„Co pan fotografujesz ten dziurawy płot?”. Urbanowicz o Polsce poza kadrem dużych miast

Marcin Urbanowicz, fotograf: Dostaję wiadomości, że ktoś mieszka od lat za granicą, a gdy ogląda moje zdjęcia, marzy mu się, by wrócić.
Czyta się kilka minut
Moszczenica, 2024 r. // Fot. Marcin Urbanowicz
Moszczenica, 2024 r. // Fot. Marcin Urbanowicz

Anna Goc: Na ostatnich zdjęciach jest cmentarz w Lisowie, kilka grobów i stojak, na którym ktoś zawiesił plastikowe butelki do podlewania kwiatów, jak woreczki z kroplówką. 

Albo dom w Jeżewie Nowym z zaśnieżonym progiem, pootwieranymi drewnianymi okiennicami i opartymi o werandę oponami. Dlaczego skierowałeś obiektyw aparatu właśnie tam?

Marcin Urbanowicz, fotograf: W pandemii szukałem miejsc, gdzie mógłbym chodzić z córką na długie spacery. Mieszkaliśmy w Legionowie pod Warszawą, więc jeździliśmy nad Jezioro Zegrzyńskie, gdzie po raz pierwszy mogłem jej pokazać sarny, lisy, a nawet łosia.

Zatrzymywaliśmy się też po drodze w mniejszych miejscowościach – w Wieliszewie, Zegrzu, Płońsku. Wysiadaliśmy z samochodu i spacerowaliśmy. Wtedy zacząłem zauważać prowincję.  

Pludry, 2025 r. // Fot. Marcin Urbanowicz

Jaką? 

Taką, która wymyka się schematom. Miejsca, które wyglądają jakby zatrzymały się w czasie. I właśnie tym nas zaskakują, bo przypominają te, które zapamiętaliśmy z dzieciństwa.

W 2020 r. przeprowadziliśmy się na Śląsk, w rodzinne strony mojej żony. Znów zacząłem jeździć po okolicy. Tym razem sam i znacznie dalej. „Co pan fotografujesz ten dziurawy płot?” – zapytał ktoś czasem. „Po co panu ta zniszczona huśtawka?”.

Co odpowiadałeś? 

Że chciałbym te miejsca zachować, bo jeśli wrócę tu za pół roku, ani tego płotu, ani tej huśtawki już nie będzie. Poza tym miałem poczucie, że nadaję drugie życie rzeczom pomijanym.

Pod jednym ze zdjęć ktoś skomentował, że utrwalam stereotyp polskiej wsi. Zdziwiło mnie to, bo przecież nie jeżdżę do małych miejscowości, by je obśmiewać w zdjęciach, nawet jeśli czasem znajduję tam tzw. śmiesznostki. Mam do tych miejsc mnóstwo ciepłych uczuć, a rzeczywistość, którą pokazuję, jest wielowymiarowa –  jest i wesoło, i smutno, jak w życiu.

Jak mieszkańcy przyjmują nieznajomego z aparatem? 

Przez pierwsze lata skutecznie unikałem ludzi. Wybierałem kolejne miejscowości, sprawdzałem godzinę wschodu słońca i wyjeżdżałem z domu, gdy było jeszcze ciemno, by być na miejscu o świcie. Najczęściej jeździłem w niedziele. Mieszkańcy pojawiali się dopiero wraz z pierwszymi mszami w kościele, więc przez większość czasu moja obecność nie kłuła w oczy.

Byłem w około siedmiuset miejscowościach – wsiach i miasteczkach kilkutysięcznych. Są miejsca, z których nie przywiozłem ani jednego zdjęcia, w innych robiłem ujęcia co kilkadziesiąt kroków.

„To mnie określa. Patrzę na te zdjęcia i czuję, że to ja. Moja tożsamość” – napisał Ziemowit Szczerek we wstępie do Twojej książki „Dzień dobry, Polsko”, w której zebrałeś zdjęcia z podróży. I dalej: „Mogę patrzeć na te zdjęcia bez końca”, i jeszcze: „Mój Boże, powinniśmy sobie wszyscy takie ogrodzenia tatuować na plecach, tak bardzo są polskie”. Coś w nas tymi zdjęciami chyba uruchomiłeś.

Jestem z pokolenia milenialsów, wychowywaliśmy się na podwórku bez telefonów komórkowych. Pamiętamy polską zimę, zapach dymu z kominów, światła z okien domów.

