Chce przypodobać się Donaldowi Trumpowi, by zabezpieczyć miliardowe zyski z rządowych kontaktów – to zarzut, który najczęściej pada pod adresem Jeffa Bezosa, odkąd zdecydował, że należący do niego „The Washington Post”, jeden z najbardziej szanowanych dzienników na świecie, nie poprze żadnego kandydata w nadchodzących wyborach prezydenckich w USA.
Czytelnicy wyrobili sobie zdanie. Jak „Washington Post” stracił 10 procent subskrybentów
Redakcja planowała udzielić poparcia Kamali Harris, a komentarz od redakcji w tej sprawie był już ponoć prawie gotowy i czekał na ostateczne zatwierdzenie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – wydawana od 1877 r. gazeta przez ostatnie blisko pół wieku przed każdymi wyborami (z wyjątkiem 1976 r.) publikowała takie edytoriale. Tyle że w zeszły piątek z informacji rozesłanej przez Williama Lewisa, wydawcę i dyrektora generalnego, redakcja dowiedziała się, że w tym roku takiego komentarza nie będzie, by „czytelnicy sami mogli wyrobić sobie zdanie”.
Później sprawy potoczyły się już błyskawicznie. Rezygnacje złożyli wszyscy członkowie dziesięcioosobowej Rady Redakcji, ponad dwa razy tyle felietonistów podpisało się pod oświadczeniem, w którym stwierdzają, że „brak poparcia kandydata na prezydenta to błąd”. Wypowiedzieli się też czytelnicy: w ciągu trzech dni gazeta straciła 250 tys. subskrybentów (10 proc.).
Jeff Bezos, który 11 lat temu kupił „The Washington Post”, nie ukrywał, że to jego decyzja. W komentarzu opublikowanym przez gazetę w poniedziałek (opatrzonym podpisem „Od naszego właściciela”) miliarder przekonywał, że redakcyjne edytoriale z poparciem dla kandydata nie mają wpływu na wynik wyborów, a zamiast tego podważają wiarygodność gazety jako bezstronnego źródła informacji. Przypomniał też, że ludzie i tak już uważają media za niewiarygodne. „Sama rezygnacja z poparcia dla kandydata w wyborach prezydenckich nie wystarczy, by to zmienić, ale to znaczący krok w dobrym kierunku” – napisał miliarder. Ubolewał też, że decyzja w tej sprawie nie została podjęta wcześniej, ale – jak stwierdził – „to było niedostateczne planowanie, a nie celowa strategia”.
Komplikator. Czy Bezosowi chodziło o wiarygodność „Washington Post”?
W czyste intencje Bezosa trudno uwierzyć, jeśli weźmie się pod uwagę, na czym zarabia pieniądze (według „Forbesa” jest trzeci na liście najbogatszych ludzi na świecie, a jego majątek jego szacowany na 211 mld dolarów). Miliarder jest właścicielem Amazona, największego sklepu internetowego świata. Jednak jego imperium zarabia nie na pośrednictwie w sprzedaży książek czy zabawek, ale przede wszystkim na Amazon Web Services. To globalny lider usług w chmurze, wyprzedzający Microsoft czy Alphabet – tylko w USA wśród jego kontrahentów jest ponad 7,5 tys. agencji rządowych i urzędów, wśród nich m.in. FED i CIA (sam kontrakt z NSA, przyznany w 2022 r., jest wart 10 mld dolarów).
Blue Origin, jedna z firm Bezosa, podpisała w tym roku z NASA umowę o wartości 3,4 mld dol. na budowę lądownika księżycowego i ubiega się o kolejne takie kontrakty. Miliarder twierdzi, że nie wiedział, iż w dniu, gdy w „The Washington Post” ogłoszono decyzję o niepublikowaniu poparcia dla kandydata na prezydenta, dyrektor generalny Blue Origin spotkał się z Donaldem Trumpem. „Jeśli chodzi o pojawiający się konflikt interesów, nie jestem idealnym właścicielem »The Post«” – napisał w swoim komentarzu Bezos, dodając: „Kiedyś napisałem, że »The Post«” jest dla mnie »komplikatorem«. Jest nim, ale okazuje się, że ja również jestem »komplikatorem« dla »The Post«”.
Na sprawę decyzji wobec „The Washington Post” warto jednak spojrzeć z jeszcze innej perspektywy: otóż trudno stwierdzić, czy Donald Trump bardziej nienawidzi wolnych mediów, czy Jeffa Bezosa.
Miliarder na celowniku. Bezos jest bogaty i szanowany tak, jak Trump nigdy nie był
Były prezydent zapowiedział niedawno, że gdy wygra, pod jego bezpośrednią kontrolą znajdzie się Federalna Komisja Łączności, niezależna obecnie agencja regulująca branżę nadawczą, i wówczas anuluje licencje na nadawanie sieciom telewizyjnym, które źle go przedstawiają. Jeszcze pełniąc stanowisko, Trump blokował połączenie AT&T z Time Warner, co miało być karą za krytyczne wobec niego relacje w CNN, natomiast „The Washington Post” czy „The New York Times” były celem niemal codziennych jego ataków, jako „fake news media”.
