Podobno kiedy maluje, myśli o ojcu. Widzi go tak, jakby był jednym z bohaterów ciemnozielonych obrazów norweskiego malarza Edvarda Muncha, na których ktoś zatroskany dogląda leżącą w łóżku bliską osobę, domowego pacjenta. Matka małego Grzegorza Rosińskiego choruje na stwardnienie rozsiane – jest sparaliżowana, latami pielęgnuje ją mąż. Być może dlatego Rosiński, już jako słynny ilustrator i autor komiksów powie, że najważniejszy w jego historiach jest portret pary bliskich sobie ludzi, którzy walczą z przeciwnościami losu. Przygodowe tło jest jedynie pretekstem do pokazania ich relacji.
W dokumencie Piotra Kielara „Ja, Rosiński”, prezentowanym właśnie na Krakowskim Festiwalu Filmowym, świat Thorgala także stanowi barwne, znajome tło pierwszoplanowych perypetii. Na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia z następującym po czterech dekadach intensywnego związku rozstaniem – zmęczonego autora z wykreowanym przez niego bohaterem, dawno żyjącym już własnym życiem i, co tu kryć, utrzymującym rodzinę swego stwórcy. Rosiński maluje ostatnie wielkoformatowe plansze komiksu, nim z ulgą odda pędzel kolegom po fachu – odtąd to oni będą kontynuować serię (właśnie ukazał się w polskim tłumaczeniu 2 tom nowego cyklu wedle scenariusza Freda Duvala, z ilustracjami Corentina Rouge’a).

Co jest zatem sednem opowieści? Relacje ojca z synem, dziedziczącym prawa do jego bohatera. Plansze z herosem stają się symbolem drogi, którą razem ze swoim Wikingiem przeszedł ilustrator, a którą podejmuje teraz jego syn. Przekazaniu źródła mocy towarzyszy w filmie Kielara rzut oka na ich relację.
Piraci, kowboje i św. Mikołaj
Prawdopodobnie wszystko zaczęło się od fascynacji pewnym francuskim malarzem i grafikiem, tworzącym w drugiej połowie XIX w. Kiedy rodzina Rosińskich z małym Grzesiem przeprowadza się w 1946 r. do Wrocławia, chłopiec w ruinach miasta znajduje wiele ilustrowanych publikacji w języku niemieckim, między innymi znane wtedy w całej Europie i obu Amerykach „Pismo Święte w obrazach Gustawa Doré”. Genialny Francuz, debiutujący jako nastolatek, jest także autorem ilustracji do prawie wszystkich dzieł Edgara Allana Poe.
Nie bez powodu Thorgal Rosińskiego przypominać będzie jednocześnie Mojżesza i bohatera popkultury (zob. fragment o Thorgalu na dole tekstu). Połączenie patosu i grozy, realizmu i romantyzmu, charakterystyczne dla Rosińskiego, ma swoje źródła między innymi w dziecięcej fascynacji pracami Dorégo, którego dziś uważa się nota bene za autora tzw. protokomiksów. W ilustrowanych przez niego „Dziejach świętej Rusi” (w oryginale „Malowniczej, dramatycznej i karykaturalnej historii świętej Rusi”) humorystycznym obrazkom i scenom batalistycznym towarzyszą bowiem krótkie teksty – zupełnie jak w komiksie.
Rosiński zna już zatem narrację łączącą obrazki z tekstem, kiedy w 1948 r. we Wrocławiu rozpoczyna się Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju. Razem z gośćmi zza granicy pojawiają się nad Odrą zachodnie czasopisma, m.in. „Vaillant”, dodatek do dziennika Francuskiej Partii Komunistycznej „L’Humanité”, którego główną atrakcją są komiksy fantastyczno-przygodowe i humorystyczne (później „Vaillant” będzie można kupić m.in. w warszawskim Empiku).