Nocna fotografia, którą zacząłem robić, wywołuje nostalgię za dzieciństwem. Za wieczorem na polskiej prowincji i nie tylko. Te fotografie niosą wartości, z którymi utożsamiają się również osoby z dużych miast. Dostaję wiadomości, że ktoś mieszka od lat za granicą, a gdy ogląda moje zdjęcia, marzy mu się, by wrócić do Polski. Taką ją pamięta. I za taką tęskni.

Choć tych miejsc, które naprawdę pamiętamy z dzieciństwa, już przecież prawie nie ma. 

Schodnia, 2025 r. // Fot. Marcin Urbanowicz

Cały cykl zdjęć poświęciłeś sieci sklepów Dino – pokazując także to, jak polska wieś się zmienia. 

W niemal każdym miasteczku są co najmniej trzy nowe miejsca: Dino, Żabka i paczkomat. A tam, gdzie były nasze podwórka – parkingi. 

Byłem ostatnio w miejscowości Kruszyna pod Częstochową, w której już kiedyś robiłem zdjęcia. W miejscu, gdzie była stara kwiaciarnia, zupełnie niepasująca do współczesności, stoi Biedronka.

Obserwujesz, jak sieci sklepów i dyskonty zmieniają społeczność? 

Trudno mi powiedzieć, bo moje mikropodróże odbywam zwykle w niedziele, które nie są dniem handlowym. Ale jeśli tylko mogę, zawsze wchodzę do lokalnych sklepów, bo one są jak muzea. Jeśli jeszcze gdzieś zatrzymał się czas, to tam.

Miałem nawet pomysł na fotoreportaż z małych sklepów, ale panie, które tam pracują, zwykle nie zgadzały się na zdjęcia. Fotoreporter nie może zanonimizować bohatera jak reporter, zabiera jego wizerunek na zdjęciu.

Andrzej z Lublińca, 2025 r. // Fot. Marcin Urbanowicz

Jednak ostatnio publikujesz także portrety, czasami z krótką wypowiedzią. „Na próbę idę, my z dziewczynami tworzymy Tykocińską Kapelę Trójki i gramy przy okazji lokalnych wydarzeń (…) w samochodzie mam taką, co cały czas dla mnie tańczy – pokażę panu” – mówi jeden z Twoich bohaterów, 84-letni mieszkaniec Tykocina. 

Wybieram ludzi, którzy mnie czymś przyciągnęli. Nie robię jednak portretu socjologicznego mieszkańców prowincji. Interesuje mnie człowiek, który w jakiś sposób nie pasuje do współczesności i ta „osobność” mnie pociąga. 

W ubiegłym roku jechałem robić zdjęcia ślubne pod Toruniem. Wyjechałem jak zawsze wcześniej, żeby mieć czas na zatrzymanie się w kilku miejscowościach po drodze. Zobaczyłem starszego pana, który siedział na ławeczce i wygrzewał się w słońcu. 

Zaparkowałem w zatoczce, podszedłem do niego: – Ale panu zazdroszczę! – zacząłem. – Czego? – zapytał. Błaha zaczepka zmieniła się w prawie godzinną rozmowę o jego życiu – o śmierci żony i o rodzinie, która mieszka daleko.

Wtedy pomyślałem, że chciałbym zrobić cykl o samotności mężczyzn na prowincji. 

Zaskoczyła Cię ta sytuacja?

Niby wiemy, że jest coraz więcej osób samotnych. Niby mamy dane demograficzne, które to potwierdzają. Jednak dopiero te kilka rozmów, niezaplanowanych, ale przez to szczerych i mocnych, uświadomiło mi, jak poważny to problem.

Jak to jest, mieć 65 lat i być zupełnie samemu na świecie? Statystyki pokazują, że kobiety częściej wyjeżdżają do większych miast, kształcą się, mężczyźni zostają na wsiach. Coraz więcej jest też młodych samotnych, ale z nimi – takie mam doświadczenia – rozmawia się dużo trudniej niż ze starszymi. Niełatwo się mówi o trudnych rzeczach, zwłaszcza przy zupełnie obcej osobie.

Mężczyzna, który siedział w słońcu na ławeczce, wypłakał się obcemu chłopu. Ciężka to była rozmowa, ale po niej przyszła ulga. Powiedział, że prawdopodobnie uratowałem mu życie.

Zobacz, do tej pory głos mi się załamuje, gdy o tym opowiadam. 

Spotkaliście się jeszcze kiedyś? 