Bezos też był na celowniku Trumpa, i to zanim ów został prezydentem. „Gdyby Amazon musiał płacić uczciwe podatki, jego akcje by się załamały i rozpadły jak papierowa torba. Oszustwo w wykonaniu »The Post«” go ratuje!” – tweetował Trump w 2015 r. Później, gdy już objął urząd, wielokrotnie oskarżał Amazona o niepłacenie podatków, bezprawne wykorzystywanie rządowych dotacji, a w 2019 r. zablokował firmie Bezosa rządowy kontrakt na przetwarzanie danych w chmurze.
Michael D’Antonio, autor książki „The Truth About Trump”, twierdzi, że Bezos jest wszystkim, czego Trump nienawidzi, a do tego jest „tak bogaty, jak Trump nigdy nawet nie twierdził, że jest” (a wiadomo, że w tej sprawie kłamał). I nie chodzi o to, że obu panów dzieli kilkaset pozycji na liście bogaczy, ale raczej o to, że Bezos, pasierb kubańskiego imigranta, który domaga się od współpracowników sześciostronicowych sprawozdań (Trump ponoć nie lubi czytać), nie odziedziczył majątku, do wszystkiego doszedł sam, a do tego – jak twierdzi D’Antonio – „jest szanowany w sposób, w jaki Trump, jako biznesmen, nigdy nie był”.
Bezos nigdy nie ingerował w pracę dziennikarzy. Do ostatniej decyzji
Czy brak poparcia dla Kamali Harris na łamach „The Washington Post” może rzeczywiście zmienić stosunek Trumpa do Bezosa i jego interesów? I czy rzeczywiście Bezos chciałby wykorzystać do tego gazetę, której jest właścicielem?
Sam „The Washington Post” donosi, że już po tym, jak w sierpniu Donald Trump zdobył nominację Partii Republikańskiej, prezes Amazona Andy Jassy (Bezos ustąpił z tego stanowiska w 2021 r.) starał się poprawić stosunki z byłym prezydentem. Trump miał zaproponować mu quid pro quo – wsparcie finansowe kampanii w zamian za potencjalne kontrakty. Jassy odmówił. Gazeta podaje również, że Bezos zadzwonił do Trumpa tuż po zamachu na kandydata, by powiedzieć byłemu prezydentowi, jak bardzo zaimponowała mu jego postawa w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Natomiast w zeszłym roku córka Trumpa, Ivanka, znalazła się na liście gości przyjęcia weselnego właściciela „Washington Post”. Co jednak ważne, wszystkie te kontakty były relacjonowane przez dziennikarzy waszyngtońskiej redakcji.
„Możesz postrzegać moje bogactwo i interesy biznesowe jako tarczę przed zastraszaniem lub jako sieć konfliktów interesów. Tylko moje zasady mogą przechylić szalę w jedną lub drugą stronę” – napisał Bezos w swoim komentarzu. Faktem jest, że 11 lat temu, gdy kupił „The Washington Post”, gazeta balansowała na skraju bankructwa. Zainwestował w promocję, podwoił liczbę pracowników; zagwarantował fundusze na rozwój strony internetowej i – co wyszło na jaw znacznie później – z uporem dążył do uwolnienia z irańskiego więzienia reportera Jasona Rezaiana czy ścigania winnych mordu na Dżamalu Chaszodżdżim, dziennikarzu współpracującym z „The Washington Post”.
Jednocześnie cały ten czas unikał narzucania swoich biznesowych interesów redakcji. „Ludzie mieli wiele podejrzeń co do Bezosa, ale w rzeczywistości nigdy nie ingerował w naszą pracę, za co byłem bardzo wdzięczny” – mówił niedawno były redaktor naczelny Martin Baron w wywiadzie dla „New Yorkera”. Baron w swoich wspomnieniach pisał, że żaden z właścicieli mediów nie był przez Trumpa atakowany tak bezlitośnie jak Bezos, ale mimo to właśnie on gwarantował dziennikowi niezależność. Ostatnią decyzję miliardera Baron nazwał jednak „tchórzostwem, którego ofiarą jest demokracja”.
Bernstein i Woodward: to ignorowanie dowodów na to, że Trump zagraża demokracji
Słynny nauczyciel pokoleń amerykańskich dziennikarzy Jonathan Foster mawiał, że „jeśli ktoś mówi ci, że pada, a inne źródło mówi, że jest sucho, twoja praca nie polega na cytowaniu ich obu, tylko na wyjrzeniu przez p…rzone okno i ustaleniu, co jest prawdą”.
Dział komentarzy „The Washington Post” od ogłoszenia decyzji Bezosa opublikował serię felietonów oburzonych nią komentatorów. Część z nich była pożegnaniem współpracowników z redakcją. Najsłynniejsi pracownicy „Washington Post” – Carl Bernstein i Bob Woodward, reporterzy, których śledztwo doprowadziło do rezygnacji prezydenta Richarda Nixona, wydali oświadczenie, w którym nazwali wycofanie planowanego wsparcia dla Kamali Harris „ignorowaniem dostarczanych przez dziennikarzy dowodów na to, że Donald Trump stanowi zagrożenie dla demokracji”. Gazeta cytuje ten list obszernie na swych łamach. Podobnie jak wszystkie negatywne komentarze dotyczące decyzji podjętej przez jej właściciela. A większość spośród opublikowanych w dziale komentarzy listów wyraźnie opowiada się w ostatnich dniach po stronie kandydatki Demokratów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















