„Komicznie odklejony”. Jak na Donalda Trumpa patrzy czołowy amerykański tygodnik „New Yorker”

Tygodnik pisze o możliwych konsekwencjach wyboru Trumpa dla prawodawstwa i bezpieczeństwa wewnętrznego, a także o globalnych kontekstach – zwłaszcza o podsycanym przez biznesmena strachu przed migracją oraz niechęci do angażowania się USA w wojnę w Ukrainie.
Czyta się kilka minut
Przed otwarciem New Yorker Festival. Nowy Jork, 25 października 2024 r. // Fot. Eugene Gologursky / New Yorker / Getty Images
Przed otwarciem New Yorker Festival. Nowy Jork, 25 października 2024 r. // Fot. Eugene Gologursky / New Yorker / Getty Images

W trakcie zbierania materiałów do książki siedzibę redakcji odwiedziłem kilkukrotnie. Niegdyś pismo związane było ze środkowym Manhattanem – okolicami Times Square oraz Hotelu Algonquin, gdzie w latach 20. zbierała się literacka śmietanka. Tam narodził się pomysł założenia gazety. Dziś redakcja „New Yorkera”, podobnie jak inne tytuły wydawane przez giganta mediowego Condé Nast, ma siedzibę w World Trade Center One, na dolnym Manhattanie – w najwyższym budynku USA, powstałym po zamachach z 11 września.

To tam, na dwudziestym trzecim i czwartym piętrze, powstaje jeden z najbardziej ikonicznych tytułów amerykańskiej prasy – kojarzony z pogłębionymi reportażami, rysunkami satyrycznymi, pięknymi okładkami oraz świetnymi tekstami literackimi. Etos „New Yorkera” zasadza się na dążeniu do jakości i wierności faktom. I jest to odczuwalne w redakcji na każdym kroku.

Poza kilkudziesięcioma wywiadami przeprowadzanymi na miejscu – czy to z Françoise Mouly odpowiedzialną za dobór okładek, Patrickiem Raddenem Keefe’em, dziennikarzem śledczym, autorem m.in. słynnego „Imperium bólu”, czy Davidem Remnickiem, naczelnym tygodnika – pracowałem też w archiwach magazynu.

Z wewnętrznej dokumentacji można odtworzyć kulisy powstawania przełomowych tekstów, które wpłynęły na kulturę i politykę amerykańską. Przez dekady przez łamy „New Yorkera” przewinęli się pisarze i pisarki takiej klasy, jak Ernest Hemingway, Sylvia Plath, Truman Capote czy Alice Munro. Nie brakło też polskich autorów, z których Stanisław Lem był w latach 80. najbardziej poczytnym. 

Praca w archiwach, połączona z rozmowami w siedzibie redakcji, pozwoliła mi zbudować szeroki obraz „New Yorkera” oraz siły jego oddziaływania – również na współczesną scenę polityczną w USA.

Od lewej: Saul Steinberg, okładka magazynu „New Yorker”, marzec 1976 r.; Anita Kunz, Żadnych zdjęć, okładka magazynu „New Yorker”, 29 sierpnia 2022 r.; Eric Drooker, Crushing Wealth, okładka magazynu „New Yorker”, 21 października 2024 r.

David Remnick i rola niezależnego dziennikarstwa

Liczący tysiąc pięćset słów tekst Davida Remnicka, redaktora naczelnego „New Yorkera”, miał tego dnia wymowny tytuł: „The American Tragedy” („Amerykańska tragedia”). Jak powiedziała mi Monica Ricci, redaktorka zajmująca się w piśmie układem treści online, był to jeden z najczęściej odwiedzanych tekstów na stronie internetowej pisma w 2016 r.

Wybór Trumpa do Białego Domu był zaskoczeniem dla wszystkich osób pracujących w redakcji. Przed zagrożeniem dla polityki zewnętrznej i wewnętrznej, jakie miało wiązać się z jego prezydenturą, przez miesiące przestrzegali jednak piszący tu publicyści. Adam Gopnik, były korespondent z Paryża, znany z esejów na temat kultury Nowego Jorku, opowiada, że perspektywa dojścia Trumpa do władzy skłoniła go do mocniejszego zaangażowania w tematy społeczne. Według Gopnika Trump, którego kariera polityczna budowana była na rozpoznawalności, którą zyskał jako nowojorski deweloper, stał się antytezą wszystkiego, co miasto sobą reprezentuje – różnorodności, wolności i równości.

