Korytarz w Pałacu Staszica, wybiegam już niemal, ale telefon pada. Siadam na podłodze tuż przy gniazdku, podpinam na chwilę, czekam. A tu korytarzem maszeruje robotnik z wiaderkiem farby. Uśmiecham się odruchowo, czym ściągam uwagę, niestety. „A pani tu pracuje?”. „Nie” – odpowiadam prawdomówczo, chociaż mogłam powiedzieć, że tak, bo w Bibliotece IBL siedzę często i sporo. „To pani nie korzysta z kontaktu”. „?”. „Pani się wypnie”. „Aha”. „Nie pobiera pani prądu z tej ściany”. „Dobrze, idę”. „Pobór prądu, rozumie pani, jest dla pracowników. Pracowniczy prąd, rozumie pani. Nie tak, że każdy z ulicy”. „No jasne”. „To jest placówka naukowa, szybko byśmy zbankrutowali”. „Pewnie”. „Placówka naukowa, więc dla pani bez prądu. Niech pani nie zapomni czapki”.
I kolejna potyczka z korytarzem Pałacu Staszica. Siadam sobie, bo już nikogo wedle mnie nie ma, poza przemiłym panem pilnującym i panią od kluczy. Kucam, bo jak zwykle zmitrężyłam baterię telefonu, zdjęcia robiłam, słałam różności, więc muszę podładować staruszka, by ruszyć w miasto, a jest już po trzeciej, biblioteka zamknięta. Znalazłam kontakt i siedzę. Korytarze z wykładzinami we wzorki pod auspicjami sztucznego światła. Różnią się tylko poświatą chodnikową, oddolną. Siedzę, myśląc, że Pałac już odpoczywa, bo nikt tu się nie kręci; może spokojnie przetrawić wartę dzienną i wejść w drzemkę. A tu raptem otwierają się drzwi, jakaś pani maszeruje z kubkiem do toalety: „Co pani tu robi?”. „Ładuję telefon, zaraz pójdę sobie”. „Natychmiast! To jest placówka naukowa, tu się nie ładuje”. „Aha”. „Oraz nie wchodzi z ulicy. Tu się pracuje umysłowo. Pani wychodzi”. Pani tu nie siedziała.
Autobus 167, jazda z Ochoty na Mokotów. Siadam z torbami zakupowymi i przewijam w głowie wiele trudnego. Gorzkie bilanse. Twarzą w twarz siada staruszka. Trzyma się trochę balkonika, a trochę i mnie – wzrokiem. Milczymy. Ona raptem: „To wszystko minie”. „To?”. „To minie”. „Ale…?”. „Co ja będę mówić, sama pani wie”. Pauza. Dopowiadam: „A, że życie minie?”. Śmieje się: „Też, na pewno. Ale ja nie o tym”. „Tak…?”. „Ja się tak w pani wieku przejmowałam, że się na siebie targnęłam”. „Ech”. „Nie udało się, ale zapłaciłam chorym kręgosłupem”. „Uhm”. „Pani się przejmuje”. „Owszem”. „Bo pani się wydaje, że da się poukładać…”. „Możliwe”. „...te puzzle. Ile to ma elementów? Z tysiąc, prawda? To ja pani powiem, że na końcu i tak widzi się tylko rozsypankę na stole”. „I żadnego wzoru?”. „Niezbyt. Może jakie sto elementów dopasowałam – śmieje się – ale w złości i to niszczyłam, bo nie udało mi się szybko ułożyć całości. Gadam tak o tych puzzlach, bo na ferie syn nam podrzucił wnuka. Z pudłami puzzli. Ależ sprawnie układa!”. „Pięknie”. „Ano, piękne obrazki, ale jedno mnie niepokoi”. „Aha?”. „Zawsze, gdy skończy, mówi mi, że on tak ze wszystkim da radę”. „Że wszystko da się ułożyć?”. „Tak, przełożył to na świat. A ja, babcia, chcę, by miał zdrowy kręgosłup, wie pani. Żeby to zniósł…”. „...kiedy już dostanie pudełko ze światem”. „No właśnie”.
Autobus 119, jazda z Sielc na Mokotów Górny. Siadam sobie, a za plecami rozmowa wartka, na silnej emocji. Dociera: „»Chrońmy chaos«. Cały on!”. „Ale że tak powiedział? Czy narysował?”. „Powiedział, ale wiesz, on miał taką pewność słów... Jakby rysował. Konkret, rozumiesz”. „Z tego »chaosu« byłaby świetna grafika. Podziwiam, ja bym taką formułkę wysiadywał długo”. „Jemu przychodziło bez trudu”. „Skąd wiesz? Nie znałaś go”. „Nie, ale to się czuje”. „Ja »Rzeczy…« tylko znam”. „A ja wszystko”. „Nieźle się wkręciłaś. Podeszłaś do rodziny?”. „Nie, daj spokój. Tam byli ludzie ze środowiska, literaci. O! Jeszcze jedno zapisałam: »Z kimś...«”. „W sensie?”. „Ostatnie słowa. Nie dosłyszałam początku, tam jeszcze coś było”. „»Z kimś...«? Ej, to nic nie znaczy”. „Znaczy! Bo Marcin taki był: więzi, ludzie, wszystko dla ludzi”. „Znów mówisz, jakbyś go znała”. „Bo znałam”. „Przed chwilą powiedziałaś...”. „Słuchaj, jak ktoś pisze takie teksty, to go znasz. Bo on ci z tych swoich zdań podaje rękę, wiesz?”. Wysiedli. Nie wypadało wtrącić, że byliśmy na tym samym pogrzebie.
Nowy Świat, Chmielna, idziemy z Rudą do teatru na próbę. Jeszcze nie polikwidowali dekoracji świątecznych, jeszcze można wcisnąć się między lampki, zasiąść na pseudotronie, zarzucić sobie łańcuch choinkowy na czapkę, podświetlić się na kolorowo. Pozycjonowania sztywne, ale z nadzieją na efekt wizualny. Ruda precyzyjnie namierza kolejne miejsca, w które można wpasować się na zdjęcie. Zachęcam, by siadła w prezencie, pod kokardą. I jeszcze balony, i jeszcze inne tła. „Czy mam dobre tło?” – dobre pytanie. Tło ze skrzydeł anielskich, tło z balonów, tło z gwiazd. W każdym z tych teł formatka na człowieka, który wpasuje się między skrzydła, „weźmie” balon za nitkę, udźwignie koronę. „Pingwin, czy sfotografowałaś, gdy byłam aniołem?”. „Tak, zdążyłam”. „Twoje matczyne ręce są jak płetwy, nie skrzydła”. „Tak, Rudku, mam nadzieję, że chociaż zdjęcia dobre zrobiłam”. „Na pewno. Ale nie rezygnuj”. „Z czego?”. „Pingwin, stań tam, gdzie stałam, to polecisz”. „Ech, to musimy się nieźle cofnąć, spóźnimy się”. „Proszę, stań. Ty też możesz”. No dobrze, wracamy ku przecięciu Chmielnej, Szpitalnej. Prężę się na tle niebiesko-białej instalacji. Ruda robi zdjęcie. „Zadowolona?” – uśmiecham się. „Tak. Na tym zdjęciu latasz”. „Serio?”. „Latasz – mówi Ruda – bo ja tak to widzę”. „No patrz. Nie wiedziałam, że ta ścianka ma taką moc”. Ruda na fochu: „Ścianka ma? Ja mam”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















