Od posła po prezydenta. Kuriozalne zarobki polskich polityków

Jedna tylko kwestia łączy głęboko dziś podzieloną scenę polityczną – pieniądze. A dokładnie przekonanie samych polityków, że zarabiają za mało. Faktem jest na pewno, że system ich wynagradzania to kraina kuriozalnych paradoksów.
Czyta się kilka minut
Kinga Gajewska i Arkadiusz Myrcha (w środku) podczas głosowania w sprawie kandydatów na stanowisko Rzecznika Praw Dziecka. Warszawa, 27 listopada 2023 r. // Fot. Paweł Wodzyński / East News
Kinga Gajewska i Arkadiusz Myrcha (w środku) podczas głosowania w sprawie kandydatów na stanowisko Rzecznika Praw Dziecka. Warszawa, 27 listopada 2023 r. // Fot. Paweł Wodzyński / East News

Wszystkie strony politycznego sporu boją się tego tematu i mało kto godzi się na rozmowę pod nazwiskiem. Po pierwsze sprawa pieniędzy jest drażliwa z uwagi na niechętny stosunek społeczeństwa do polityków, a po drugie wielu z nich ma traumę w związku z wydarzeniami z wiosny 2018 r. Wtedy to uruchomiona została lawina po ujawnieniu nagród dla członków rządu Beaty Szydło. Gdy przedstawiciele ówczesnej opozycji wykryli, że ministrowie z PiS otrzymali rekordowe, idące w dziesiątki tysięcy złotych nagrody, była już wtedy premier wystąpiła z trybuny sejmowej, formułując słynne zdanie, które na długo do niej przylgnęło: „te pieniądze im się po prostu należały!”.

Zarobki polskich posłów: skromny dochód podstawowy

Sprawa miała dalej idące konsekwencje, bo opozycyjna PO zaczęła organizować w całej Polsce „konwoje wstydu”, propagując informacje o nagrodach. W odpowiedzi rządzący, by ograniczyć polityczne straty, a także zemścić się na opozycji, podjęli decyzję o obniżeniu wynagrodzeń wszystkich parlamentarzystów o 20 procent. Oznaczało to, że od tego czasu mieli zarabiać ok. 8 tys. złotych brutto. – Vox populi, vox Dei – tłumaczył Jarosław Kaczyński dodając, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”.

Trzy lata później pensje podniesiono, wracając do istniejących do 2018 r. proporcji w stosunku do przeciętnych zarobków Polaków. Jednak zdaniem wszystkich parlamentarzystów, z którymi rozmawialiśmy, są one wciąż za niskie.

Obecnie poseł zawodowy, jeśli nie pełni w parlamencie żadnej funkcji, dostaje na rękę prawie 10 tys. złotych (12,8 tys. zł brutto). – Z takimi zarobkami wchodzimy w drugi próg podatkowy i w końcówce roku na rękę dostajemy 8 tysięcy – żali się poseł KO.

Sprytne praktyki poselskie: jak podwoić pensję

Jednak parlamentarzyści otrzymują też dietę w wysokości 3,5 tys. zł, która nie jest opodatkowana. Ponadto dostają pieniądze na prowadzenie biura (ok. 20 tys.). Muszą pokryć z nich wszystkie wydatki związane z jego utrzymaniem, w tym wynagrodzenie pracowników i czynsz. 

Do tego dochodzą różne dodatki w zależności od pełnionej funkcji: 20 proc. podstawowego uposażenia dla przewodniczących komisji; 15 proc. dla ich zastępców; 10 proc. dla przewodniczących stałych podkomisji. Dochodzą do tego jeszcze przywileje, takie jak prawo do bezpłatnych przejazdów środkami publicznego transportu zbiorowego, w tym komunikacją miejską, oraz przelotów samolotami. Na zakończenie kadencji posłowi i senatorowi przysługuje zaś odprawa w wysokości trzech uposażeń.

Jeśli parlamentarzysta nie mieszka w Warszawie i nie chce korzystać z hotelu poselskiego (który dla wielu jest zbyt mało komfortowy), przysługuje mu (lub jej) 4 tys. zł miesięcznego ryczałtu na wynajem mieszkania oraz zwrot pieniędzy za paliwo, jeśli do wykonywania mandatu używa własnego samochodu. 