Gdy rozmawiałem z redaktorami tygodnika o tym, jak wspominają okres bezpośrednio po wyborach w 2016 r., kilkoro podkreślało, jak ważne było wtedy zachowanie redaktora naczelnego. Wiedząc, że wybór Trumpa dla wielu osób związanych z „New Yorkerem” był nie tylko głębokim rozczarowaniem, ale mógł podważyć wiarę w sens ich pracy, rozesłał pokrzepiającego maila i zwołał specjalne zebranie, na którym podkreślał rolę niezależnego dziennikarstwa patrzącego władzy na ręce.

Sam Remnick też dobrze pamięta moment wyboru Trumpa na prezydenta i tamto spotkanie. A zwłaszcza jego szersze polityczne konteksty, w tym referendum decydujące o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, które miało miejsce pięć miesięcy wcześniej, a także zajęcie Krymu przez Rosję. Wszystkie te procesy destabilizacyjne stanowiły wyzwanie dziennikarskie. Zwołując zebranie, naczelny chciał przypomnieć, że tylko wykonując swoją pracę mogą odpowiedzieć na to, co się stało.

Obecna zastępczyni redaktora naczelnego, Deirdre Foley-Mendelssohn, myślała w tym czasie o powrocie do pracy w „New Yorkerze”. W trakcie naszej rozmowy w redakcji opowiada, jak dużo znaczyła dla niej wtedy reakcja Remnicka: – Choć Donald Trump i Nowy Jork w tym czasie nie byli już ze sobą związani, to jednak w przeszłości był to jego matecznik. Czułam, że wracałam do miejsca, które może zareagować na to, co się zdarzyło.

Foley-Mendelssohn pracowała potem przy wielu tekstach, które stanowiły zdecydowane reakcje na nadużycia władzy – najsłynniejszym z nich był reportaż Ronana Farrowa pokazujący skalę przestępstw seksualnych, których dopuścił się znany producent filmowy Harvey Weinstein. To właśnie „New Yorker” jako pierwszy opublikował reportaż z zeznaniami ofiar.

Od lewej: Barry Blitt, Podnoszenie ciężarów, okładka magazynu „New Yorker”, 25 stycznia 2021 r.; Barry Blitt, Powrót do przyszłości, okładka magazynu „New Yorker”, 15 stycznia 2024 r.; Anita Kunz, Twarz sprawiedliwości, okładka magazynu „New Yorker”, 22 lipca 2024 r.

Mark Singer dostaje list od Trumpa

Przez kolejne lata magazyn brał pod lupę działania Trumpa i – zgodnie z dziennikarską dewizą naczelnego – patrzył władzy na ręce. Te słowa to kwintesencja misji, którą Remnick wyniósł jeszcze z czasów pracy w „Washington Post” – dziennika znanego z ujawnienia afery Watergate, który stał się w USA symbolem niezależnego, nieustępliwego dziennikarstwa. 

Jako korespondent Remnick pisał dla „Washington Post” na początku lat 90. sprawozdania z Moskwy. Za książkę zredagowaną na bazie tych doświadczeń, ukazującą szekspirowską historię politycznych dróg Gorbaczowa i Jelcyna, oraz siłę mitów kulturowych Związku Radzieckiego, otrzymał w 1994 r. Nagrodę Pulitzera.

Pięć lat później, na siedemdziesięciopięciolecie tygodnika, został piątym w jego historii redaktorem naczelnym. Pod jego skrzydłami medium znane z przywiązania do jakości, weryfikacji faktów, znakomitej prozy i uszczypliwego humoru poszło w stronę zaangażowanego dziennikarstwa poruszającego bieżące sprawy międzynarodowe i społeczne.

Oczywiście Trump przewijał się przez strony tygodnika jeszcze zanim zaangażował się w karierę polityczną. W 1997 r. ukazała się rozbudowana sylwetka Trumpa autorstwa Marka Singera. Nowojorski potentat zmagał się wtedy z zarzutami o to, że jest na granicy bankructwa, próbując zachować kontrolę nad rozchwianymi inwestycjami. Powoli rozpadało się też jego drugie małżeństwo. Mimo to dążył do podtrzymania wizerunku. Mit sukcesu zawsze odgrywał kluczową rolę w „marce”, z którą wiązało się jego nazwisko.

Singer pracował nad tekstem przez kilka miesięcy. Za zgodą Trumpa towarzyszył mu w spotkaniach, starając się zrozumieć jego sposób myślenia. Początkowo zakładał, że jego rozmówca jest performerem, swego rodzaju sztukmistrzem. Chciał dotrzeć do osoby schowanej pod tą maską.

