Zbliżająca się do finału kampania prezydencka, jak również serial, który niemal każdego dnia funduje nam Donald Trump, wzmacniają społeczne przekonanie o politykach jako postaciach wyjątkowego znaczenia. Z drugiej strony podejrzewam, że większość z nas zapytana na ulicy o to, jak duży wpływ mają politycy na nasze codzienne życie, odpowiedziałaby, że w sumie niewielki. Choćby dlatego, że na bieżąco sprawami publicznymi interesuje się garstka obywateli.
Polityczni zbawcy
Kiedy jednak zaczynają mielić kampanijne młyny, a na dodatek na scenie pojawia się tak wyrazisty polityk-performer jak kontrowersyjny prezydent USA, nagle w przestrzeni publicznej słychać mniej lub bardziej głośne westchnienia, że oto objawił się ktoś, kto radykalnie zmieni nasze życie. Na lepsze albo na gorsze. To zresztą w gruncie rzeczy jest wtórne, bo oba poglądy wypływają z przekonania, że nasz los jest w czyichś rękach.
Nie wiem, na ile postać Donalda Trumpa i emocje, które generuje, wzmacniają wiarę w wyjątkową rolę przywódców politycznych. To ciekawa kwestia w kontekście tego, o czym piszą podręczniki. Do niedawna uczyłem na ich podstawie studentów, że przywództwo rozumiane jako relacja między wybitną jednostką a zwolennikami ewoluuje, słabnąc z czasem na rzecz bardziej zbiorowych układów.
Co więcej, często dochodzi do odwrócenia porządku – to zwolennicy (w tym także grupy interesu) uzyskują coraz większy wpływ na zachowanie elit politycznych. Stąd tak trudno w historii Europy ostatnich 50 lat odnaleźć przykłady mężów stanu. Nie jest przypadkiem, że za najwybitniejszego przywódcę ostatnich dekad uchodzi Angela Merkel – wieloletnia kanclerz Niemiec, która zasłynęła przede wszystkim unikaniem decyzji, a nie stawianiem czoła wyzwaniom, przez co stała się dziś m.in. symbolem niekontrolowanej imigracji.
Sukces radykałów
Może jednak faktycznie na naszych oczach, przynajmniej w wymiarze społecznej percepcji, coś się zmienia. Nie chodzi tu wyłącznie o Trumpa – wystarczy spojrzeć na Marine Le Pen czy nową gwiazdę europejskiej polityki, Giorgię Meloni. Na marginesie warto zauważyć, że w Europie to właśnie kobiety wyrastają na charyzmatyczne, pierwszoplanowe postaci świata polityki – innymi przykładami mogą być premier Danii Mette Frederiksen, przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen czy wreszcie unijna minister spraw zagranicznych, Estonka Kaja Kallas.
W Polsce tę zmianę widać akurat w wydaniu męskim – mowa oczywiście o Sławomirze Mentzenie. Nawet jego najzagorzalsi przeciwnicy nie mogą zaprzeczyć, że w kampanii udało mu się zgromadzić prawdziwe tłumy na placach i rynkach polskich miasteczek. Kontrkandydaci organizowali swoje spotkania w zamkniętych przestrzeniach, i przychodziła na nie niezbyt liczna grupa mieszkańców, często zresztą związanych partyjną przynależnością.
Na wiece Mentzena ludzie walili spontanicznie, choć spotkania trwały bardzo krótko, a kandydat mówił wszędzie to samo. Nie było też możliwości zadawania pytań, bo Mentzen zaraz po wystąpieniu, uściśnięciu kilkudziesięciu rąk i zrobieniu kilku zdjęć, jechał dalej. A jednak ludzie przychodzili na te krótkie wiece wyraźnie dla niego, choć w komentariacie panuje przekonanie, że Mentzen nie dysponuje nawet odrobiną charyzmy.
Uważny obserwator życia publicznego zadaje sobie zapewne pytanie, o co tu chodzi? Co to za społeczna nuta, w którą celnie uderza lider oferujący przecież dość radykalne recepty? Czy faktycznie ludzie marzą o polityku-zbawcy? Pewnie odpowiedź wymagałaby przeprowadzenia gruntownych badań focusowych i pytań o motywy. Dziś skupmy się na tym, co lider Konfederacji mówi, bo tu można dopatrywać się klucza.