Jednocześnie posłowie, jeśli pełnią tę funkcję zawodowo (czyli zawieszają swoją pracę lub działalność), praktycznie nie mogą nigdzie dorabiać. Zabronione jest zasiadanie we władzach spółek, możliwe są w zasadzie tylko wykłady na wyższych uczelniach.

Wielu naszych reprezentantów w Sejmie i Senacie wyraża niezadowolenie z istniejącego systemu finansowania i przyznaje, że jest on niejasny i prowokuje do nadużyć. Najczęściej ich przedmiotem są dodatki do wynagrodzenia, o czym ostatnio usłyszeliśmy w związku z kłopotami poselskiego małżeństwa Kingi Gajewskiej i Arkadiusza Myrchy z KO, którzy pobierali dwa dodatki mieszkaniowe, choć Gajewska mieszka pod Warszawą, razem zaś kończą budować dom. Z kolei np. poseł Robert Kropiwnicki z KO czy minister nauki Dariusz Wieczorek z Nowej Lewicy pobierają dodatki mieszkaniowe, choć ten pierwszy jest właścicielem 12 mieszkań, a drugi ma ich 6. Prawo na to pozwala, gdyż obaj mają te nieruchomości poza Warszawą, natomiast dodatki biorą na pobyt w stolicy w związku z wykonywaniem mandatu.

Z rozmów z posłami, oczywiście nieoficjalnych, wynika, że pomysłowość co do form wyłudzeń jest duża i nie ogranicza się do dodatków mieszkaniowych. Wielu posłów zapisuje się np. na wyjazdy zagraniczne, bo otrzymuje wówczas diety, na których może sporo zaoszczędzić. Rutyną jest też maksymalne rozliczanie ryczałtów samochodowych, czyli tzw. kilometrówek (do 4,5 tys. zł miesięcznie), niezależnie od tego, czy ktoś to naprawdę „wyjeździł” w ramach działalności poselskiej. 

Częstą praktyką są wyłudzenia związane z kosztami prowadzenia biura. Znane są przypadki, w których rachunek za catering na otwarcie biura wynosił 10 tys. zł, choć rzeczywiste koszty nie przekraczały 3 tys. Inny problem z transparentnością polega na tym, że z pieniędzy na biuro parlamentarzysta opłaca wynagrodzenie dla jego pracowników i pokrywa inne koszty. Nie jest tak jak w Parlamencie Europejskim, gdzie koszty osobowe finansowane są z osobnej puli.

Krzysztof Bosak w Sejmie. Warszawa, 25 września 2024 r. // Fot. Marysia Zawada / Reporter

Generalnie dzięki różnym sprytnym praktykom, tylko formalnie zgodnym z prawem, miesięczne zarobki na rękę, jak przyznaje jeden z posłów, mogą sięgać 18 tys. – zamiast 10 tys. zł. 

Usłyszeliśmy też o przypadkach ewidentnych nadużyć, czyli np. kupowania na biuro telewizora plazmowego czy mebli, które potem trafiały do domów posłów. Chociaż są i przypadki strat. Jedna z posłanek KO opowiada, że musi oddać Kancelarii Sejmu ponad 500 zł, bo ma niewłaściwą fakturę za wyczyszczenie wykładziny w biurze poselskim. Uważa ona, że tak naprawdę wyłudzać fundusze jest trudno, bo wszystko podlega dokładnej kontroli.

Zbyt niski poselski budżet może szkodzić

– Ekscytacja tym, że ktoś kupił odkurzacz czy ekspres do kawy, albo wydał na kilometrówkę pieniądze swojego biura, jest nieistotna na tle tego, że fundusze polskich parlamentarzystów są nieporównywalne z tym, co zarabiają kongresmani czy posłowie w innych państwach. Pieniądze, które otrzymujemy, nie pozwalają np. zamawiać projektów ustaw u specjalistów. W rozliczeniu biur poselskich nie ma w ogóle takiej pozycji, zresztą wyssałaby cały budżet, bo prawnicy dużo sobie liczą za pracę. Kończy się to tak, że ustawy pisze tylko rząd – mówi wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak z Konfederacji.

