Piąty sezon „Stranger Things”: czy serialowy świat przypomina obecny?

Miasteczko Hawkins, jak i Druga Strona – mroczny ląd zamieszkały przez wytwory wyobraźni – to przestrzenie, w których wszyscy możemy się spotkać.
Czyta się kilka minut
Kadr z serialu „Stranger Things”, sezon 5, Netflix // materiały prasowe
Kadr z serialu „Stranger Things”, sezon 5, Netflix // materiały prasowe

To było w wigilię roku 1992. Mama paliła papierosa, braciszek zadawał szyku krawatem w zielone romby, a pod choinką czekała paczka. Cokolwiek znajdowało się w środku, pachniało demolką i klejem do plastiku. Dni smoków, gangsterów z Yakuzy oraz boazerii były policzone.

Ilekroć oglądam serial „Stranger Things” o dzieciakach, które na przełomie lat 80. i 90. buszują po centrach handlowych prowincjonalnej Ameryki oraz metafizycznej krainie pełnej potworów, przypomina mi się ta chwila. Katalizatorem wspomnień jest zazdrość. Ależ to wszystko lśniące, kolorowe, stylowe i... obce. Jak gładko układa się pejzaż nieprzeżytego dzieciństwa. Jak kuszącym czyni rytuał zapośredniczonej nostalgii.

„Stranger Things”: podróż do źródła popkultury

Pamiętacie całonocne sesje „Lochów i smoków” w piwnicach? Śmiganie na BMX-ach wśród równo przyciętych żywopłotów? Śpiewanie piosenek z „Niekończącej się opowieści” na głosy? Ja też nie, ponieważ wychowałem się w Polsce, gdzie do piwnicy chodziło się po weki, łańcuchy rowerowe spadały po dwustu metrach, a niekończącą się opowieścią były roraty.

Żeby nie było – mieszkańcy miasteczka Hawkins w stanie Indiana też coś stracili. Nie skakali po kanapach, krzycząc: „Podłoga to lawa!”. Nie spacerowali tak, by omijać łączenia płyt chodnikowych. Nie nawijali sobie ściągaczy od plecaka na palce. Nie zamieniali lodów waniliowych w ciapaję. Też mi dzieciństwo.

Serial Braci Duffer pokazuje ich wędrówkę od jednego „pokoleniowego doświadczenia” do drugiego. Angażuje bohaterów w niekończący się dialog z esencjonalnymi tekstami epoki – filmami, książkami, komiksami, grami wideo. Umieszcza ich w wielkim gabinecie luster, do którego tzw. prawdziwe życie przesącza się wyłącznie pod postacią efektownych narracyjnie i dramaturgicznie konfliktów: kruchego rozejmu z rodzicami, miłosnych wzlotów i upadków, aktów poświęcenia jednostki na ołtarzu przyjaźni.

Z perspektywy rodzimego widza przypomina to wszystko podróż do kolebki wielkich znaków współczesnej popkultury – często rozumianych dosłownie, przybierających postać logotypów, marek i haseł reklamowych. Lata 90. w Polsce były przecież królestwem podróbek – importowanych z Tajwanu konsol do gier, butów Abibas, bułgarskiej konfekcji ze stadionu. Serialowe dzieciaki, szczęściarze, grają na Super Nintendo. I choć nie znajdą na bazarku trzydziestu gier w cenie jednej, to przynajmniej nie męczą się z Pegasusem.

Jednocześnie zarówno Hawkins, jak i Druga Strona, czyli mroczny ląd zamieszkały przez wytwory nasiąkniętej kinem grozy wyobraźni, to przestrzenie, w których wszyscy możemy się spotkać. Gdy kurz po transformacji opadł, nadrobiliśmy przecież obowiązkowe lektury amerykańskich dzieciaków. Pal licho, że sami zbliżaliśmy się wówczas do trzydziestki.

Technologie, binge-watching i buntowniczy mit nostalgii

Skoro o metryczkach mowa, nastoletnie gwiazdy „Stranger Things” starzeją się znacznie szybciej niż ich bohaterowie. W 2016 r. aktor Finn Wolfhard był równolatkiem granego przez siebie Mike’a Wheelera. Dziś różnica wieku wynosi sześć lat. W przypadku zaś Gatena Matarazzo (ekranowy Dustin Henderson) – siedem lat. 