Mentzen nie obiecuje, że ludziom da cokolwiek. Przekonuje za to, że każdy z nich może być człowiekiem sukcesu. Wystarczy, że państwo oraz Unia Europejska przestaną rzucać kłody pod nogi. Mentzen w jakimś sensie mówi podobne rzeczy co Donald Trump: to inni są winni, że obywatele nie mogą osiągać swoich rozbudzonych aspiracji, a rolą polityka jest tylko usunięcie tych barier i przywrócenie „sprawiedliwości społecznej” – gdzie każdy jest panem swojego losu i każdy może zostać milionerem. W takim ujęciu polityczny mesjasz to nie ten, który coś daje, ale ten, który wyzwala z niewoli.
Niezależnie jak spojrzymy na politycznych zbawicieli – czy mają nam coś dać albo przeciwnie, skończyć z odbieraniem – nie zmienia to faktu, że wiara w nich jest oparta na wątpliwych przesłankach. Z pewnością potencjał sprawczości prezydenta USA jest większy niż prezydenta Polski, co wynika z międzynarodowej pozycji obu państw, ale obserwacja kolejnych ruchów Trumpa wskazuje raczej na chaos i konieczność manewrowania pomiędzy szeregiem kolejnych uwarunkowań wewnętrznych i zewnętrznych, a nie na przemyślaną strategię.
Nie mogę oczywiście wykluczyć, że moja ocena jest błędna, a prezydentowi Stanów Zjednoczonych uda się podporządkować wpływowe grupy interesu i lobby różnych sektorów gospodarki (w praktyce – globalnych korporacji). Jak na razie nie zanosi się jednak na scenariusz, w którym Trump przeprowadza rewolucję, skutkującą zmniejszeniem społecznych nierówności, na co liczy wielu jego wyborców. Wręcz przeciwnie – dostaliśmy obrazki z Białego Domu, na których publicznie chwali się, kto z jego kumpli-miliarderów zarobił na Wall Street w wyniku zamieszania wokół historii z cłami.
W Polsce o takim wpływie trudno mówić. Nieco żartobliwie możemy przypomnieć sytuację, w której Sławomir Mentzen chciał ubić interes na warszawskiej giełdzie i co mu z tego (nie) wyszło.
Mesjasze administracji publicznej
Jednak nie tylko politycy (a ostatnio biznesmeni-politycy, bo także nad Wisłą objawiają się zbawcy pokroju Rafała Brzoski) próbują nas przekonać, a może i sami w to wierzą, że są zbawicielami ludu. Kiedy wczytuję się w różne strategiczne dokumenty rządowe, produkowane za różnych ekip, można w nich odnaleźć echo myślenia, zgodnie z którym to od administracji publicznej zależy przede wszystkim przyszłość kraju, Polek i Polaków. Czasem jest to zapisane wręcz expressis verbis. To zadziwiające przeświadczenie, jeśli zestawić je z niskimi zarobkami urzędników.
Podobne podejście można też nieraz spotkać na poziomie administracji publicznej w regionach. Byłbym daleki od twierdzenia, że od administracji nic nie zależy. Odgrywa ona ważną rolę w procesie wdrażania polityki publicznej. Wbrew temu, co mówi Trump, Mentzen, a za nim większość poważnych kandydatów w wyborach prezydenckich, państwo i jego instytucje nie są z definicji przeszkodą na drodze do indywidualnego dobrobytu.
Przeciwnie – szeroko rozumiane instytucje regulują stosunki społeczne, prowadząc m.in. do redukcji przemocy i zwiększenia zaufania do państwa. Choćby dlatego powinniśmy rozmawiać o poważnych inwestycjach w budowę sprawnej administracji, a nie prześcigać się w wyścigu o „tanie państwo”. Inaczej do pracy w ministerstwach i innych kluczowych agendach publicznych wciąż będą trafiali kandydaci, którzy w wyniku selekcji nie załapali się na żadne atrakcyjne i zdecydowanie lepiej płatne stanowiska w sektorze prywatnym.
Ukraińskie wyzwanie
Nie negując tego wszystkiego, administracja musi zrozumieć, że państwo to nie tylko urzędnicy, a instytucje to nie tylko publiczne jednostki. Odwołując się do pięknej, a jednocześnie bardzo prawdziwej definicji z czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, państwo to ogół obywateli (choć wtedy były nimi tylko osoby „szlachetnie urodzone”). Doskonale pokazał to kryzys uchodźczy, na co już nie raz zwracałem uwagę, ale także pandemia Covid-19, a w ostatnim czasie także powódź na Dolnym Śląsku.
