Joseph Mitchell po polsku. Dobra opowieść nie musi być prawdziwa

Joseph Mitchell, legenda „New Yorkera”, stworzył niezrównany portret Nowego Jorku z marginesu. Z czasem wokół jego pisania narosły jednak pytania o prawdę i granice reportażu.
Czyta się kilka minut
Joseph Mitchell włóczy się po Greenwich Village. Nowy Jork, 1992 r. // Fot. Mario Ruiz / Getty Images
Joseph Mitchell włóczy się po Greenwich Village. Nowy Jork, 1992 r. // Fot. Mario Ruiz / Getty Images

Każdego ranka Joseph Mitchell szedł do pracy ulicami środkowego Manhattanu. Wchodził do jednego z wieżowców nieopodal Times Square, po czym wjeżdżał na dziewiętnaste piętro, gdzie znajdowała się redakcja tygodnika „New Yorker”. Odkładał kapelusz i płaszcz, a następnie szedł do kuchni zaparzyć sobie kawę, przy której ochoczo rozprawiał o pisarstwie Jamesa Joyce’a.

Następnie Mitchell zamykał się w swoim gabinecie, z którego godzinami dobiegały odgłosy pisania na maszynie. Nie składał jednak do druku żadnego tekstu. Redaktor naczelny „New Yorkera” nie chciał wywierać na niego nacisku – wypłacał mu po prostu pensję i cierpliwie czekał na wyniki pracy. 

Trzydzieści lat ciszy

Taki stan rzeczy trwał w sumie ponad trzydzieści lat. Wszyscy w redakcji główkowali, co też dzieje się za zamkniętymi drzwiami gabinetu Mitchella. Niektórzy nawet przeglądali zawartość kosza na śmieci, szukając fragmentów wielkiego dzieła, które – jak domniemano – powstawało w bólach, ale miało ostatecznie zmienić oblicze amerykańskiego dziennikarstwa. 

Nic takiego się jednak nie wydarzyło. 

Historia Josepha Mitchella – jednego z legendarnych nowojorskich pisarzy – to opowieść o trwającym całe dekady kryzysie twórczym oraz nieposkromionej ciekawości, która pozwoliła stworzyć unikalny i ponadczasowy obraz mieszkańców Nowego Jorku. A także o wątpliwościach dotyczących etyki pracy reportera.  

Nowy Jork Josepha Mitchella

Pisarka i scenarzystka Delia Ephron podkreślała, że „Nowojorczycy rodzą się w całych Stanach. Gdy przyjeżdżają do miasta dociera do nich: „Aha, to właśnie tutaj przynależę!”. Tak też było w przypadku Mitchella. 

Przyszły pisarz urodził się daleko od Manhattanu – na południu USA, w rodzinie, która zbiła fortunę na plantacjach tytoniu dzięki pracy niewolników. Ta duszna rzeczywistość i historyczne obciążenia Karoliny Północnej wyraźnie go uwierały. Porzucił więc Południe i po krótkim okresie studiów, w 1929 r., wyjechał do serca krainy Jankesów – miasta, które stanowiło całkowite przeciwieństwo rodzinnego domu.

W tym czasie, pod koniec epoki jazzu i prohibicji, Nowy Jork składał swoim mieszkańcom oraz przyjezdnym obietnicę wolności, ekspresji i pieniędzy. Mitchell zakochał się w tej dynamicznej, miejskiej rzeczywistości – w buzującym tyglu języków, kultury i ludzi. Ubrany w marynarkę, z notatnikiem i ołówkiem w kieszeni, chodził po mieście w poszukiwaniu historii. 

Jego przełożony w „Herald Tribune” (pierwszej redakcji, dla której pracował) powtarzał: „Jeśli chcesz poznać Nowy Jork, musisz po nim chodzić”. Mitchell wziął sobie tę radę do serca. Włóczęga po ulicach Manhattanu stała się jego sposobem na poznawanie skomplikowanej geografii społecznej miasta i podstawowym narzędziem pracy dziennikarskiej. 

Na początku przydzielono go do wydarzeń w Harlemie. Był w pełni świadom paradoksu, że jako osoba z Południa, gdzie obowiązywała brutalna segregacja rasowa, pisze o dzielnicy, w której rozkwitała muzyka i literatura tworzona przez czarnych artystów i artystki. Ze statusu outsidera uczynił jednak zaletę swojego pisarstwa. Tworzył kolejne teksty ze swadą i wrażliwością osoby, która rozumie inność. 

Gdy cztery lata później zaczął pracować dla „New Yorkera”, miał już oddane grono czytelników i poczucie, że może pisać o wszystkim. Mitchell stopniowo stał się uosobieniem modelu dziennikarstwa motywowanego ciągłą, fizyczną obecnością w topografii miasta, ale też zaangażowanego w dialog z jego mieszkańcami. 

Nigdy nie interesowały go historie bogatych i znanych osób z nowojorskich drapaczy chmur – dużo ciekawsze były opowieści o ludziach, którzy przemykają w ich cieniu. Mitchell chciał pisać o tych Nowojorczykach, o których nikt nie pisze, dlatego zamiast na przedstawienia teatralne na Broadwayu i wystawne przyjęcia organizowane przez elity, które zawojowały świat kultury i biznesu, chadzał na nielegalne mecze bokserskie, odwiedzał pchle targi i zagadywał ludzi w podejrzanych spelunach. 

Jeden ze swoich tekstów poświęcił szczurom. Opisywał ich życie, wypełnione stresem i agresywną walką o przetrwanie. Czytając kolejne akapity, trudno nie zauważyć, że reporter opowiada historię nie tylko o gryzoniach, ale po prostu o zdradliwym i przytłaczającym tempie życia w wielkim mieście. 

