Podróż do Bośni. Wakacyjne krajobrazy i mural ze zbrodniarzem wojennym

Wojna w Bośni zakończyła się 30 lat temu, jednak bośniacko-serbskie pogranicze do dziś nie otrząsnęło się z bólu i cierpienia. Choć nie wszystko ulega tu przeszłości. Podróż do bałkańskiego kraju, gdzie wszyscy lubią Polaków.
z Bośni i Hercegowiny
Czyta się kilka minut
Podobizna Ratko Mladicia na jednym z budynków w Lončari. Republika Serbska, 19 czerwca 2025 r. // Juliusz Pielichowski
Podobizna Ratko Mladicia na jednym z budynków w Lončari. Republika Serbska, 19 czerwca 2025 r. // Juliusz Pielichowski

Przejazd przez granicę chorwacko-bośniacką w Orašje przebiega sprawnie. Kontrola to formalność. Spojrzenie celnika na tablice rejestracyjne, sprawdzenie dowodu osobistego w bazie i można jechać.

Krajobraz się zmienia. Po bogatszych Węgrzech i wschodniej Chorwacji, w której ślady wojny sprzed 30 lat się zacierają – nawet w obróconym wtedy w gruzy Vukovarze – pierwsze kilometry po bośniackiej stronie przenoszą w inny świat. Jest wieczór. Skromne markety przy drodze sprawiają wrażenie prowizorycznych. Stacje benzynowe są już zwykle zamknięte.

Republika Serbska wita muralem z Ratko Mladiciem

Po chwili kolejna granica, tym razem bez punktów kontrolnych. Łatwo przeoczyć powitalne tablice. Republika Serbska, autonomiczna część Bośni i Hercegowiny. W Lončari odbijam w lewo na Brczko. To niewielkie, ale kluczowe dla regionu miasto nad Sawą.

Wkoło ubogi rolniczy krajobraz. Samochody jadą powoli, gorliwość tutejszej policji jest słynna. Po kolejnych kilometrach pierwszy szok: na ścianie przydrożnego budynku wielka podobizna Ratko Mladicia, zbrodniarza wojennego. Pod nią domalowana litera „Z”, symbol rosyjskiego imperializmu.

Mijam kolejną granicę. To już Dystrykt Brczko: kondominium Federacji Bośni i Hercegowiny i Republiki Serbskiej, utworzone jako bufor rozdzielający dwie części Republiki Serbskiej, oskrzydlającej Federację od wschodu i zachodu. Na wjeździe do miasta wita hotel Evropa z roztrzaskanym neonem. Ruch na drodze się zagęszcza, ulice tętnią życiem. W pubie Tri Sobe (Trzy Pokoje) wręcz się na nie wylewa. Po raz pierwszy od przygranicznego Orašje na chodnikach znów widać kobiety w hidżabach.

Młodzi gospodarze mieszkania, w którym spędzę noc, są pełni nadziei. O Zachodzie mówią dobrze, co wśród Serbów nie jest oczywiste. Obok wznosi się nowy budynek Uniwersytetu Europejskiego.

Polacy są tu lubiani, jak na całych Bałkanach

Krótki spacer po mieście zdaje się świadczyć, że Boszniacy, Chorwaci i Serbowie są w stanie żyć obok siebie, choć napięć nie brakuje. Dążenia separatystycznej Republiki Serbskiej, coraz śmielej artykułowane w ostatnich latach ustami Milorada Dodika, jej prezydenta, budzą obawy nie tylko po tej stronie Sawy.

Ale w Brczku jest spokojne. Gdy wieczorem pytam troje studentów o plany na przyszłość, nie wydają się zaprzątać sobie głowy polityką. Tylko Esma, studentka ekonomii, chce wyjechać za granicę. Czy rozważa powrót w przyszłości do Bośni? Być może. Uśmiecha się, wymienia spojrzenia z pozostałą dwójką. Na pewno nie do Brczka. Może do Sarajewa.