Polskie państwo poradziło sobie z napływem 1,5 miliona przybyszów z Ukrainy tylko dlatego, że doszło do współdziałania i integracji zasobów publicznych, prywatnych i społecznych. W sytuacji kryzysu o bezprecedensowej skali, tylko dzięki zaangażowaniu sił i środków władz lokalnych, ale także firm, stowarzyszeń, związków wyznaniowych i wreszcie pojedynczych ludzi udało się w miarę sprawnie zarządzić tym ogromnym wyzwaniem.
Fakt, że międzynarodowa opinia publiczna zaczęła mówić wówczas o Polsce jako mocarstwie humanitarnym, stanowił chyba najlepszy dowód, że nasze państwo stanęło na wysokości zadania. Sam miałem okazję słyszeć podobne opinie ze strony polityków z Berlina i Brandenburgii, którzy wprost przyznawali, że Niemcy nie poradziłyby sobie z analogicznym wyzwaniem. Nawet jeśli rosnąca dziś niechęć do Ukraińców pokazuje, że w dłuższym okresie zaczniemy raczej dostrzegać szklankę do połowy pustą niż pełną, nie zmienia to faktu, że pierwsze tygodnie po inwazji Rosji to przykład niezwykłej sprawności państwa, możliwej dzięki współdziałaniu wielu elementów.
W sytuacji kolejnych kryzysów, z którymi z pewnością przyjdzie się nam mierzyć w najbliższych latach, warto zrozumieć mechanizmy, które zadziałały wiosną 2022 roku, i które w przyszłości mogą być polską pozytywną differentia specifica. Warto już dziś komunikować, że w obliczu globalnych turbulencji nasz los zależy także od losów państwa, czyli – nas wszystkich. Może nawet bardziej niż od zbawców, którymi starają się być politycy i urzędnicy.
Nie chciałbym jednak powielać frazy prezydenta Kennedy’ego – „nie myśl, co Polska może zrobić dla ciebie; pomyśl, co ty możesz zrobić dla Polski”. Co prawda to całkiem fajne motto, ale jest ono dziś zupełnie niekomunikowalne (Polacy wolą, aby państwo się raczej od nich odczepiło), a po drugie odsuwa odpowiedzialność od władzy publicznej.
Zadanie dla polityków
Co zatem powinno być zadaniem władzy: polityków i administracji publicznej? Budowa systemu i struktur, które z jednej strony dysponują mechanizmami koordynacji oraz integracji zasobów (finansowych, infrastrukturalnych, rzeczowych, osobowych, intelektualnych, społecznych), znajdujących się w dyspozycji różnych podmiotów, a z drugiej tworzą zachęty, aby wspomniane podmioty były zainteresowanie udostępnianiem swoich aktywów w określonych sytuacjach.
Możliwe, że niekiedy takim mechanizmem będzie „pospolite ruszenie serc”, ale władza publiczna nie może zakładać, że każdy kryzys czy wyzwanie wygeneruje silne i motywujące emocje społeczne. Powiedzmy sobie wprost – większości stojących przed nami wyzwań nie będą towarzyszyć pozytywne emocje zachęcające do działań w interesie publicznym. Wręcz przeciwnie, domyślnym rozwiązaniem będzie raczej ucieczka lub co najmniej wycofanie się.
Nie chodzi tu wyłącznie o takie zdarzenia jak rosyjska inwazja na Polskę, bo ta – wbrew narracjom polityków – wciąż jawi się jako scenariusz radykalnie mało prawdopodobny. W najbliższych latach czeka nas zdecydowanie więcej innych wyzwań, których prawdopodobieństwo możemy już dziś szacować na niemal 100 procent.
Większość z nich związana jest z demografią. Będzie ona wpływać choćby na wzrost kosztów funkcjonowania systemu ochrony zdrowia i ubezpieczeń społecznych, niedobory pracowników, wyludnianie się prowincji i spadek jakości, a w niektórych miejscach także dostępności usług publicznych. Bez zaangażowania wszystkich dostępnych zasobów, znajdujących się także poza domeną władzy publicznej, na większość z tych wyzwań sensownie odpowiedzieć się po prostu nie da, a pojedynczy polityk-zbawca nic tu nie poradzi.