Nie, podziękował mi, że znalazłem dla niego czas, a potem odprowadził do samochodu. 

Innym razem spotkałem na ulicy starszych państwa, oboje po osiemdziesiątce. Szli, trzymając się za ręce. Okazało się, że wracali ze mszy z okazji sześćdziesięciolecia ich małżeństwa. Odprowadziłem ich do małego, starego samochodu. Było w tym coś wyjątkowego. Spędzili ze sobą całe życie i było im ze sobą wciąż dobrze. Nie mogłem do nich nie podejść.

Zapytałeś, czy możesz im zrobić zdjęcie? 

Tak, po pięciu minutach rozmowy dali mi adres, zapisali numer telefonu. Nie czuję się jednak komfortowo z tym, że ludzie potrafią mi tak zaufać. Odpowiadam, że chciałbym im tylko zrobić zdjęcie, tu, na ulicy, i – jeśli to możliwe – zapisać kilka słów z naszej rozmowy.

Zgodzili się? 

Oczywiście, zrobiłem zdjęcie i powiedziałem, że odbitkę w ramce przywiozę i to będzie mój prezent na ich rocznicę. Gdy przyjechałem ze zdjęciem, zostałem zaproszony na obiad. Potem jeszcze kilka razy byłem u nich na kawie.

Chciałbym mieć czas, by opowiedzieć o tej miłości, boję się tylko, żeby nie było za późno. Ciągle mam to z tyłu głowy.

W ubiegłym roku zrobiłem ponad 150 portretów. Jednak bardzo wiele osób, z którymi rozmawiam, jest pozamykana. Ciężko ich namówić na zdjęcie. 

Więc jak to robisz? 

Czasem może powiem, że ktoś ma ładnego wąsa.

O!

Ale nie wkupiam się w łaski! Nie ciągnę za język. Zdjęciem i tak naruszam ich strefę intymności. Porywam wizerunek. Dlatego nigdy nie wychodzę z inicjatywą, żeby mi coś o swoim życiu opowiedzieli. Jeśli się podzielą, jestem im za to wdzięczny.

Czasami mówię też, że fotografia jest dobra do tego, żeby ludzi zapamiętać. Chciałbym w dalekiej przyszłości stworzyć książkę z portretami – Polacy lat 20. XXI wieku, by bohaterowie moich zdjęć zostali na dłużej w pamięci, a nie tylko mignęli na jednym czy drugim profilu w social mediach. 

Pytają o publikację?

Zawsze gram w otwarte karty – przedstawiam się z imienia i nazwiska, mówię, skąd jestem i że prowadzę profil na Instagramie. Powtarzam, że portretuję ludzi w dobrej wierze, nigdy w złym kontekście.

Jeśli mam kontakt z osobami, które zgodziły się na portret i mieszkają w pobliżu, wracam z odbitkami. W Lublińcu, gdzie teraz mieszkam, prawie codziennie widuję pana Zdzisława, który ma długie, siwe włosy. Zrobiłem mu jeden z pierwszych portretów i nie był to dobry portret. Wręczyłem mu go, ale za każdym razem, gdy go spotykam, myślę, że musimy zrobić kolejny, bo pan Zdzisław zasługuje na zdecydowanie lepszą fotografię.

Marta i Krzysztof. Łódź 2024 r. // Fot. Marcin Urbanowicz

Czego się dowiedziałeś o nas – o Polsce i Polakach – fotografując śluby

Robię reportaże ślubne, bez ustawek i reżyserowania. Dowiedziałem się więc sporo, o specyficznej i wąskiej grupie ludzi – takich, którzy nie oczekują zdjęć ze ślubu idealizujących ten dzień. 

A jakich? 

Prawdziwych. – Mylcie się, gubcie się, pozwólcie sobie na „niewiedzenie”, a ja to sfotografuję – mówię tym, którzy zamawiają mnie jako fotografa. Utrwalę ten dzień i pokażę, jaki on był. I znów – czasem będzie zabawnie, czasem smutno albo emocjonująco.

W momentach, kiedy obiektyw powinien być w tym miejscu, gdzie wszyscy by go oczekiwali, często odwracam go w inną stronę. Gdy młody pan zapina muchę, robię zdjęcie babci, która w tym czasie w kuchni je zupę. Złapanie tego momentu z tej perspektywy jest dla mnie tysiąc razy ważniejsze. Później z tych małych historii tworzę cały reportaż.

