Bruksela, tuż po spacerze z Nataszą, nawigacja, by się nie zgubić, na łuk triumfalny. Idę po sznurku atrakcji dopiero co okazanych, odwracając mapę terenu. Park Leopolda, wskakujemy. Erupcja wiosny ewidentna, jędrną zieleń spychają inne farby organiczne, zasilane sokami ziemi: żółcie, róże, biele, fiolety. Park jak wypadły z ramy obraz.
Przysiadam na schodkach biblioteki, dzwonię. Podchodzi pan o lasce. „Polka?”. „A tak”. „Gdzie pani pracuje?”. „Ja tylko z wizytą”. „Ach, z Polski. Miasto?”. „Warszawa”. Trzęsie mu się broda: „Cała moja młodość. Już nie dam rady wrócić”. „Uhm”. „Pociecha, że i tu mamy rzekę. Wczoraj mnie pasierb zawiózł. Wrzuciłem list, karteczkę i mówię: »Senne, przekaż Wiśle, Wisełce mojej«. Wiem, że nie może, ale kto wie, kto wie...”.
„Hm, jak by pan chciał, mogę coś zawieźć Wiśle i w pana imieniu nadać bezpośrednio”. „Serio?”. „Jasne”. „To ja idę szukać ławki, bo na tych schodkach nie dam rady usiąść”.
Poszłam za nim. Ukrył się na moment za kwiecistym pierzem, a po chwili wychynął. „Trzyma pani. Poświęciłem gałązkę jedną, wiotką, żeby związać rulon. To jest mój list do Wisły, testament Polaka”. „Wszystko jedno, gdzie wrzucę?”. „Oby w jej wody”. „Dobrze, bulwary, Warszawa”. „Dziękuję”. Odszedł, płacząc. Nie wiem, co w tym zwitku było. Dałam rzece.
Czy na studiach jest język polski
Komenda przy Malczewskiego. Wbiegam zgłosić kradzież telefonu. Widzę żółty telefon, ale nie mam numeru sprawy. Gość obok: „Czeka pani z paragrafu?”. „E, nie, okradli mnie”. „Hyhy, powodzenia”. Orientuję się, że po prawej jest przymaskowana dyżurka, a tam funkcjonariusze z kanapkami i pudełkiem z sałatką. Patrzą, jakbym miotała się na wybiegu.
Pukam w okienko. Wolno podchodzi sałatkowy: „A?”. „Zgłaszam kradzież”. U, nudy. „Miejsce?”. „Plac Trzech Krzyży”. Rozpromienia się: „Nie ten rejon”. Trzask i koniec. Pukam znów: „Gdzie mam jechać?”. Obruszył się na smutno: „Od godziny nie mogę dojeść”. Sałatkowy znad widelca, niechętnie: „Wilcza”.
Jazda na Wilczą. „Ludzie w terenie, są zdarzenia”. „Wiem, też mi się zdarzyło”. Gość z okienka obcina mnie jak żółtodzioba. Woła kolegę: „Weźmiesz kradzież, hehe”. Kolega: „Hehe”. Idziemy, przesłuchanie uprzejme. „Czym się pani zajmuje?”. „Polonistka”. „O matko. To mój słaby punkt”. „Nie szkodzi”. „W szkole uczy?”. „Na uczelni”. Spojrzał, jakbym wyskoczyła ze snu: „To na uczelni dalej jest polski?”. „Aha, czyta się, pisze”. Przeraził się: „Pisze... Jest pani pewna, że panią okradli?”.
Czy będzie wojna
Autobus 157, jazda w kierunku Ochoty. Korek w okolicy Smoczej, stoimy. Dwie z siatkami negocjują z kierowcą, by wypuścił, bo „akurat nasz blok”. „Ja się nie mogę otworzyć!”. „Służbista”. Rozkręca się gadka na sąsiednich siedzeniach. Pierwsza starsza: „Patrz pani, że ja wojny doczekam…”. Druga: „Dzięki Bogu, nie u nas”. „Ooo, na pewno będzie światowa”. „Była przepowiednia? Objawienia?”. „Wystarczy widzieć, co się z paliwami dzieje”.