Następnego ranka wracam do Lončari. Tamtejszy kamieniarz z dumą potwierdza, że twarz na murze to Mladić. Patrzy, jak zareaguję. Na wieść, że jestem z Polski, kiwa głową z zadowoleniem. Polacy są tu lubiani, jak na całych Bałkanach.

Jedna z najpiękniejszych dolin Bałkanów

Z Brczka ruszam na południowy wschód. Pojawiają się wzgórza. Na horyzoncie majaczą góry, z których Bośnia i Hercegowina słynie. Z powrotem w Republice Serbskiej. Ale tylko przez kilkanaście kilometrów. Jezioro zaporowe Sniježnica, jeden z bardziej malowniczych zakątków w okolicy, leży znów w granicach Dystryktu Brczko.

Zmianę przynależności administracyjnej najłatwiej zauważyć po barwach policyjnych radiowozów, których mnóstwo krąży po drogach. Zostawiam za sobą strome lesiste brzegi Sniježnicy i znów zagłębiam się w Republikę Serbską. Teren się obniża, odsłania się jedna z najpiękniejszych dolin całych Bałkanów.

Zvornik, którego zabudowania tłoczą się u stóp gór, położony jest nad samą Driną. Kilka minaretów świadczy o jego dawnych i obecnych mieszkańcach. Nie sposób zapomnieć o zbrodniach, które miały tu miejsce 30 lat temu, choć dziś nie ma po nich wielu śladów.

Uwagę przykuwa most Aleksandra I Karadziordziewicia, króla pierwszej, międzywojennej Jugosławii. Pilnujący go policjant zabrania wstępu. Obecnie most służy jako piesze przejście graniczne tylko dla lokalnej społeczności. Po drugiej stronie Driny, niecałe dwa kilometry dalej, na terenie Serbii leży Mali Zvornik.

Odbudowana dżamija w Fočy i kwitnące lipy srebrzyste. Serbia, 22 czerwca 2025 r. // Juliusz Pielichowski

Srebrenica 30 lat po masakrze

Ruszam w górę rzeki, która wije się majestatycznie między górami. Gdy raz za razem wyjeżdżam na światło dzienne z niezliczonych tuneli, oślepia seledynowy odcień wód Driny. Wiele domów w mijanych wsiach stoi pustych, choć niektóre miejsca są rajsko piękne. Zewsząd wyziera bieda. W mizernych, spalonych słońcem ogródkach krzątają się głównie starzy ludzie.

W Bratunacu porzucam Drinę i ruszam na południowy zachód w stronę Potočari i Srebrenicy. Myślę o oswojonych już obrazach egzekucji mężczyzn i chłopców na pobliskich łąkach, dokonanych latem 1995 r., które zszokowały ówczesną Europę.

Srebrenica to dziś miasto-widmo. W ciasnej, klaustrofobicznej dolinie wciąż mieszka kilka tysięcy ludzi. Na każdym kroku wyczuwalna jest jednak nieobecność. Liczne domy są opuszczone. Gdzieniegdzie na zboczach wzgórz bieleją muzułmańskie cmentarze. Pod miejscowym sklepem atmosfera podejrzliwości. Kilka par oczu taksuje mnie z balkonów. Tylko wszechobecne koty zdają się nie zwracać na nic ani na nikogo uwagi.

W położonym kilka kilometrów niżej Potočari mieści się największy cmentarz ofiar z 1995 r. i muzeum-miejsce pamięci. Dobiegają końca przygotowania do obchodów 30. rocznicy masakry, zjeżdżają się rodziny zamordowanych. Na parkingu przed nekropolią stoją autokary.

Z przejeżdżających aut miejscowych dobiega głośna muzyka. Jeden z kierowców ostentacyjnie trąbi i krzyczy coś przez okno starego volkswagena. Uśmiecha się drwiąco, ale i niepewnie. Nikt nie zwraca na niego uwagi.

Nocne życie Sarajewa

Łąki górującego nad Sarajewem masywu Jahoriny są w pełni rozkwitu. Orgia barw i zapachów. W dole pulsuje miasto, które – po latach odbudowy po wojnie z lat 1992-95 – jest politycznym, biznesowym i kulturalnym sercem Bośni i Hercegowiny.

