Jak nasz pies zdychał, twój ojciec płakał. On się tymi psami zajmował jak ludźmi

„Brat uważał, że twój stary ma nie po kolei. A potem żeśmy ci wrzucili czapkę do stawu i kazali wyłowić. Nie popłakałaś się”.
Czyta się kilka minut
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara
Eliza Kącka // Fot. Grażyna Makara

Autobus 116, chłodny wieczór, fluid mgły pokrywa jezdnie i masywy kamienic. Światła miasta roztarte, jakby na obrazie rozmazał palcem. W autobusie dwóch gości kiele siedemdziesiątki, pani o lasce mamrocząca do różańca i gość w zasiekach toreb foliowych z łachami, butelkami, makulaturą. Widujemy się czasem na linii, macha mi znad worków. 

Postój przy Placu Trzech Krzyży, zmiana kierowcy. Nowy rozsiada się w kabinie, zerka przez okienko. „I co, znów na pętlę?” – uśmiecha się do Workowego. „Ehehe, hekhe” – chrząka tamten. Przybili piątkę porozumienia, ruszamy. 

Chcę dożyć powrotu mamutów

Gość Pierwszy: „Ja ci powiem, Marek, jednego chciałbym dożyć”. „Czego?”. „Wskrzeszenia mamutów”. „Haha, co ty pleciesz?”. „Pleciesz! Wypraszam sobie. Już grzebią w genach. Za kilka lat, słuchaj, na arktycznych łąkach pojawi się pierwszy mamut”. „A, czyli nie rozmrażają, ale tworzą krzyżówki?”. „Tak!”. 

„No nie wiem, ja to bym się zajął onkologią, biedą na świecie...”. „A ja nie!”. Stoimy na światłach tuż przy Łazienkach. Gość gapi się w szybę. Łamie mu się głos: „Wiesz, to wszystko straciło wyrazistość. Siedzę, czytam, ale nie chce mi się żyć w erze Trumpa. Tylko cierpienie i szare pasmo lęku...”. „I głupoty”. „Owszem. Chcę dożyć powrotu mamutów. Mógłbym sprzedać wszystko, co tu, może by mi starczyło na chwilę w jakiejś stacji, by zobaczyć, jak idą”. „Ale co ci to załatwia?”. „Wszystko”. 

Wspaniale leczył

Uniwersytet Trzeciego Wieku, wykład o poezji. Podchodzi pani uśmiechnięta, serdeczna. „Pani tato leczył nasze zwierzęta”. Skąd Lidzbark na Starych Bielanach? Przedstawia się, a w mojej głowie taśma pamięciowa z Dębowem, polem dziadka i matką mojej rozmówczyni przy grządkach. 

Śmiała się, że mogłabym się zatrudnić przy zbieraniu stonki. Prawda, zdejmowałam szkodniki godzinami. „Ta pana wnuczka lubi przebierać. Kopciuszek taki”. 

Dziadek się śmiał i pozwalał mi wyżywać się w zdejmowaniu szkodników, układaniu kamieni, oczyszczaniu ziaren na przynętę dla ojca i jego kolegów. „A nie szkoda ci czasu na siedzenie tu ze mną?”. Nie, oboje uciekaliśmy. Ja od lekcji, on z domu – ku dębowskim pagórkom.

Tato odbierał mnie wieczorem, po weterynaryjnym objeździe. I tak stoję w sali wykładowej – i opowiadam, jak było. „Wspaniale leczył”. Dobrze wiedzieć.

Zawody dla Kąckich

Biegnę do metra, a na stacji Ratusz Arsenał dosiada się kobieta ciut młodsza ode mnie. Ruszamy, bacznie mi się przygląda. W końcu startuje: „Eliza?”. Ja, że owszem. „Kinga, pamiętasz mnie, przyjeżdżałaś z tatą do nas, do krów”. Coś mi świta. Uzgadniamy, że stawy i dwa wilczury w obejściu. 