Starszy siedzący przy mnie: „Eee, nic się nie zmienia”. „Panie Adamie! A wojny?”. „No oczywiście. Ale też, wie pani, rodzice zginęli w obozach. Kuzyni moi dziś we Lwowie”. „Obozy były kiedyś”. „Lwów to co innego”. „Myślą panie? Ja już mam śmierć za sobą. Nie zaskoczą mnie”. Patrzy w okno: „Przez lata myślałem, że ten instrument ma tylko czarne klawisze”. Druga starsza: „Filozof!”. Ja: „Instrument świat?”. Mrugnął porozumiewawczo: „Los. Ale są i białe”. „Czyli?”. „Trzeba tłumaczyć?”. „Żyjemy”.
Rżyj, dziadek, czyli jak robi wiewiórka
Pociąg do Opola. Dosiada się dwójka starszych z wnuczkiem. Dziadek: „Wnuku, nie szarżuj, pani czyta”. Ja, że nie szkodzi. Babcia: „Marcyś, opanuj się”. Marcyś: „To mnie zabaw”. Babcia: „Bój się Boga, wnuku, co to za gadanie”. Mały do dziadka: „To ty mnie zabaw. Wybierz zwierza”. „Co?!”. „Moja zabawa to zwierzę. Ja ci daję konia, ale wybierz”.
Dziadek łypie na mnie: „Dobra, mały, dziadkowie są kulturalnymi ludźmi”. Marcyś: „Nie wiesz, jak robi koń?”. Dziadek na zniżonym: „Nie przy ludziach”. „Tu nie ma ludzi”. Dziadek puszcza oko do mnie: „No, niezbyt”. Babcia zaczyna mantrować: „Matkomatko”. Mały: „Rżyj, dziadek”. Dosiadają się na chwilę dwie dziewczyny, obie za parawanem komórki. Mały do pierwszej: „Zrób jak małpa!”. Uciekają. Babcia blednie.
Marcyś udaje konia zachęcająco. Do mnie: „A pani kim jest?”. Babcia macha ręką zapobiegawczo. Uśmiecham się: „Jestem wiewiórką. Robi »czok, czok«”. Rozpromienia się: „A jak je?”. „Podtrzymuje nadgarstkami orzeszka”. „Jedz tak moją kanapkę!”. Wciska mi bułkę w ręce. Dziadkowie przerażeni. Mówię: „Kanapkę zachowaj, mam swoją. Pokażę, jak je wiewiór”. Kucam umownie i zajadam. Marcyś w euforii, stopniowo uspokaja się. Łapię kątem oka, że babcia płacze.
Mały do dziadka: „Widzisz, miałem rację, tu są zwierzątka”. „Nie odzywaj się do mnie” – dziadek na stężonym smutku. Gestem ręki wyciągam babcię z przedziału. Ona: „Nie wiem, jak przepraszać, pani ma poważne zadania, publiczne, a my tu...”. „Nie ma sprawy”. Zawiesza się: „Bo wie pani, on też coś ma…”. „U, jak wielu z nas”. „Ja wiem, ale pani na innym szczeblu...”. „Autyzmu?”. Śmiejemy się. „Czyli nie gniewa się pani?”. „Ani trochę. Po raz pierwszy mogłam być wiewiórką”.
Spotkaj się ze mną podczas ZLOTU POWSZECHNEGO: już 29 maja w Krakowie!
Zlot Powszechny to ogólnopolski zjazd sympatyków Tygodnika Powszechnego, którego centralnym punktem będą rozmowy z udziałem redaktorów, dziennikarzy i współpracowników.
Chcemy, aby Zlot Powszechny był miejscem pogłębionej debaty na najważniejsze dziś tematy społeczne. Miejscem nawiązywania kontaktów, twórczej energii i prawdziwej dyskusji. Bez pośpiechu. Bez uproszczeń. Z uważnością. Wydarzenie odbędzie się w piątek 29 maja w Krakowie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Uświetni je koncert Grzegorza Turnaua.
Bilety na ZLOT POWSZECHNY są dostępne w serwisie Evenea >>>

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