Bohaterowie tekstów Mitchella

W wydanej właśnie książce „W starym hotelu” zebrano opowieści o Nowojorczykach, które Mitchell przez lata publikował na łamach „New Yorkera”. To fascynująca mozaika osób z wielkomiejskiego marginesu, indywidualności usiłujących zbudować sobie życie w chwiejnej rzeczywistości kryzysu ekonomicznego. Co ciekawe, po prawie stu latach nadal zaskakująca swoją złożonością i różnorodnością.

Bohaterką reportaży Mitchella jest na przykład Mazie P. Gordon – asertywna i nieustraszona mieszkanka cieszącej się złą sławą dzielnicy Bowery. Po dwudziestu latach pracy w kasie niewielkiego, obskurnego kina zna wszystkich mieszkańców okolicznych zaułków. Każdego dnia po pracy robi obchód po spelunach i rozdaje pijaczkom drobne. 

Inną postacią reportaży jest Lady Olga – kobieta z zarostem przez lata pracująca w cyrkach, która marzy o karierze stenotypistki. Raz w miesiącu, niezależnie od pory roku, wysyła datek na rzecz Amerykańskiego Towarzystwa Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt, a w rozmowie z Mitchellem podkreśla, że gdyby prawda o każdym z nas ujrzała światło dzienne, „wszyscy bylibyśmy dziwolągami”. 

Miejskie opowieści Mitchella – choć bardzo popularne – stawały w poprzek klasowym uprzedzeniom obecnym w prasie. Jak pisze Anna Arno we wstępie do antologiijeden z krytyków Mitchella zarzucał mu, że niczym botanik studiuje on „ludzkie chwasty”. Zirytowany tymi słowami dziennikarz odpowiadał, że „ludzie w wielu z tych opowiadań należą do tego gatunku, który ostatnimi czasy wielu piszących zaczęło określać jako »ludek«. Uważam, że jest to określenie odpychające i pełne pychy. W tej książce nie ma małych ludzi. Są równie ważni jak ty, kimkolwiek jesteś”.

Ostatnim tekstem, który Mitchell opublikował w 1964 r., zanim ostatecznie dopadła go niesławna blokada pisarska, jest historia Joego Goulda – znanego w całym Greenwich Village włóczęgi i ekscentryka. Utrzymywał on, że pracuje nad „Historią mówioną naszych czasów” – wiekopomnym dziełem, które rzekomo miało zawierać kompendium anegdot i opowieści. 

Gould jawi się jako postać groteskowa, skonfliktowana. Indywidualność dotknięta hipergrafią, kompulsywną potrzebą stworzenia przełomowego projektu kronikarskiego, jak i chroniczną blokadą pisarską. Po długich rozmowach z nim Mitchell ostatecznie orientuje się, że magnum opus Goulda to wymysł, a on sam żyje w świecie ułudy.

Trudno nie znaleźć paraleli między postacią Goulda a samym Mitchellem, który chorował na nasilającą się depresję i czuł, że traci kontrolę nad wypracowanym przez dekady warsztatem dziennikarskim. W latach 50. opublikował jedynie pięć tekstów. Znikała nie tylko jego umiejętność pisania – zmieniał się też sam Nowy Jork, który Michell zwykł przemierzać wzdłuż i wszerz. Burzono stare budynki i zamykano jego ulubione knajpy. Świat miejskich indywiduów utrwalony w antologii jego tekstów odchodził w niepamięć, a sam legendarny dziennikarz stał się na równi znany z tego, co napisał, jak i z tego, że przestał pisać.

Czy dobra opowieść musi być prawdziwa?

W wydanej w 2015 r. biografii Mitchella pt. „Man in Profile”, Thomas Kunkel dowodzi, że część miejskich sylwetek, które publikował on dla „New Yorkera”, to w istocie albo zlepki różnych, niezwiązanych ze sobą historii, lub wręcz wytwory jego fantazji – na pewno tak właśnie było w przypadku Joego Goulda. 

Dla wielu zwolenników twórczości Mitchella te doniesienia przyniosły podwójne rozczarowanie: z jednej strony sam legendarny dziennikarz dopuszczał się praktyk nieakceptowalnych z punktu widzenia etyki pracy reporterskiej, a z drugiej tygodnik, który swoją legendę zbudował przecież na rygorystycznym fact-checkingu i przywiązaniu do prawdy, zawiódł zaufanie czytelników, przez lata podchodząc z zaskakującą pobłażliwością do przesyłanych przez niego tekstów.

Co ciekawe, przypadek Mitchella nie był odosobniony. W tym czasie podobne zarzuty stawiano też przecież Trumanowi Capote, który w słynnej książce „Z zimną krwią” także niebezpiecznie uzupełniał fakty wytworami wyobraźni. 

Mimo tych rys na obrazie Mitchella, Adam Gopnik, jeden z czołowych eseistów „New Yorkera” podkreśla, że jego proza stanowi jedno ze źródeł współczesnego dziennikarstwa amerykańskiego, a samo nazwisko autora „W starym hotelu” pozostaje wyznacznikiem klarownej, zbalansowanej prozy i przywiązania do szczegółu. Mitchella możemy po prostu czytać jako ponadczasowego baśniarza Nowego Jorku.

Joseph Mitchell, „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”, tłum. Kaja Gucio i Jakub Marek Klawe, Znak // materiały prasowe

Joseph Mitchell, W STARYM HOTELU. REPORTAŻE Z NOWOJORSKIEJ ULICY, przeł. Kaja Gucio, Jakub Marek Klawe, Znak 2026

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Sam w Nowym Jorku