Dworzec Centralny, noc. Wychodzę na powierzchnię i drepcę ku metru. Przy chodniku styropianowy stojak z balonikami nieco sflaczałymi. Sprzedająca: „Kupi pani”. „Aha?”. „Po północy promocja!”. „No to jedno”. „Samotne? W walentynki?!”. „Hehe, już po północy”. „No właśnie! Patrzy pani, powietrze im schodzi ze smutku. Parkę pani przygarnie”. „Może się rozmnożą”. „O! Na pewno! Zobaczy, za rok mi tu konkurencję zrobi”.
Pociąg z Wrocławia do Warszawy. Tuż za miastem stajemy. Gość w garniturze: „Powinni nagrać komunikat: »Wyrabiamy spóźnienie«”. Pierwsza starsza z ukontentowaniem: „A mnie syn i tak odbierze”. Gość: „Gratulacje, ale nie na temat”. „Mój syn nie na temat?! Ja matka jestem”. „Ech”. Druga starsza: „Ale co się stało, matko jedyna”. Gość: „Nic”. „Musiało się coś stać”. „Zdziwiłaby się pani”. „Pociąg nie stoi bez powodu”. „Jest powód: żeby nas upokorzyć”. „Co pan!”. Idzie konduktor. Pierwsza: „A ten pan mówi, że specjalnie stoicie w polu…”. Konduktor: „Poproszę bilety”. „…żeby nam było przykro”. Konduktor: „Postój techniczny”. Gość: „Hehe”. Druga: „Techniczny! Wiedziałam! Polacy są dobrzy”. Gość: „Z urodzenia”.
Oferta z dziennika uczniowskiego: „Szanowni Państwo, biuro, z którym współpracowaliśmy w roku zeszłym, przedstawia na dzień dzisiejszy dwie oferty wycieczek: Auschwitz plus Energylandia oraz Auschwitz plus Kraków. Niezmiennym elementem kompozycji pozostaje Auschwitz, trzeba jednak coś dobrać, bo sam obóz się nie kalkuluje. Większość opiekunów jest za Energylandią by uczniowie odpoczęli po ciężkim zwiedzaniu. Chodzi o higienę psychiczną młodych. Ankieta wypadła na korzyść połączenia obozu z parkiem, albowiem po dawce trudnej wiedzy i obiedzie, uczniowie pragną zażyć wrażeń. Co do obiadu zdania są podzielone: może być problem ze zjedzeniem czegoś w Auschwitz, więc możemy iść na obiad po dojeździe do Energylandii, co jest opcją droższą, ale przyjemnie zjeść w miejscu rozrywki. Możemy też w drodze zajrzeć do McDonalda, uczniowie uwielbiają ten wariant. W przypadku, gdyby z Auschwitz pożądane były pamiątki, prosimy o danie kieszonkowego. Auschwitz z Krakowem mniej przypada do gustu. Nie chcemy uczniom narzucać. Jeśli tak Państwo jednak zdecydują przewidujemy Wawel i Sukiennice. Może jakieś krótkie muzeum. Przewoźnik sugerował, że Kraków to bardziej program dla podstawówki. Nasi uczniowie są już dojrzali, ale też, muszą się wyszaleć. Nie możemy tylko uwrażliwiać”.
Pociąg do Wrocławia, naprzeciwko małżeństwo z dzieckiem i z babcią. Siedzę w pilotce, awaria ogrzewania. Dziewczynka śmieje się do mojej czapki, puszczam oko. Babcia: „Salomea, nie zaczepiaj osoby dorosłej”. Uśmiecham się: „Ależ bardzo miło”. Babcia: „Proszę pani, ja teraz dziecko wychowuję”. Ojciec do mnie: „My z mamą i żoną próbujemy, proszę pani, wykierować córkę na osobę wysokofunkcjonującą”. „Pojmuję”. „Bo wie pani, jak się odpuści, to dziecko ludzi zaczepia”. „E, nie czuję się zaczepiana…”. Ojciec na irytacji: „Dobra dobra, nie ma pani dzieci, to pani prowokuje dziecko”. Siedzimy w milczeniu. Matka: „Mąż nie chciał pani zrobić przykrości, ale niech nas pani zrozumie”. „Jasne”. „Obcy człowiek nie ryzykuje, wie pani, my wracamy od psychologa”. „Na pewno”. Babka: „Pani ironizuje?”. „Nie”. „Bo pani wyraźnie jest z tej sytuacji zadowolona”. Ojciec: „No to właśnie mówię: prowokuje. A my mamy dramat tu!”. Wyszedł, krąży po korytarzu. Ja: „Nie prowokuję, uśmiechnęłam się tylko do córki”. Matka: „To jest wielki ciężar, proszę pani”. „Wiem”. Babka: „Wie! Dobre!”. Odpuszczam, zdejmuję czapkę. Mała w płacz. Wkładam – śmieje się. Matka, na chwilowym porozumieniu: „Czy może pani jeszcze potrzymać tę czapkę na głowie? Muszę zrobić z nią ćwiczenia z obrazkami”. Potwierdzam, choć ogrzewanie już działa (całą drogę przejechałam w czapce).
Lidzbark Warmiński, kilka lat temu. Wróciło dziś, bo kolega wyciągnął stare nagrania. „Cześć, Elizo. Słuchaj, przeglądam nasze archiwum, i tu są jednak nieprawdopodobne rzeczy”. „?...”. „No wiesz, ja się umówiłem z tobą i małą na górce przy torach”. „Pamiętam”. „Górce z twojej opowieści. Moja dziewczyna spuściła psy”. „Charty, pamiętam”. „No tak, ale twoja córka od razu pobiegła za nimi. Dzwoniłem do kamerzysty na górce, że musi robić materiał, bo ona już biegnie”. „Pamiętam, bo się przestraszyłam i zaczęłam biec. Nie nadążałam”. „Wiem, za tobą puściłem Kubę. Wskoczyłaś na drzewo przy strumieniu, żeby szybciej przeskoczyć, ale spadłaś na skraju wody i zraniłaś się w rękę”. „No, pamiętam drzewa, pamiętam, że krwawiło, ale tylko trochę. Nie mogłam jej dogonić”. „Wiesz, byłem zły na początku, że nie trzymacie się scenariusza. Ty mi mówiłaś, że ona jest inna, że może nam się zerwać, ale myślałem, że nad nią zapanujesz”. „Przepraszam”. „Nie! Nie przepraszaj, wyszło lepiej. Bo wiesz, równolegle do niej ktoś biegł w dole góry, w gąszczach jeżyn”. „Kto?”. „Lis”. Żartujesz?!”. „Nie, wiesz, lisy się zdarzają na Warmii”. „No przecie wiem. Ale czy ona go widziała, Łukaszu?”. „Ruda? No nie, na pewno nie. Biegła aż do Cmentarza Rumuńskiego, myśmy to jakoś nagrywali. Lis przebijał się przez gąszcz, ona biegła ścieżką. Ależ jest lekka”. „Elficka, nie?”. „Oj, tak. Ten twój wypadek nie ułatwił…”. „Przepraszam”. „Daj spokój, ale Kuba wyciągał cię, zamiast biegać za lisem”. „Widziała go?”. „No nie, nie. Nie myślę. Chyba że przeczuła”. „Zapytam”. „To było dawno”. „»Dawno« nic nie znaczy. Takich przecięć się nie zapomina”. Pytam Rudej: „Pamiętasz?”. Mówi: „Na polance był lis. Ty nie zdążyłaś”. Nie zdążyłam. Tyle.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