Warto tę kwestię pokazać na konkretnym przykładzie. W roku 2030, jeśli nie doświadczymy wielkiej fali migracyjnej, do pierwszej klasy szkoły podstawowej pójdzie ok. 270 tys. dzieci, o prawie 150 tys. mniej niż w roku szkolnym 2024/2025. Trzeba jednak pamiętać, że ten spadek nie rozłoży się równomiernie – w zdecydowanie większym stopniu dotknie on mniejsze gminy. Przy jednoczesnym ubytku dochodów podatkowych, związanych z wyludnianiem się prowincji, wiele podstawówek stanie przed widmem likwidacji, bo samorządów zwyczajnie nie będzie stać na ich utrzymanie.
Jednocześnie dzieci z tych miejsc całkiem nie znikną i coś trzeba będzie zrobić z ich edukacją. Oczywiście zawsze można je dowozić, ale wbrew pozorom to wcale nie jest proste rozwiązanie. Generuje bowiem szereg problemów, obejmujących nie tylko transport, ale też organizację zajęć, a także funkcjonowanie społeczności szkolnej. Wyobraźmy sobie sytuację, w której 1/3 uczniów danej szkoły to „lokalsi”, a pozostałe 2/3 to dzieci dowożone z sąsiednich miejscowości, a nawet gmin – dynamika relacji w takim zespole może być głęboko dysfunkcyjna (w najprostszym ujęciu „swoi” vs „obcy”).
Co może Polska samorządowa
Czy istnieją inne rozwiązania? Tak, trzeba tylko zmienić perspektywę i spojrzeć na instytucję szkoły (wraz z jej budynkiem, infrastrukturą sportową, stołówką, biblioteką, nauczycielami) jak na bardzo cenny zasób publiczny, który może zostać wykorzystany dla realizacji różnych celów.
Zamiast zamykać szkołę w małej miejscowości, można ją przekształcić w lokalne centrum społeczno-edukacyjno-kulturalno-sportowe. Taka instytucja może pełnić rolę szkoły eksperymentalnej (przejście na kształcenie w innym modelu niż klasowo-lekcyjny, z grupami łączonymi i mentoringiem), ale także centrum kształcenia przez całe życie (działającego np. w oparciu o mechanizmy spółdzielcze, w tym naukę w wymiarze międzypokoleniowym), lokalnego ośrodka kultury, sportu i rekreacji, miejsca opieki nad dziećmi, poradni psychologicznej czy wreszcie przestrzeni integracyjno-opiekuńczej dla osób zmagających się z samotnością czy niesamodzielnością.
To się jednak nie wydarzy samo z siebie – zadaniem polityki publicznej musi być utrzymanie infrastruktury, ale też zapewnienie nauczycieli-mentorów, animatorów kultury, doradców i psychologów, trenerów i innych specjalistów odpowiedzialnych za kreowanie lokalnej społeczności. Wydaje się, że stworzenie takiego ośrodka nawet na poziomie kilkutysięcznego miasteczka leży w zasięgu możliwości lokalnego samorządu.
Nie rozwiąże to oczywiście wszystkich problemów ochrony zdrowia czy systemu emerytalnego, tak samo jak nie odpowie na kwestie bezpieczeństwa energetycznego czy militarnego (choć takie wielofunkcyjne szkoły mogłyby odgrywać również rolę lokalnych centrów obrony cywilnej). Rozwiązanie to może jednak skutecznie odpowiedzieć na wiele mniejszych wyzwań, które mają spory wpływ na jakość życia w szybko starzejącym się społeczeństwie. Wystarczy, by władza publiczna stworzyła odpowiednie struktury, które umożliwią wykorzystanie społecznych potencjałów.
Zdaję sobie sprawę, że to wcale nie jest proste zadanie. Zarazem jest ono bardziej realne niż zapewnienie wszystkim Polakom, zwłaszcza tym żyjącym na prowincji, znośnych warunków życia za pomocą usług świadczonych bezpośrednio przez władzę publiczną. Ostatecznie bowiem w codziennej praktyce społecznej prędzej to sami staniemy się wybawcami dla naszych sąsiadów (albo oni dla nas), niż doczekamy się ratunku ze strony politycznych zbawców. Nie oczekujmy zatem od nich tego, że coś nam dadzą, ani tego, żeby się całkiem od nas odwrócili. Oczekujmy raczej, aby stworzyli odpowiednie warunki dla społecznego współdziałania.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