Parlamentarzyści narzekają, że przy europarlamentarzystach czy deputowanych z innych krajów czują się jak ubodzy krewni. Np. włoscy parlamentarzyści zarabiają ponad pięć razy więcej niż przeciętny Włoch i nawet więcej niż eurodeputowani. W Niemczech i Francji wynagrodzenia deputowanych są na poziomie europarlamentarzystów. W Polsce mamy znaczne dysproporcje, bo europosłowie otrzymują wynagrodzenie na poziomie 35 tys. zł miesięcznie. Fakt, są też kraje, jak Malta czy Hiszpania, gdzie pensje parlamentarzystów są w relacji do średniej krajowej niższe niż w Polsce (2,7 średniej krajowej). Inna sprawa, że przeciętne zarobki są tam sporo wyższe.

Prof. Krzysztof Izdebski z Fundacji Batorego zwraca uwagę, iż sama wysokość wynagrodzeń nie musi zabezpieczać przed pokusami nadużyć, co pokazuje przypadek europosła PiS Ryszarda Czarneckiego, zbijającego dodatkowy majątek na fikcyjnych kilometrówkach (wśród środków lokomocji podawał m.in. chińskie motorowery i ciągnik siodłowy). Jednocześnie ekspert uważa, że co do zasady polscy politycy powinni zarabiać więcej, najlepiej kosztem rezygnacji z nietransparentnego systemu dodatków.

Zwolennikiem wyższych wynagrodzeń jest też wspomniany wicemarszałek Bosak. – Jeśli chcemy zatrzymywać najzdolniejszych ludzi w polityce, to powinniśmy ich wynagradzać lepiej. Oczywiście większe pieniądze nie impregnują na pokusy korupcyjne. Za to mogą generować mechanizm, w którym mamy więcej do stracenia – mówi Krzysztof Bosak. – Dotkliwy jest też problem tego, że ludzie z dużym doświadczeniem zawodowym i prestiżem nie są zainteresowani wchodzeniem do polityki parlamentarnej za obecne pieniądze – dodaje.

Poseł niezawodowy: bez pensji zarabia się najwięcej

W przeszłości przedmiotem rozmaitych skandali była kwestia łączenia funkcji publicznych z zasiadaniem w radach nadzorczych spółek. W 1994 r. ówczesny minister sprawiedliwości Włodzimierz Cimoszewicz stworzył nawet listę posłów i ministrów, którzy łamali ustawę antykorupcyjną, zakazującą łączenia posad we władzach spółek (z udziałem skarbu państwa) z działalnością publiczną. Od tamtego czasu tzw. ustawa antykorupcyjna była kilkakrotnie zaostrzana. Ostatnia nowelizacja z 2021 r. zakazała parlamentarzystom zasiadania w jakichkolwiek władzach spółek, w których jest chociaż 10 proc. udziału Skarbu Państwa. Niemożliwa stała się forma obchodzenia tych zakazów, która była często praktykowana w przeszłości przez delegowanie do rady nadzorczej danego polityka jako przedstawiciela Skarbu Państwa.

Jednak zdaniem wielu ekspertów podobne ograniczenia, połączone z nie najwyższymi zarobkami, są właśnie powodem tego, że do udziału w polityce trudno zwerbować fachowców. – Jak ktoś jest dobrym lekarzem czy prawnikiem, traci bardzo finansowo na wejściu do naszego świata – przyznaje młody poseł. 

Oczywiście można być tzw. posłem niezawodowym i dalej być aktywnym w swojej profesji. W obecnym Sejmie taką osobą jest np. Roman Giertych, który cały czas prowadzi swoją kancelarię adwokacką. Podobnie niezawodowym posłem jest Ryszard Petru. – Te pieniądze są na tyle niskie, że ich nie pobieram – przyznaje Petru.

