Powiedz, jak było” – tak brzmią ostatnie słowa jednego z bohaterów, ofiary tonącego „Jana Heweliusza”. Po odtworzeniu powodzi z 1997 r. w serialu „Wielka woda” jego twórcy, scenarzysta Kasper Bajon i reżyser Jan Holoubek, cofają się o cztery lata wcześniej, poszukując w największej polskiej katastrofie promowej nie tyle faktograficznej prawdy, co racji i emocji, jakie ciągle wywołuje tamten wypadek.
Dramat sądowy i kwestia winy kapitana
Miniserial „Heweliusz” bezbłędnie łączy w sobie kilka filmów, rozegranych w różnych planach czasowych i różnych konwencjach. Wielkoskalowy spektakl, jakim staje się sama katastrofa, szybko zamienia się w opowieść o winie, na dodatek w znaczeniu podwójnym.
Czy kapitan Ułasiewicz (Borys Szyc) podjął w kryzysowym momencie niewłaściwie decyzje? – to jest przedmiotem gęstego dramatu sądowego, który ma zdjąć winę z potężnego armatora. I czy Andrzej jest bohaterem tej historii, czy może jednak antybohaterem, który co prawda sam stracił życie, lecz ma na swych rękach krew ponad pięćdziesięciu osób? Wokół tego toczy się osobisty dramat rodziny kapitana oraz innych rodzin naznaczonych powypadkową traumą.
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
A na to nakładają się jeszcze brudne gabinetowe rozgrywki, które mają pogrążyć Andrzeja i wygasić sprawę, oraz tajna akcja służb specjalnych. Liczą się tu przede wszystkim interesy grubych graczy, a nie czyjeś straty, cierpienia, dylematy czy dobre imię. Inaczej niż dla twórców „Heweliusza”, którzy świetnie balansują między sensacyjnym „proceduralem” a opowieścią o żywych ludziach.
Rekonstrukcja katastrofy na pokładzie „Heweliusza”
Sceny katastroficzne zaiste chwytają za gardło. Przywoływane w serialu kilkakrotnie i z różnych perspektyw (załogi, pasażerów, kapitana) powodują immersję w najdosłowniejszym tego słowa znaczeniu. Możemy doświadczyć jej z bardzo bliska, zamknięci w niesprawnych trzewiach promu czy wrzuceni w zimne bałtyckie głębiny.
Pośród modlitw, przekleństw, kwiku przewożonych na promie świń i szalejącego żywiołu przebija głucho dudniący ambient stworzony przez Jana Komara. A wyjątkowo trudne zdjęcia Bartłomieja Kaczmarka i dynamiczny montaż Rafała Listopada sprawiają, że cały ten chaos, ciemność, groza stają się nieomal cielesnym udziałem widza.
Ale tak jak realistyczna rekonstrukcja zdarzeń na morzu daje poczucie uczestnictwa, tak odtwarzanie tego, co już po katastrofie – rozczłonkowanych ciał czy ich fizycznego rozkładu – wydaje się niepotrzebnym naddatkiem. „Heweliusz” sam w sobie jest widowiskiem miażdżącym swoim rozmachem, grającym na całego emocjami i napięciem, toteż dokładanie mu tego rodzaju „atrakcji” przypomina momentami żerowanie na tamtej tragedii. Nawet jeśli zdecydowana większość bohaterów serialu jest fikcyjna.
Lata 90. w detalach: kawa plujka i automatyczne sekretarki
Łatwo się zanurzyć także w klimacie najntisów, co nie dziwi w przypadku tak doświadczonej ekipy filmowej. Mamy więc kawę plujkę w duraleksie, automatyczne sekretarki w telefonach stacjonarnych, siedmiocyfrowe ceny w spożywczaku, brzydkie wzorzyste swetry, które dzisiaj, w innym pokoleniu, wróciły do łask…
Chwilami może nawet za dużo na ekranie tego gadżeciarstwa, ale któż z nas nie lubi takich nostalgicznych mrugnięć. W wyglądzie ulic, wystroju wnętrz, w ówczesnych stylówkach przegląda się wyklęta epoka wczesnej transformacji, ze swoimi patologiami, kontrastami, mniej lub bardziej wstydliwymi aspiracjami. Daleka i swojska jednocześnie.
„Heweliusz”: serial bez fałszywego heroizmu
W tamtych przejściowych czasach działania aparatu państwowego miały jeszcze wiele wspólnego z epoką słusznie minioną, a już napierało to nowe, uwłaszczone, fałszywie kolorowe, nie mniej drapieżne. Na tym historycznym już tle wybijają się postacie, które nie stały na kapitańskim mostku.
Ocalały i straumatyzowany Witek, wybitnie zagrany przez Konrada Eleryka, czy Aneta, żona zabitego tirowca, która padła również ofiarą społecznej niesprawiedliwości i na dodatek fatalnej pomyłki.

W interpretacji Justyny Wasilewskiej to postać nieomal antyczna – złamana żałobą, niesiona zemstą, szantażowana, zastraszana, która rośnie i przeobraża się z każdą sceną.
Właśnie ów brak uproszczeń, skrótów, pochopnych ocen czy fałszywych happy endów pracuje na wiarygodność „Heweliusza” w stopniu wcale nie mniejszym niż jego produkcyjna jakość.
HEWELIUSZ – reż. Jan Holoubek. Prod. Polska/Belgia 2025. Netflix.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