Gdy przychodzę do pary na przygotowania i widzę, że on gra na konsoli albo biega w gaciach, a ona otwiera drzwi makijażystce, to już wiem, że będę miał historię. Nie przychodzę na gotowe – gdy ludzie są już ładnie ubrani, uczesani i gotowi do wyjścia, a dom wysprzątany. Im więcej codzienności w tym niecodziennym dniu, tym lepiej.

Są zadowoleni? 

W ważnych momentach życia, przejścia, ludzie nie zawsze potrafią być sobą. Moim zadaniem jest pozwolić, by ta prawdziwość sama przyszła, nie wymuszać jej i nie wywierać presji.

Wesela się zmieniają?

Coraz mniej mamy „zabaw weselnych”, więc chyba jednak nie uda mi się sfotografować pończochy na męskiej twarzy zakładanej w rytmie disco polo. Coraz więcej za to przyjęć: goście siedzą przy stołach i rozmawiają, mniej tańczą. Trudniej zrobić „efektowne” zdjęcie, kiedy z pozoru nic się nie dzieje. Myślę jednak, że to dobrze, bo od tych wszystkich „atrakcji” ważniejsze są relacje międzyludzkie i prosta rozmowa.

Często proszę pary, by wybrały kilka zdjęć, które są ich zdaniem najlepsze.  Zazwyczaj są to zabawne klatki, ujęcia wieloplanowe, takie, gdzie się dużo jednocześnie działo. Jednak raz w top pięciu zdjęć dostałem prosty portret pana, który siedzi przy stoliku, jest wpatrzony w parkiet i lekko się uśmiecha.

Dobra, powiedziałem tamtej parze – to zdjęcie rozumiem, to i to też. Ale ten uśmiechnięty pan? A oni na to, że to zdjęcie ich bardzo wzruszyło, bo to jest wujek, który nigdy się nie uśmiecha. I mimo że był najbliższą rodziną panny młodej, ona nigdy nie widziała jego uśmiechu. To są niezwykłe bonusy, o których podczas fotografowania nie mam pojęcia.

A gdybyś miał wybrać najlepsze zdjęcia ze swojego życia, na których Ty jesteś? 

Na pewno byłoby to zdjęcie z porodówki, gdy urodziła się moja córka, a ja trzymam ją zawiniętą w kocyk i mam łzy w oczach. I widzisz, do tej pory mnie ten moment wzrusza.

W podstawówce zacząłem zbierać pocztówki i do drugiej klasy liceum uzbierałem niezłą kolekcję, ze dwa kartonowe pudła. Pojechaliśmy z rodzicami w Bieszczady i tam były widoki, które mnie zachwyciły. Zapamiętałem wspaniałe widokówki z Tarnicy, Połoniny Caryńskiej, Wetlińskiej. Pomyślałem wtedy, że zbieram widokówki, a tak naprawdę mógłbym sam je robić.

Tak się zaczęło?

Najpierw musiałem jeszcze sprzedać gitarę, żeby mieć pieniądze na pierwszy aparat. Za tydzień minie równe 20 lat, odkąd go kupiłem – to był Kodak C330, małpeczka cyfrowa, cztery megapiksele i tylko automatyczny tryb.

Wsiadałem na rower i jeździłem z nim za miasto. I chyba już wtedy szukałem miejsc, które chciałem sfotografować. Po pierwszych kilku wyjazdach poczułem, że totalnie przepadłem.

Takie prawdziwe zakochanie, podobne do tego, gdy zakochujesz się w dziewczynie. Przychodzi niespodziewanie, jest niespodzianką, nie wiedziałeś, że może aż tak kopnąć. A po jakimś czasie zdajesz sobie sprawę, że nie możesz już bez tego żyć.

Rozmawiała Anna Goc

Marcin Urbanowicz jest fotografem z Lublińca. Z wyróżnieniem ukończył szkołę fotograficzną Fotoedukacja w Katowicach, a następnie Fotografię prasową, reklamową i wydawniczą na UW. Z zawodu grafik i fotograf ślubny, z pasji dokumentalista. 

Jego fotografie zdobyły ponad 60 nagród na polskich i zagranicznych konkursach, m.in.: International Photography Awards, Grand Press Photo, Leica Street Photo czy Śląska Fotografia Prasowa. W 2024 r. ukazała się jego pierwsza książka fotograficzna „Dzień dobry, Polsko”. Prowadzi profil na Instagramie prowincjonalny_fotograf. 

Marcin Urbanowicz // Fot. Archiwum prywatne
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 05/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dobry wieczór, Polsko