Łazienki od Gagarina, siedzę z książką. Łapię kątem oka, że ktoś stanął przy mojej ławce i się waha. Wreszcie wystartował: „Pani Eliza?”. „Tak”. Gość po sześćdziesiątce, ucieszył się. „Znamy się z weterynarii”. „?”. „Od psa mojego strony. Pani ojciec leczył”. Faktycznie: „A, tak, operacja bartoszycka”. Śmieje się. „Pamięta pani”. „Aha”. „Do Warszawy przyjechałem w sprawie drobiu. I myślę: czasu mi zostało, odchamić się trzeba. Łazienki zaliczę. I na kogo weszłem? Na córkę weteryniarza”.
Autobus 180, troje licealistów. Chłopcy z puszkami energetyzerów, dziewczyna z colą. Chłopak w bluzie: „Ja tylko tajgera uznaję”. Dziewczyna: „Dobra, ale nie pij tyle”. Bluzowy: „Luz”. Chłopak w glanach: „Rel, Zuza”. Do kolegi: „Tylko tajgera pijesz”. „Bo co? Alko jest dla boomerów”. Zuza: „Nie chodzi o browar”. „Podróby z Lidla mnie nie interesują”. Glanowy: „Łoł, serio? A ja fanuję dzika. Dzik arbuz. Kofeinka elegancko wjeżdża”. Zuza: „Arbuz capi rybą. Ogólnie to istnieje jeszcze cola zero, boys”. Bluzowy: „Nie dla mnie”. Glanowy: „»Istnieje« – skąd ty takie słowa bierzesz?”. Bluzowy: „Zatrucie słodzikiem”.
Pociąg z Krakowa. Zajmuję jedno z miejsc przystolikowych, podpinam komputer. Twarzą w twarz ze mną dziewczyna w wieku wczesnostudenckim. Przy oknie staruszek i kobieta – moja rówieśnica. Staruszek zasypia tak nagle, jakby ruch pociągu wyszarpnął wtyczkę z gniazdka. Posapuje. Dziewczyna na szczękościsku: „A miałam artykuł skończyć”. Kobieta: „To niech pani kończy”. Młoda: „Szok, wiedziałam”. Kobieta wzrusza ramionami, wyciąga paczkę ciasteczek i chrupie w stuporze. Dziewczyna łapie za telefon: „Znowu trafiłam najgorsze bydło w wagonie”. Pauza. „Nie wytrzymam do Warszawy, nic nie napiszę”. Pauza. „Oni chrapią i chrupią, wszystkie moje fobie”. Pauza. „Normalnie. Stary śpi, babka chrupie, ale tak specjalnie, z przymlaskiem. Nie wierzę, że tak w domu je”. Pauza. „A druga, co przede mną siedzi, ma jakieś zaburzenie. Ja to na głos mówię, specjalnie, jakby co. Ona chyba próbuje ze mną nawiązać kontakt wzrokowy”. Pauza. „Spławiłam ją, czaisz, a ta się śmieje do siebie. Będziesz na peronie?”.
Pociąg do Krakowa, w sąsiedztwie babcia z wnuczkiem. „Zamierzałeś mieć prezentację o Wawelu bez zobaczenia go na oczy?!”. „Widziałem w necie”. „Tam trzeba być”. „Babcia, to tylko konkurs”. „To po co startujesz?”. „Za piątkę z polaka”. „No, ale chciałeś ze mną jechać”. „Żeby nie iść do szkoły”. „Pójdziemy najpierw na Wawel, potem na wystawę”. „Jaką?”. „Wawel Wyspiańskiego”. „A obiad?”. „Jak czasu starczy”. „To ja wolałem do szkoły”. „Już za późno, hehe”. Mały duma. „Babcia, ty jesteś sadystka”. „A nie, chcę, żebyś coś zobaczył”. „Ale ja nie chcę widzieć”. „Bo…?”. Pauza. „To samo zmęczenie”.
Tramwaj 11, dzień testowy, pierwsze przejazdy. Z Mokotowa na Wolę i z powrotem. Czekam sobie przy Spacerowej. Przy mnie dwie staruszki. „Skończyli coś jednak”. „Skończyli, Alinka, będzie ci łatwiej na cmentarz dojechać”. „A wiesz, że o tym nie pomyślałam”. „No to o czym?”. „Nie wiem, że może ciszej będzie”. „Ciszej?”. Milczą. „Tramwaj jest cichy, przemyka, zawsze to lubiłam w tramwajach”. „O, ja też, ja też”. „A pani lubi tramwaje?” – zwraca się do mnie. „U, bardzo, kiedyś sobie myślałam, że to najlepszy zawód prowadzić tramwaj od pętli do pętli”. „O! Ja też. I co panią odwiodło?”. „Niepokój”. „Ech, ja bym i tak tego nie mogła robić. Ale tak, chciałabym powtarzać trasę”. Pierwsza staruszka: „No co ty, Alinka”. „A tak. Dziś śniło mi się, że przez tę naszą trasę idzie pożar. Ktoś podpalił metal, buzuje, tramwaj cofa się i chowa do jamy gdzieś na końcu ulicy”. „Powariowałaś?” – pyta druga. Alinka: „Nie, tylko wiesz, wszystko, co dobre, spokojne, się wykurza”.
Autobus 503, jazda na Mokotów, dwóch w wieku późnostudenckim. „E, te, jaki tytuł literacki się kończy na »wysiaduje«? »Matka wysiaduje«?” „Nie, »Stara kobieta wysiaduje«”. „Ojeju, tak, dziękuję ci”. „Matka nie wysiaduje. Matka odchodzi, pamiętaj”.
Autobus 116, objazd weekendowy, łukiem przy Zachęcie. Wskakujemy z Rudą na siedzenia tuż przy kierowcy. Na sąsiednie gramoli się staruszek, dosiada się na czwartego kobieta z dwuletnim dzieckiem. Po dwóch przystankach dziecko zaczyna szamotać się, wariować, zjeżdża matce na podłogę. „Julu, przestań!”. Pomagam wciągnąć Jula na kolana. Ruda też łapie go za nogawkę, holuje. Windujemy Jula w ramiona mamy. Staruszek: „Co też ten młody człowiek wyrabia?!”. Mama: „Młody człowiek? No, Julo jest nadwrażliwy…”. Staruszek do małego: „Nadwrażliwy? Ej, co ty wyrabiasz?!”. Do mnie: „Pani też jest matką, niech pani reaguje!”. Ruda przejmuje akcję: „Pingwin nie jest matką tego dziecka”. Staruszek: „Pingwin?! Skąd pingwin? Matko jedyna!”. Ruda stoicko: „Pingwin to moja mama, nie tego Julka”. Do mnie: „Pingwin, prawda, że go nie upomnisz?”. „Owszem, nie upomnę”. Staruszek robi śmiesznego zeza i spuszcza powietrze. Ruda na ten widok śmieje się kompulsywnie. On też zresztą. I pyta: „Ej, młoda damo, z czego my się śmiejemy?”. Ruda, po głębszym hauście namysłu: „Ty jesteś komikiem, rozśmieszasz mnie”. I śmiejemy się jeszcze bardziej, w trasie jak w transie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