„Jak nasz pies zdychał, twój ojciec płakał”. „Uhm”. „Wiesz, ja teraz to rozumiem, ale wtedy mama mówiła, że trzeba dobić. A twój tata próbował leczyć. No, do czasu. Ale on się tymi psami zajmował jak ludźmi”. „Owszem”. „Mama mówiła, że jest dziwny. A ojciec go lubił”. „Nu, dobrze”. 

„I sorry, żeśmy się z ciebie naśmiewali”. „Kiedy?”. „Jak byliście z ojcem u nas. Brat zaczął, że to jest ten poświrowany doktor, ten od naszego psa, no pamiętasz...”. „Kiepsko”. „Nie chciał go uśpić. Brat uważał, że twój stary ma nie po kolei”. „Zapewne”.

 „A potem żeśmy ci wrzucili czapkę do stawu i kazali wyłowić”. „Aaa, pamiętam”. „Nie popłakałaś się. Brat powiedział, że to zawody dla Kąckich, dziwaków. Ale to nie jest tak”. „Spokojnie. Śmialiśmy się potem z tego przecież”. „Pamiętasz?”. „Owszem. Obróciłam to w żart. Trochę mnie to kosztowało, ale z dobrym skutkiem”. 

„Twój tato zabrał psa”. „Tak. I oddał go naszym znajomym”. „Rozumiem”. Milczymy, trzymając się rury w wagonie metra. „Przejęłaś lecznicę?”. „Nie – odpowiadam – piszę, uczę”. „O! Piszesz?”. „Co nieco”. Uśmiecha się: „Wiesz co, Kącka, wy to jednak jesteście...”. „No nie da się ukryć”. „Ten twój ojciec chyba leczył tak, jak ty piszesz”. Śmiejemy się. 

Centrum. „Wychodzę tu. No to trzymaj się, Kącka. Może tę czapkę żeśmy wrzucili do tego stawu nie tak bez sensu”. „W sensie?” – pytam. „No, może się wyczuwa, że ktoś jednak inaczej będzie nadawał, nie wiem. Brat może miał nosa”. „Może miał”. „Z tą czapką”. „Ze wszystkim”. 

Proszę iść na cudze

Przystanek Stawki, wybiegam z tramwaju. Cumuję na ławce wśród bloków przy klombach. Zadbane rabatki, sznyt spółdzielczy, piękne kwiaty. Wyciągam telefon, dzwonię. 

Po chwili w horyzoncie ławki pojawia się starsza z grymasem protestu: „Pani się rozsiada”. „Ę?” – odpowiadam, nie przerywając rozmowy. Jest wściekła: „Pani się rozsiada. Rozsiada się”.

A, więc to zarzut. Przerywam rozmowę i pytam, czy nie wolno. „Pani jest stąd?” – z akcentem na ostatnie. „Nie”. „To się nie rozsiadać. Proszę iść na cudze”. Znaczyliśmy terytorium.

Park Promenada. Księżyc nad nim niemal w pełnej tarczy. Przeszywająca biel, widoczna z każdego kąta społecznego ogrodu. Krążę ze słuchawkami w uszach, przysiadam. 

Obok para z grubsza dwudziestolatków. On: „Nie sfinansuję, mam zasady”. Ona: „Tak, i ja to rozumiem. Ja się w sumie zgadzam. Rodzice też. No, tak chcą. I jakby ja rozumiem. Ale czy ty mnie nie zostawisz?”. „Nie, no muszę wziąć odpowiedzialność. Jeśli oni też wezmą”. „Kto?”. „No twoi rodzice”. „Ale za co?”. „Za ciebie. Okazałaś się nieodpowiedzialna, to teraz będziemy oczekiwali wsparcia z ich strony, najmniej wynajmu, dla dziecka”. 

„W Warszawie?! Ich nie będzie stać...”. „To ich problem”. „Ale ty jesteś, no, starszy ode mnie o prawie dwadzieścia lat!”. „Wiedziałaś o tym”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Pierwszy mamut