Badawczo obserwował świat wokół – spotkania, negocjacje i bankiety. Śledził język, którym Trump mówił o swoich dokonaniach. Pełno było w nim superlatywów takich jak „fantastyczny” czy „genialny” oraz wszystkich możliwych synonimów słowa „największy”. Singer kończył swój tekst konkluzją, że się pomylił: pod maską Trumpa nie było zupełnie nic. Późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych był samonapędzającą się fantazją o wielkości.

Na reakcję Trumpa nie trzeba było długo czekać. Zadzwonił do redakcji z awanturą. A sam Singer stał się odtąd jego wrogiem. Gdy siedem lat później tekst z „New Yorkera” przedrukowano w książce, Trump napisał do autora list, nazywając go „nieudacznikiem”. Sprzedaż książek Singera błyskawicznie skoczyła. Dziennikarz „New Yorkera” nie pozostał Trumpowi dłużny i wysłał odpowiedź z ironicznym podziękowaniem za reklamę oraz prezentem w postaci czeku na 37 dolarów i 82 centy (dokładnie tyle Trump zapłacił Singerowi jako zwrot kosztów za rozmowę telefoniczną, którą odbyli w czasie przygotowywania tekstu) oraz zestawu bandaży (aby „Trump przestał rozdrapywać stare rany”).

Parę dni później list wrócił z napisanym odręcznie zdaniem: „Mark – jesteś kompletnym nieudacznikiem – i twoja książka (tak jak inne) ssie. Pozdrawiam, Donald. PS: I podobno sprzedaż jest słaba”. Gdy Singer sprawdził stan konta w banku, okazało się, że wysłany Trumpowi czek został zrealizowany. Reporter wykorzystał odpowiedź Trumpa jako blurb w swojej książce „Trump and Me”, wydanej przed wyborami w 2016 r.

David Remnick, redaktor naczelny „New Yorkera”, podczas imprezy Vanity Fair Oscar Party 2023 po 95. dorocznej ceremonii wręczenia Oscarów. Beverly Hills, 12 marca 2023 r. // Fot. Nina Prommer / EPA / PAP

Jane Mayer: Big Data i milionerzy

Po wyborach prezydenckich redakcja „New Yorkera” zakasała rękawy i zabrała się do pracy. Jane Mayer, komentatorka polityczna, badała rolę, jaką w kampanii Donalda Trumpa odegrali bogaci darczyńcy, a w szczególności miliarder Robert Mercer wraz z córką Rebeką, oraz powiązana z nimi firma Cambridge Analytica.

Mercer zbudował swój majątek dzięki wiedzy informatycznej. Był w stanie sprawnie wykorzystać algorytmy do podejmowania decyzji finansowych. Zatrudniony w firmie tradingowej zajmującej się analizami statystycznymi Renaissance Technologies, zaczął nią kierować w 2009 roku.

Z pozyskanymi gigantycznymi pieniędzmi mógł realizować swoje ekscentryczne marzenia – ma w domu np. makietę kolejową wielkości boiska za prawie trzy miliony dolarów i jedną z największych kolekcji broni w USA, w tym egzemplarz używany przez Arnolda Schwarzeneggera na planie filmu „Terminator” – ale też swoje polityczne cele. Stał się jednym z kluczowych darczyńców Partii Republikańskiej. Między 2006 a 2016 rokiem przeznaczył dla niej w datkach łącznie około 35 milionów dolarów.

Poglądy społeczno-polityczne Mercera są specyficzne: polityka Partii Republikańskiej jest w wielu punktach zgodna z jego dążeniem do zdecydowanej deregulacji, ograniczenia podatków dla najbogatszych oraz zmniejszenia roli państwa w procesach gospodarczych. Łączą się one z niechęcią do elit politycznych oraz do instytucji kontrolnych. To z tego powodu miliarder popierał brexit. Jego poglądy miały też bardziej zaskakujące aspekty. Jak pisała Mayer, jeden z pracowników Renaissance Technologies wspominał, że Mercer utrzymywał, iż bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki sprawiły, że w istocie spora część populacji Japonii była zdrowsza.

Mercer wraz z córką wspierał kandydata Republikanów, Mitta Romneya. Gdy ten przegrał wybory z Barackiem Obamą w 2012 r., postanowili, że do kolejnej porażki nie dopuszczą. Właśnie za sprawą nowych technologii, w tym głębokiej analizy olbrzymich korpusów danych.