Zafascynowany komiksowym pisemkiem Rosiński jeszcze w szkole podstawowej rysuje „Dzieci kapitana Granta” oraz „20 000 mil podmorskiej żeglugi” na podstawie powieści Juliusza Verne’a, „Wyspę skarbów” Roberta Louisa Stevensona, a także komiksy o tematyce westernowej (w liceum zrobi kilka plansz inspirowanych „Białym kanionem” z Gregorym Peckiem w roli głównej, by dostać darmowe wejściówki do kina). Najważniejszymi bohaterami jego rysunków są wtedy nieodmiennie piraci i kowboje.
Pod koniec lat 50. prace opublikuje w magazynie harcerskim „Korespondent Wszędobylski”, któremu zaprojektuje także winietę i elementy oprawy graficznej. Pasję dzieli ze szkolnym kolegą Bogusławem Polchem, późniejszym autorem rysunków do komiksów o Kapitanie Żbiku, Funkym Kovalu i Wiedźminie. Polch skądinąd nie skończy liceum plastycznego właśnie ze względu na niemile wówczas postrzegane, bo kojarzące się ze zgniłym Zachodem, fascynacje komiksem. Ostatecznie zostanie technikiem mechanikiem o specjalizacji… obróbka skrawaniem.
Kiedy w latach 60. Rosiński studiuje grafikę na warszawskiej ASP, modna jest sztuka nieprzedstawiająca, tymczasem amatora kolorowych zeszytów pociąga anachroniczny wówczas realizm. Szczęśliwie trafia wreszcie do pracowni słynnego rysownika i scenografa Jana Marcina Szancera, twórcy klasycznej postaci Ambrożego Kleksa. Rosiński także postanawia zostać ilustratorem.
Przełom lat 60. i 70. to okres bardzo intensywnej pracy, młody absolwent ASP robi okładki książek i płyt dla Muzy i Polskich Nagrań, rysuje do szkolnych podręczników, atlasów zwierząt i innych pomocy dydaktycznych. Maluje nawet świąteczne pocztówki ze świętym Mikołajem. Jego prace powielane są w setkach tysięcy egzemplarzy – to właśnie skala będzie Rosińskiego cieszyć najbardziej. Każdy projekt robi w odmiennym stylu, eksperymentuje, zmienia techniki i narzędzia.
Milicja, Żbik i Relax
W roku 1967 komendant Milicji Obywatelskiej, generał Tadeusz Pietrzak, chce poprawić wizerunek milicji w oczach młodzieży. Wpada na pomysł wypuszczenia komiksowej serii o przygodach pewnego kapitana – tak rodzi się Jan Żbik. Rosiński, jako ilustrator historii, debiutuje piątym zeszytem serii pt. „Diadem Tamary”. Scenariusze piszą dziennikarki „Polityki”, autorzy i autorki kryminałów oraz powieści milicyjnych, a nawet historyk i późniejszy polityk, Leszek Moczulski.
Podczas realizacji tego zlecenia Rosiński musi się dopasować do stylistyki stworzonej przez poprzedników – zaprawiony w pracy ilustratora nie ma z tym większego problemu, przeciwnie. Jak zauważy krytyk i tłumacz komiksów Rosińskiego Wojciech Birek, poprawia niedociągnięcia, nasyca serię onomatopejami, eksperymentuje ze światłocieniem, bawi się formami dymków.
Ta swoboda będzie w ogóle kluczem do sukcesu Rosińskiego i bardzo przyda się artyście po przeprowadzce do Belgii na początku lat 80., kiedy to będzie zmuszony brać bardzo różne zlecenia, od projektowania okładek kaset VHS i plakatów biur podróży po etykiety na wino. Mniej skłonny do takich zajęć Tadeusz Baranowski, trzymający się swojego charakterystycznego stylu wypracowanego u boku Profesorka Nerwosolka, nie odniesie już takich sukcesów na Zachodzie.

Rosiński – poza tym, że jest po prostu lepszy warsztatowo od poprzednich rysowników „Żbika" – jako pierwszy w Polsce stosuje podpatrzoną na Zachodzie metodę kolorowania na tzw. blaudrukach, czyli jasnoniebieskich wydrukach komiksowej kreski. To praktyczne – jeśli coś się nie uda, można źle pokolorowaną planszę wyrzucić bez straty oryginalnej kreski. Rosiński zrobi łącznie jedenaście „Żbików". Potem rysuje na zamówienie „Pilota śmigłowca”, w którym także zastosuje formalne eksperymenty, skorzysta z pasteli i węgla. W miejsce prostokątnych kadrów pojawiają się pod jego palcami dzielenia po skosach, łukach i krzywiznach.