Po pamiętnej obniżce uposażeń parlamentarzystów w 2018 r. nagle wielu posłów, głównie z PiS, zaczęło zmieniać swój status na posłów niezawodowych i zatrudniać się na niższych, ale świetnie opłacanych stanowiskach w spółkach Skarbu Państwa (jeśli nie były to zarządy czy rady nadzorcze, można było to łączyć z mandatem). Masowość zjawiska stała się jednym z powodów wycofania obniżek wynagrodzeń po trzech latach. Argumentowano, że jeśli ktoś chce prowadzić działalność parlamentarną z prawdziwego zdarzenia, nie znajdzie czasu na łączenie jej z aktywnością zawodową. Wielu posłów niezawodowych ucierpiało zresztą na swoim statusie, gdy wybuchła pandemia i wiele segmentów działalności gospodarczej zamarło. 

Zdarzało się też, że opcja z dodatkowym zatrudnieniem była używana jako polityczny wabik. Posłanka Małgorzata Janowska wróciła do PiS po tym, jak zaoferowano jej pracę w Elektrowni Bełchatów. Podobnie było z posłem Lechem Kołakowskim, który opuścił PiS po sprawie „piątki dla zwierząt”, ale wrócił, gdy dostał intratną pracę w BGK.

Były polityk UW i SLD Andrzej Celiński, dziś nieobecny w polityce, uważa, że praktyka przechodzenia z polityki do spółek i instytucji administracyjnych, gdzie nie ma limitów finansowych, to jedna z patologii naszej demokracji i często wykorzystywany mechanizm korumpowania i wymuszania posłuszeństwa, stosowany przez liderów partyjnych. Dlatego jego zdaniem powinno się wprowadzić kilkuletnią karencję między aktywnością w polityce i biznesie związanym z państwem.

Inaczej na sprawę patrzy Jacek Karnowski, były prezydent Sopotu, a dziś poseł KO i wiceminister funduszy. – Były prezydent Gdyni Wojciech Szczurek jest krytykowany, że znalazł miejsce w radzie nadzorczej miejskiej spółki wodno-kanalizacyjnej. Ale kto ma się znać na takich sprawach lepiej, niż były prezydent miasta? Wydaje się, że czasem gubimy ludzi z doświadczeniem, którzy powinni być dalej obecni w służbie publicznej – mówi Karnowski.

Zarobki polskich ministrów, premiera i prezydenta

Sytuacja finansowa członków rządu nie jest wiele lepsza niż parlamentarzystów, zresztą wynagrodzenia podsekretarzy stanu i posłów są ustawowo powiązane. Ministrowie zarabiają ok. 14 tys. zł brutto, sekretarze stanu nieco mniej, a podsekretarze stanu tyle co posłowie. Premier, podobnie jak marszałkowie Sejmu i Senatu, otrzymuje co miesiąc ok. 20,5 tys. zł brutto, prezydent RP zaś ok. 25 tys. zł brutto.

Trudno się więc dziwić, iż wiele wysoko wykwalifikowanych osób, które na rynku mogą zarobić dużo więcej, waha się, czy wejść do rządu. Lewica ma dziś np. problem z obsadą stanowiska podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości po dymisji Bartłomieja Ciążyńskiego, który zresztą poprzednią, świetnie płatną pracę w instytucji badawczej otrzymał dzięki partyjnym układom. 

Wicemarszałek Bosak uważa, że wynagrodzenia ministrów, wiceministrów i premiera są niewystarczające. – Moim zdaniem pensja na stanowisku wiceministra powinna odpowiadać komuś pełniącemu funkcję członka zarządu dużej firmy – mówi.

Dziś jest inaczej i dlatego, zdaniem Bosaka, wiele stanowisk wiceministerialnych jest obsadzona nie fachowcami, ale kolegami partyjnymi, którzy np. nie dostali się do Sejmu. – Każdy premier chciałby pracować z ludźmi, którzy reprezentują wysoki poziom, ale jeśli nie jest w stanie ich zrekrutować, wypełnia te stanowiska tymi, których ma pod ręką, czyli posłami i działaczami partyjnymi – mówi Bosak.

Zdaniem Jacka Karnowskiego, niskie pensje są hamulcem dla pozyskiwania do rządu wielu fachowców, zwłaszcza tych spoza Warszawy, którzy dla obecnych pieniędzy nie chcą rezygnować z dotychczasowego życia. – Pensje polityków są godne, ale nie są wysokie. Wiem, że wypowiadam się wbrew opinii publicznej, ale sądzę, że powinny być wyższe – mówi były prezydent Sopotu.