Zabytkowa Baščaršija, niegdyś główny miejski targ, pełni rolę turystycznego centrum miasta. Ciasne uliczki toną w przybyszach z całego świata. Adi, prowadzący pensjonat i restaurację, mówi, że Sarajewo jest dziś najpiękniejszym miastem na całych Bałkanach, a widział wszystkie. Ma 60 lat i spędził tu całe życie. Podkreśla z gospodarskim poczuciem wartości, że nigdy nie było piękniejsze.

Nie sposób się z nim nie zgodzić. Ze względu na położenie Sarajewo jest wręcz synonimem pięknego miasta na wzgórzach, choć w przeszłości położenie to bywało śmiertelną pułapką. Ale nie dziś. W piątkowy wieczór na sąsiadującej z Baščaršiją ulicy Zelenih Beretki, nazwanej tak w latach 90. na cześć ochotniczej formacji powołanej do obrony miasta, toczy się nocne życie. Jego rozmach może przyprawić o zawrót głowy.

Rozmawiam z młodymi Boszniakami. Sto metrów od nas stoi słynny hotel Europe, znany dawniej jako hotel Evropa. Pytam więc o Europę. Nigdzie w Bośni nastroje nie są tak prozachodnie jak tutaj. Gdy poruszam kwestię Republiki Serbskiej, wzruszają ramionami. Nie chcą o tym rozmawiać. Hana i Isa mówią wprost, że tu jest Bośnia i lepiej, by nikt tego nie próbował kwestionować. Isa ze śmiechem mówi, że i on stanąłby w obronie swojego miasta i kraju. Sarajewo to Bośnia, Bośnia to Sarajewo, dodaje.

Wkoło dudni muzyka. Aleją Maršala Tita płynie rzeka beztroskich ludzi. Na jednym z pobliskich budynków zawisł baner z zapowiedzią obchodów setnej rocznicy urodzin Aliji Izetbegovicia, prezydenta-filozofa, jednego z architektów współczesnej Bośni i Hercegowiny. Na wzgórzach miasto kładzie się do snu.

Ślady masakry w Srebrnicy

Ze stolicy ruszam znów nad Drinę. Pracownik stacji benzynowej w Rogaticy, słysząc, że jestem z Polski, obwieszcza dumnie: „My name is Dragomir, I’m from Republika Srpska.

Na opłotkach miasteczka motocykliści subtelnie dają znak, bym zwolnił – dalej na poboczu stoi patrol policji. Jadę niespełna pięćdziesiąt na godzinę. Nie mają powodu, by mnie zatrzymać. Jednak ręka z lizakiem unosi się. Gdy podjeżdżam, widzę, jak policjanci zerkają na tablicę rejestracyjną. Uśmiechnięty dwudziestokilkulatek pyta:

Sve OK?

OK.

Good luck.

Obywa się bez okazywania dokumentów. Wkrótce znowu jestem nad Driną. W górnym biegu wydaje się jeszcze bardziej zachwycająca niż w okolicy Zvornika. Most w Wiszegradzie, rozsławiony powieścią Ivo Andricia, niezmiennie przyciąga turystów, choć tutaj są to głównie Serbowie.

Zawracam i ruszam w górę rzeki. Jadę do Gorażde, miasta, o którym w latach 90. usłyszał świat. Dziś to jedyna w okolicy enklawa Boszniaków. Gdy parkuję w centrum, rozlegają się klaksony. Główną ulicą sunie orszak aut, na czele taksówka z włączonymi światłami awaryjnymi. Za nią biała suzuki vitara przyozdobiona różami, z flagą Bośni i Hercegowiny przywiązaną do bagażnika na dachu. Nowożeńcy.

W restauracji rozmawiam z pracującą w kuchni kobietą, rocznik 1956. W pewnym momencie zaczyna kreślić palcem na kontuarze cyfry: 8371. Liczba ofiar masakry w Srebrenicy. W tej dolinie nie ma ucieczki od historii. Kobieta mówi o snajperach zabijających cywilów, jak w Sarajewie. Wymienia nazwy miejscowości, w których niegdyś żyli Boszniacy.