Mayer przeprowadzała wywiady z pracownikami Renaissance Technologies i analizowała, jak Cambridge Analytica, zbierając dane pozyskane z Facebooka za pomocą pozornie trywialnych kwestionariuszy osobowych, pozwalała kształtować język kampanii Trumpa tak, aby efektywnie trafiał do odbiorców. Głęboka analiza danych o społeczeństwie amerykańskim wskazywała, jakie tematy poruszać, a nawet jakie analogie i metafory budować. Odpowiednio sprofilowana komunikacja, uderzająca w psychologiczne potrzeby potencjalnych wyborców, okazała się strzałem w dziesiątkę i pomogła w przechyleniu szali zwycięstwa na stronę Trumpa.

Mayer pisała, że jednymi z kluczowych emocji, o których wykorzystaniu zdecydowała Cambridge Analytica, były gniew i poczucie wykluczenia. To podsycanie tych właśnie emocji stało się jednym z priorytetów sztabowców Trumpa.

Jednocześnie – jak zwracał uwagę Adrian Chen, jeden z dziennikarzy „New Yorkera” zajmujący się technologiami – profilowanie języka kampanii z użyciem danych zebranych w mediach społecznościowych było częścią strategii sztabu Baracka Obamy w roku 2012. Różnica była jednak taka, że w przypadku danych wykorzystanych do działań w ramach kampanii Trumpa, informacje pochodziły od użytkowników nieświadomych, że ich odpowiedzi w ankietach wykorzystywane są do optymalizacji języka kampanii wyborczych.

Evan Osnos: relacja ze szturmu na Kapitol

Wśród haseł wykorzystywanych w kampanii Trumpa, a także przydatnych w utrzymaniu jego popularności, jedno stało się szczególnie wyraźnym symbolem: „Build the wall” („Zbudować mur”). Masha Gessen, ówczesna dziennikarka „New Yorkera” zajmująca się tematami Ukrainy, Rosji i praw mniejszości seksualnych, pisała na łamach tygodnika, że mur w rozumieniu prezydenta USA nie jest fizycznym obiektem, którym chciał on odgrodzić USA od Meksyku i rozwiązać kwestie polityki migracyjnej Stanów Zjednoczonych, ale czymś więcej – swego rodzaju ideologiczną substancją. 

Mur doskonale wyrażał izolacjonistyczne i separacyjne myślenie, którym Trump chciał zjednać sobie stronników. W hiperbolicznej retoryce prezydent odgradzał wszystko i wszystkich. Jak pisała ironicznie Gessen: „Trump kocha Mur i nienawidzi instytucji rządowych: to dwie podstawy jego kampanii wyborczej i fundamenty jego poglądów na świat”.

Drugie istotne hasło kampanii Trumpa, widoczne długo na koszulkach i czapkach jego zwolenników, to „Drain the swamp” („Osuszyć bagno”). Służyło ono do metaforycznego przedstawienia dotychczasowej administracji państwowej jako grzęzawiska układów Partii Demokratycznej – w tym Hillary Clinton, którą Trump łączył niezmiennie z epitetem „skorumpowana”. W ten sposób Trump prezentował się jako outsider, zewnętrzna siła polityczna mająca wywrócić zastany układ do góry nogami.

Z kolei hasło „America First” – jak pisał w styczniu 2018 r. Evan Osnos, publicysta „New Yorkera” zajmujący się polityką Chin – związane było z ograniczaniem zaangażowania USA za granicą, ale też – między innymi – wycofaniem się USA z Porozumienia paryskiego w sprawie klimatu oraz z UNESCO. Osnos zauważał, że izolacjonizm oraz polityczne skupienie na sprawach wewnętrznych spowodowały powstanie w tkance międzynarodowych interesów i wpływów wolnej przestrzeni, którą spróbują zapełnić Chiny, rozbudowując swój potencjał technologiczny i infrastrukturę. W konsekwencji izolacjonizm nowego prezydenta USA niósł za sobą poważne skutki dla pozycji i bezpieczeństwa Stanów.

Podobnie zresztą jak najsłynniejsze hasło zaczerpnięte wprost z kampanii Ronalda Reagana – „Make America Great Again” – sygnalizujące nostalgię za wyobrażoną przeszłością wypełnioną dobrobytem i nieokreślonymi ideami, które stanowią podstawę amerykańskiej mitologii kulturowej. Syn Trumpa, Dan, na spotkaniach wyborczych przekręcał slogan na „We’ll make Democrats cry again” („Sprawimy, że Demokraci znów zapłaczą”). Dla obrony tych efemerycznych idei niektórzy byli gotowi chwycić za broń.