W końcu zostaje redaktorem naczelnym magazynu komiksowego „Relax”, wydawanego w nakładzie 100, a potem 200 tys. egzemplarzy, w którym publikować będą m.in. Janusz Christa, Andrzej Mleczko, Edward Lutczyn, Tadeusz Baranowski i Bogusław Polch. To na łamach „Relaksu” pojawią się też odcinki „Thorgala” – pierwszego opublikowanego w PRL-u legalnie i w całości komiksu zachodniego. Rosiński, pracując już z wydawcą belgijskim, zastrzega sobie prawa do serii na rynek polski.
Yans w każdym z nas
Producent kosmetyków i chemii domowej pracuje nad lekiem, który pomaga powracającym z misji amerykańskim żołnierzom w ciągu zaledwie kilku tygodni wyjść z PTSD. Lęk? Koszmary senne? Dzięki specyfikowi od Geista wszystko znika. Ceną za „wyleczenie” jest częściowa utrata pamięci. Zyskiem dla Pentagonu: możliwość wysłania zaprawionych w boju wojskowych (w których zainwestowano setki tysięcy dolarów) na kolejne misje.
Pomysł wyprodukowanego przez Julię Roberts serialu „Homecoming”, którego dwa sezony można oglądać dziś w streamingu, brzmi jak zaczerpnięty ze starego komiksu Grzegorza Rosińskiego i André-Paula Duchâteau. Jego bohater Yans, wracając ze swoich podróży w czasie wprost do roku 2027, każdorazowo podlega procedurze wymazywania pamięci, której towarzyszy „leczniczy sen” produkowany przez „syntetyzer wizji”. Życie przeszłością jest zakazane. Nostalgia – tępiona. Yans przestaje rozumieć, do którego świata przynależy, skąd naprawdę pochodzi. Zabiera swoją ukochaną Orchideę z przeszłości do dystopijnego miasta pierwszej połowy XXI w. Od teraz wspólnie będą zmagać się z siłami zła i razem pracować.


Gdyby się nad tym zastanowić, bohaterowie Grzegorza Rosińskiego często zostają obdarzeni podwójną tożsamością, a ich prawdziwe pochodzenie objęte jest tajemnicą. Nie są świadomi, skąd przychodzą – jak Yans albo bohater „Westernu” Nate Colton – albo też prawdę o sobie ukrywają. Tej podwójności można oczywiście upatrywać w losie samego malarza, który – uciekając z PRL-u – zaczyna nowe życie daleko od domu. Tak, nostalgia jest w takiej sytuacji zakazana, a życie przeszłością może być, jak pokazały losy wielu emigrantów tamtego czasu, zgubne. Artysta będzie żył w takim zawieszeniu dwie dekady.
Spotkanie w Angoulême
Do Rosińskiego niezmiennie ustawiają się długie kolejki na festiwalach we Francji, Belgii, w Polsce. Zobaczymy je również w filmie Kielara. Jak znosi to ktoś, kto postanowił właśnie przejść na emeryturę?
– Myślę, że Rosiński najbardziej lubi teraz polskie festiwale, w szczególności ten łódzki – opowiada „Tygodnikowi” Artur Wabik z krakowskiego Muzeum Komiksu. – We Francji jest wielu łowców autografów i rysunków, funkcjonuje duży rynek, na którym się nimi obraca (oryginalna plansza Rosińskiego kosztuje ponad 10 tys. euro). Dlatego autor „Thorgala” lepiej się czuje w miejscach kameralnych, w bezpośrednich rozmowach, wśród bliskich. Cieszy się z powrotów do miejsca, w którym się urodził. Lubi przyjeżdżać do niewielkich domów kultury i tam spotkać się z fanami, porysować z nimi na żywo. Wielokrotnie widziałem, jaką mu to sprawia przyjemność. Byłem na przykład na jego wystawie we Wrocławiu. To był taki ciepły, słoneczny dzień. Rosiński szczęśliwy, w słomkowym kapeluszu, mamy nawet zdjęcia razem, jak się wygłupiamy. Niedługo potem widzę go naburmuszonego na ogromnej imprezie we francuskim Angoulême, gdzie kręci się 250 tys. ludzi. Taki spęd? – krzyczy. – Już nigdy tu nie przyjadę!