W Gorażde jadę przed miejski stadion, na którego murze napisano sprayem: „Don’t forget Srebrenica ’95”. Na balkonie pobliskiego domu chłopiec mierzy do przechodniów z zabawkowego karabinu. Gdy łapiemy kontakt wzrokowy, peszy się i znika. Elewacja budynku upstrzona jest białymi kleksami zaprawy wypełniającej dziury po kulach.

Jugonostalgia wśród Serbów

Wojna zakończyła się 30 lat temu, a jednak bośniacko-serbskie pogranicze do dziś nie otrząsnęło się z bólu i cierpienia. Na szczęście nie wszystko ulega tu przeszłości. W pobliskiej Fočy, leżącej na terenie Republiki Serbskiej, od kilku lat znów można podziwiać meczet Aladża. Zrównany wtedy z ziemią, niedawno został odbudowany. Uchodził za jeden z najpiękniejszych na Bałkanach. Teraz spowija go zapach wszechobecnych lip, których granice występowania nie mają nic wspólnego z tymi wytyczanymi przez żyjących w ich cieniu ludzi.

Ruszam do Trebinje, położonego na przeciwległym do Brczka, południowym krańcu Bośni i Hercegowiny. W dolinie Sutjeski, u podnóża majestatycznego szczytu Maglicia, trwają obchody rocznicy słynnej bitwy jeszcze innej, dawniejszej wojny. Drogą prowadzącą wzdłuż wysokogórskiej rzeki maszeruje czerwono-zielony korowód. Niektórzy uczestnicy mają na sobie repliki starych mundurów.

Pod monumentalnym pomnikiem upamiętniającym starcie państw Osi z partyzantami Tity zgromadziły się tłumy. Z oddali słychać śpiew. Większość świętujących przyjechała z Serbii. Z rozrzewnieniem wspominają czasy sprzed 1989 r. Jugonostalgia trzyma się najmocniej wśród Serbów.

Jeden z mężczyzn, Milan, gdy słyszy słowo „Polska”, przywołuje Wojciecha Jaruzelskiego, wielkiego, jak mówi, przywódcę. Gdyby utrzymał się przy władzy po 1989 r., mówi, Polska byłaby dziś wielkim krajem. A tak wszystko przepadło. Jak Jugosławia po śmierci Tity. Na pożegnanie bierze mnie w ramiona.

Sprzedawca z obnośnym kramikiem proponuje pamiątkowy proporczyk za jedyne cztery euro. Gdy pytam, ile to będzie w bośniackich markach, mówi, że też cztery. Czyli pół ceny? Pół. Jak za pół ceny, to biorę.

Książka jako talizman

W okolicach Trebinje krajobraz staje się już prawdziwie śródziemnomorski. Na wyschniętych jałowych górach miejscami dochodzi do samozapłonu traw i krzewów. Od kilku dni w całym regionie szaleją pożary.

Na mijanych tablicach z nazwami miejscowości raz za razem można dostrzec nabazgrane w pośpiechu litery „Z” i napisy chwalące Rosję i Putina. W Trebinje gdzieniegdzie widać nieduże podobizny Mladicia, malowane od szablonu.

Ale to tylko jedna z prawd o tej okolicy, która słynie z gościnności. Wielu Serbów pracuje w chorwackim Dubrowniku, a turystyka, filar miejscowej gospodarki, jest dziś tym, co łączy bacznie obserwujące swoje poczynania narody.

W cieniu platanów i lip, jakimi obsadzone jest centrum starego miasteczka, trwa międzynarodowy festiwal folklorystyczny. Na kiermaszu kupuję egzemplarz „Mostu na Drwinie”. Wydana w 1945 r., powieść Andricia opowiada o innej Bośni, sprzed roku 1914, gdy społeczności muzułmańska i serbska żyły w pokoju, a tytułowy most je łączył.

Kupuję ją jako pamiątkę – i może talizman.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ziemie zabliźnione