Aktualny system wynagradzania osób piastujących najwyższe stanowiska w rządzie doprowadza do kuriozalnych sytuacji. Np. minister zarabia dwa razy mniej niż podlegający mu dyrektor departamentu. Wynagrodzenia w służbie cywilnej oparte są bowiem na osobnej podstawie prawnej. Tak jest np. w MSZ – dyrektorzy należący do służby zagranicznej zarabiają ok. 20 tys. zł, ambasadorowie – od 6 do 10 tys. dolarów. A sam minister 14 tysięcy, gdyż Radosław Sikorski wchodząc do rządu zrzekł się mandatu europosła; nie zasiada też w polskim parlamencie, więc nie otrzymuje nawet diety. – Minister nie powinien zarabiać mniej niż prezes powiatowej spółki wodociągowej, a czasem tak się zdarza, bo pensje tych ostatnich przekraczają nierzadko 20 tys. zł – mówi polityk KO.

Emerytury i renty polskich parlamentarzystów

Krzysztof Izdebski z Fundacji Batorego przyznaje, że sytuację, w której dyrektorzy zarabiają o kilka tysięcy więcej niż ministrowie, należałoby jak najszybciej zmienić. Inni eksperci dodają, że brak możliwości prowadzenia działalności zawodowej powoduje, że polityk zasiadający w Sejmie przez wiele kadencji traci kontakt ze swoim światem i często w momencie, gdy wypada z życia parlamentarnego, nie ma do czego wrócić.

Jan Rokita, który w 2007 r., po 18 latach działalności w parlamencie, wypisał się z polityki, musiał wielu rzeczy uczyć się od nowa. Z kolei Andrzej Celiński, gdy w 1997 r. nie dostał się do Senatu, znalazł się na pewien czas w bardzo trudnej sytuacji materialnej. – Pod koniec miesiąca żywiłem się jedną bułką dziennie i jogurtem – opowiada. Celiński uważa, że posłom powinna przysługiwać renta lub emerytura parlamentarna po trzech kadencjach, podobnie jak to jest w Parlamencie Europejskim. – Po jednej, dwóch kadencjach jeszcze można wrócić do poprzedniego życia, po trzech jest to już niezwykle trudne – ocenia.

Jego zdaniem renta parlamentarna zmniejszyłaby zjawisko kurczowego trzymania się mandatów. – Ci, którzy widzą, że ich mandat jest zagrożony, pod koniec kadencji zaczynają zachowywać się jak dzikie zwierzęta – ocenia.

Podobne zjawiska mają też miejsce w samorządach, gdzie wynagrodzenia ustalane są – w ramach dopuszczalnych widełek – przez rady odpowiedniego szczebla. Powoduje to czasem duże zróżnicowanie; w biedniejszych gminach wynagrodzenia są niskie. Krzysztof Izdebski zwraca uwagę, że może to rodzić pokusy korupcyjne, zwłaszcza jeśli urzędnik zarabiający 4 tys. zł decyduje o budowie drogi kosztującej miliony.

Samorządowcy mają za to większą niż posłowie swobodę w zatrudnianiu się w różnego rodzaju instytucjach czy w zasiadaniu w radach nadzorczych, pod warunkiem, że nie podlegają one bezpośrednio ich szczeblowi samorządu. – Gdyby nie ta możliwość, mało kto chciałby zostać radnym – mówi członek Rady Warszawy.

Marszałek Szymon Hołownia zapowiedział po sprawie małżeństwa Myrchów audyt. Szef Kancelarii Sejmu Jacek Cichocki przyznaje, że w jego ramach po zakończeniu roku rozliczeniowego zamierza też zbadać zasadność wykorzystania wszystkich ryczałtów. Wynik będzie w pierwszym kwartale przyszłego roku, a jednym z efektów może być zmiana zasad wynagradzania posłów. Tymczasem wicemarszałek Krzysztof Bosak opowiada, że niedawno w Sejmie gościła delegacja jednego z państw afrykańskich, która dziwiła się, że polscy posłowie mogą zarabiać tak mało.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Kieszeń polskiej władzy