Od dawna mieszkam poza Polską i z ciekawością śledzę, jaki obraz naszego kraju przecieka w eksportowanej kulturze. Moje obserwacje rzecz jasna są wybiórcze, a to, co widzę, niekoniecznie odzwierciedla świadomą politykę dyplomacji kulturalnej, bo – jak wiadomo – selekcji dokonuje rynek i może przedstawienia zadowolonych i zamożnych Polaków są dla zagranicy zbyt banalne.
To mają u siebie – od nas oczekują przaśnej egzotyki. Mój partner, który ofiarnie towarzyszy mi na festiwalach kina polskiego i czytuje naszą literaturę noir, podczas pierwszej wizyty w Polsce nie mógł się nadziwić, że u nas tyle kolorów i radości. Nie tego się spodziewał, karmiony wczesnym Wajdą, szczytowym Smarzowskim i kryminałami, w których społeczeństwo jest niemiłe. A często także pijane.
Szarość na eksport
Kasia Babis (ur. 1992) w komiksie „Okruchy” serwuje nam ten sam gorzki chleb. W „opowieści o dorastaniu w postkomunistycznej Polsce” jest szaro – w przenośni i dosłownie, bo popielato-czarną paletę sporadycznie tylko – i według niezrozumiałego dla mnie klucza – przełamuje czerwień. Ciekawe, bo zwykle lata 90. kojarzymy z pstrokacizną, a szarość odsyła do PRL-u. Oczywiście nie zawsze – Sylvain Savoia, ilustrując (wydawaną najpierw po francusku) „Marzi” Marzeny Sowy, lata 80. pokolorował.
Czerń i szarość mają pewnie oddawać smutek, jak w słynnym „Persepolis” Marjane Satrapi. Wszystkie wspomniane albumy mają wyjaśniać ojczyznę obcokrajowcom: tłumaczyć bogatemu Zachodowi dyktaturę ajatollahów, komunistów czy skrajnej prawicy. „Okruchy” Babis rok temu wyszły w Stanach pod tytułem „Breadcrumbs”.
„Okruchy” wracają po polsku
Teraz przekładu na język polski dokonała sama autorka. Można zadać sobie pytanie: po co tłumaczyć Polskę Polakom? I jak to zostało zrobione?
Zanim jednak na nie odpowiem, wypada mi ujawnić, z jakiego miejsca piszę. Otóż na chleb zarabiam tłumaczeniem. Kurczowo trzymam się więc wersji, że aby przekładać literaturę, nie wystarczy dobrze znać dwa języki. Że tłumaczenie to głęboka lektura, interpretacja i praca w polszczyźnie. I lepiej zostawiać ją tłumaczom. A autorom, którzy znają język docelowy, ewentualnie proponować autoryzację. Dodam też, że jestem staroświecka i lubię, jak jest ładnie po polsku.
A w „Okruchach” niestety nie jest. I nie chodzi mi o „brzydkie słowa”, których, jak na opowieść o nastolatkach, wcale nie ma dużo. Raczej o to, że język komiksu przypomina wczesne wytwory translatorów internetowych. Dostajemy więc głównie polskie słowa wtłoczone w angielską składnię. „Musimy zaadresować potrzeby ludzi, którzy ucierpieli w wyniku liberalnych reform” – mówi na wiecu polityk. Autorka serwuje nam też sztuczne dialogi z gatunku NTM (nikt tak nie mówi): „Nie umiem sobie wyobrazić zdawania sesji z tym wszystkim, przez co przechodzisz”.
Historia w ramkach
Od Babis jestem starsza tylko pięć lat, więc nasze dzieciństwa do pewnego stopnia się pokrywają. Czasowo, bo jednak u mnie było weselej. Moja mama była mniej zgorzkniała. No i nie chowała martwych płodów w lodówce. Kasię w szkole walono bogoojczyźnianym obuchem, a nauczycielka, na widok tytułowych okruchów z kanapki, wytaczała ciężkie norwidy („Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba...”).
Razem z bohaterką galopujemy przez kolejne wydarzenia formujące: śmierć papieża („polski 11 września”), katastrofa smoleńska, rządy PiS-u. Narracja w obszernych ramkach tłumaczy, czym jest pokolenie JPII i kim była Jolanta Brzeska. Nie zawsze jest jasne, jak wielka historia – na przykład dzika reprywatyzacja – wpływa na losy bohaterki.
Zaskakują też przeskoki w czasie (np. z roku 2017 do 2020). Jasne, teoretyk komiksu Scott McCloud uczył, że odległość między kadrami (tzw. rynna) nie ma ustalonego przelicznika, więc „w jednej sekwencji kilka centymetrów może przenieść nas z jednej sekundy do drugiej, a w innej – o sto milionów lat”. Nie można jednak w rynnach topić czytelników.
Uchybieniami w sztuce komiksowej wydają mi się też klatki, w których tekst kłóci się z rysunkiem (w ramce drabina awansu, na rysunku plansza z metą na dole) i dziwne onomatopeje (na przykład „wzrusz” na wzruszenie ramionami). Bohaterki są zaś do siebie tak podobne, że trudno się zorientować, kto jest kim. Właściwie nie ma znaczenia, która jest bita, a której odmawia się aborcji. I tak chodzi o pokazanie, że Polska jest piekłem kobiet.
Jedna reakcja: wzrusz
A zatem po co? Po co tłumaczyć na polski książkę ewidentnie przeznaczoną na eksport? Dość tendencyjną, trącącą dydaktyzmem (fragmenty o rozbiorach) i mizerabilizmem („Ojciec alkoholik, mąż alkoholik, bieda, ciągła walka o byt”). Nie wiem. Być może dla „kanapek z hajsem”.
Komiks ma charakter autobiograficzny i nie chcę negować trudności, jakich doświadczyła autorka. Epatowanie traumą sprawia jednak, że czytelniczka obojętnieje. I ma na to wszystko jedną reakcję: wzrusz (ramionami).
Kasia Babis, OKRUCHY. DOJRZEWANIE W POSTKOMUNISTYCZNEJ POLSCE, Agora 2026
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