Czyżby, jak Thorgal, marzył wyłącznie o świętym spokoju oraz cieple domowego ogniska? Jeśli tak, drogą do wolności Rosińskiego okazała się... Łódź, której przekazał trzy lata temu w depozycie swoje wczesne prace.

Historia Thorgala
Remigiusz Różański
Fani fantastyki od lat spierają się, kto jest najważniejszym rodzimym herosem. O ile część uznaje wyższość Geralta z Rivii (rysowanego przez szkolnego kolegę Rosińskiego, Bogusława Polcha), to nie brakuje osób przypisujących pierwszeństwo Thorgalowi Aegirssonowi – ikonie europejskiego komiksu. Zrodzony ze współpracy belgijskiego scenarzysty Jeana Van Hamme’a oraz rysownika Grzegorza Rosińskiego bohater zadebiutował na łamach czasopisma „Tintin” w marcu 1977 r. Do Polski przyjechał zaledwie pół roku później, zaznaczając swoją obecność w magazynie „Relax”. Szybko skradł serca czytelników, osiągając niewyobrażalne dziś nakłady.
Thorgal posługuje się łukiem z kunsztem godnym Artemidy, w walce mieczem nie ma sobie równych. To urodzony wojownik gotów stanąć w szranki z najpodlejszymi kreaturami i szubrawcami. Chwyta za broń wyłącznie w ostateczności, na co dzień wzbrania się przed przemocą, na pijatyki i awantury spogląda z politowaniem. Wychował się wśród wikingów, lecz różni się od nich zarówno wyglądem – jest smuklejszy od przysadzistych pobratymców, zamiast blond czupryny posiada gęste, kruczoczarne włosy – jak i usposobieniem. Jest odważny, ale nie buńczuczny.
Wyjątkowość Thorgala tkwi w jego pochodzeniu. Mistrz łuku i miecza to postać przypominająca tyleż Mojżesza, co jego popkulturową reinterpretację – Supermana. Już w drugiej odsłonie sagi ujawniono, że jest ostatnim przedstawicielem Gwiezdnego Ludu – rasy praludzi, zamieszkujących Ziemię przed wielkim kataklizmem. Chcący ocalić nowo narodzonego syna przed śmiercią rodzice złożyli go na morzu w niezatapialnej kapsule. Odnalazł go wikiński wódz Leif Haraldson, który nazwał ocalałego na cześć władcy piorunów Thora oraz Aegira, zamieszkującego cieśninę Kattegat patrona wód.
Choć Thorgal nie szuka guza, kłopoty znajdują go same. Na swej drodze co rusz napotyka mitologiczne stworzenia oraz przedstawicieli różnorodnych, ziemskich oraz pozaziemskich, cywilizacji. Wojak mimo woli tymczasem marzy wyłącznie o świętym spokoju oraz cieple domowego ogniska. Dlatego zamiast dostatniego życia w zamku Brek Zarith wybiera bezludną wyspę, na której wraz z żoną Aaricią oraz synem Jolanem (w kolejnych latach Thorgal doczeka się także córki Louve oraz syna Aniela) może cieszyć tym, co cenniejsze od tysięcy sakw złota – wolnością.
Dziękuję za pomoc przy pisaniu tekstu Arturowi Wabikowi, współtwórcy krakowskiego Muzeum Komiksu.
Film „Ja, Rosiński” w reż. Piotra Kielara będzie można zobaczyć podczas internetowej edycji 64. Krakowskiego Festiwalu Filmowego od 31 maja do 16 czerwca.
W dniach 15 czerwca – 8 września w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie prezentowana będzie wystawa „Grzegorz Rosiński w ilustracjach”. Jej organizatorem jest stołeczne Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















