty i optymistyczny, z charakterystycznym gestem uniesionego kciuka – Vault Boy doskonale ucieleśnia czarny humor i antykorporacyjną ironię, na której zbudowana jest gra.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