Cztery lata później, 6 stycznia 2021 r., Evan Osnos był w Waszyngtonie, gdzie zwolennicy Trumpa, po przegranych przez niego wyborach, ruszyli szturmem na Kapitol. Reporter „New Yorkera” relacjonował działania agresywnego tłumu, który usiłował przerwać obrady izb Kongresu mające potwierdzić zwycięstwo Joego Bidena. Pisał o chaosie i nieudanych próbach interwencji policji i sił porządkowych. Rozmawiał z osobami uczestniczącymi w próbie insurekcji i głoszącymi, że wybory zostały sfałszowane. Ktoś w tłumie, gdy dowiedział się, że pracuje w „New Yorkerze”, nazwał go wrogiem ludu.

Osnos podkreślał potem w relacji dla tygodnika: „Pięć lat po tym, jak zaczęła się era Trumpa, fizyczna napaść na amerykańską demokrację była zarówno szokująca, jak i nieunikniona – była to kumulacja wszystkiego, co gromadziło się od 2015 r.”.

Adam Gopnik: „Jak bardzo powinniśmy bać się Trumpa?”

Zbierając materiał do książki o historii „New Yorkera”, przeprowadziłem dwa wywiady z Davidem Remnickiem – jeden w styczniu, drugi w lipcu tego roku. Polityczny kontekst obydwu rozmów był zasadniczo różny. Pierwsza miała miejsce w momencie, gdy Joe Biden był zdeterminowany, by ponownie stawać w szranki w wyścigu wyborczym. Druga odbyła się parę dni po pierwszej próbie zamachu na Trumpa, gdy jego kampania nabierała siły i gdy nie było jeszcze wiadomo, że to Kamala Harris będzie walczyła o prezydenturę z ramienia Partii Demokratycznej.

Po wyjątkowo nieudanej dla Bidena czerwcowej debacie z Trumpem w telewizji CNN Remnick był zdecydowanie przeciwny, by obecny prezydent USA walczył o reelekcję. W czerwcu opublikował tekst „The Reckoning of Joe Biden” („Rozliczenie Joego Bidena”), w którym nie zostawił suchej nitki na obecnym prezydencie USA, twierdząc, że jego obstawanie przy tym, by ubiegać się o drugą turę mimo nieprzychylnych sondaży, jest skrajnie nieodpowiedzialne – grozi powrotem Trumpa do władzy, a w konsekwencji demontażem struktur demokratycznych w kraju.

Decyzja o jego ustąpieniu z wyścigu do Białego Domu przyjęta została z ulgą. Były prezydent USA nadal ma jednak duże szanse, by wygrać jesienne wybory. Remnick oraz cała redakcja „New Yorkera” z niepokojem patrzą na wahania w słupkach poparcia. Zwłaszcza na Pensylwanię – jeden z kluczowych niezdecydowanych stanów określanych mianem „fioletowych” – w którym dziewiętnaście głosów elektorskich może przechylić szalę zwycięstwa dla całego kraju w stronę niebieską, dla Demokratów, lub czerwoną, dla Republikanów.

W rozmowie z Remnickiem na antenie New Yorker Radio Hour gubernator Pensylwanii John Shapiro podkreślał, że wygrana Harris może mieć jedynie miejsce, jeśli zagłosują na nią wyborcy niezależni oraz obawiający się powrotu Trumpa do władzy Republikanie.

Dwa tygodnie temu Adam Gopnik w eseju „How Alarmed Should We Be if Trump Wins Again?” („Jak bardzo powinniśmy bać się Trumpa?”) zwraca uwagę nie tylko na możliwe konsekwencje wyboru Trumpa dla polityki Stanów, związane z prawodawstwem oraz bezpieczeństwem wewnętrznym, ale też na globalne konteksty – zwłaszcza podsycany przez niego powszechny strach przed migracją z Globalnego Południa oraz niechęć do angażowania się USA w wojnę w Ukrainie.

Gopnik konkluduje, że wszyscy mamy w zwyczaju uspokajać się, wyobrażając sobie scenariusze na przyszłość – jednak te zasoby wyobraźni nie pomagają wobec perspektywy powrotu Trumpa do władzy: „Zdaje się on komicznie odklejony i znacznie bardziej niebezpieczny, niż nam się wydaje”.

 

Autor jest amerykanistą i historykiem literatury. 
Stypendysta Fulbrighta na Uniwersytecie Yale. 

W listopadzie ukaże się jego książka 
„The New Yorker. 
Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Jak to się robi w Ameryce