Rekordzistą pozostaje nieco starszy w momencie premiery cyklu Joe Kerry, 33-latek, który w nadchodzącym piątym sezonie serialu wcieli się w dwudziestolatka.

Wychowani na klasyce w rodzaju „Beverly Hills 90210” zwykliśmy dostrzegać w takim obsadowym rozdaniu powód do żartów. Tyle że o sile serialu świadczy również kontekst streamingowej rewolucji, dzięki której „telewizja” stała się jeszcze efektywniejszym wehikułem sentymentalnych podróży. Technologia i nostalgia istnieją w ścisłej symbiozie. Głównie dlatego, że wraz z rozwojem tej pierwszej, świadectwa tej drugiej stają się coraz wyrazistsze, pełniejsze i emocjonalnie angażujące.

Binge-watching, czyli rozpowszechniona w dużej mierze dzięki Netfliksowi oraz „Stranger Things” praktyka pochłaniania całych sezonów seriali, to fantastyczna metafora splotu technologii i nostalgii. Jeden seans odpowiada jednemu dniowi w latach 80.

W świetnym eseju „Nostalgia jako źródło cierpień” (tłum. Iwona Boruszkowska) amerykańska teoretyczka kultury Svetlana Bojm pisze tak: „Nostalgik chciałby przekształcić historię w prywatną czy też zbiorową mitologię, odwiedzić ponownie czas tak jak odwiedza się przestrzeń, odmawiając ukorzenia się przed nieodwracalnością czasu, która jest zmorą kondycji ludzkiej. Stąd przeszłość nostalgii, parafrazując Williama Faulknera, nie jest nawet przeszła. Może być jedynie lepszym czasem lub czasem wolniejszym – czasem poza czasem, nie obciążonym kalendarzem terminów”.

Wspomniany fragment – choć pierwotnie odnosi się do nostalgii jako przejawu buntu przeciw galopującemu postępowi – zaskakująco dobrze wyraża narracyjną logikę serialu. Mit idealnego dzieciństwa nie jest na ekranie parawanem, który należy zedrzeć, by odsłonić jakąś bolesną prawdę o inicjacji w dorosłość. 

Jasne, bohaterowie dojrzewają wraz z rozwojem fabuły. Ich relacje zmieniają się w kontaktach z dorosłymi (figury heroicznej matki granej przez Winonę Ryder oraz skruszonego patriarchy portretowanego przez Davida Harboura są w opowieści kluczowe). Z kolei ich lęki, traumy i nadzieje stanowią temat wielu odcinków. Scenarzyści dbają jednak o to, by pozostali owadami uwięzionymi w bursztynie. Nostalgia ma być nie tylko punktem wyjścia, ale i dojścia.

Czego się boimy? „Stranger Things” a współczesne lęki

Czwarty sezon serialu zawiera jedną z moich ulubionych scen w całej historii, przepraszam za wyrażenie, ruchomych obrazów. Oto dziewczynka, zaciągnięta do krainy cienia przez istotę żerującą na dziecięcych lękach i kompleksach, pada bez życia na trawnik. Z letargu – i w materialnym, i w astralnym świecie – wybudza ją piosenka Kate Bush „Running Up That Hill”. To  wielki hymn o niezrozumieniu i zarazem pragnieniu bliskości drugiego człowieka.

Kate Bush, „Koszmar z ulicy Wiązów”, szczypta Stephena Kinga, no i odrobina „Goonies”, bo bez „Goonies” przecież nie da rady. Wreszcie – klasyka kina inicjacji – od „Klubu winowajców” Johna Hughesa po „Stań przy mnie” Roba Reinera (zresztą na podstawie prozy Kinga). Mówiąc krótko, ustawiono w tej scenie chyba wszystkie totemy lat 80. Może poza synthwave’ową nutą oraz VHS-owym ziarnem. 

A jednak, jakimś cudem, konwencja okazuje się znacznie pojemniejsza. Pod zwałami cytatów, nawiązań i autoreferencji pulsuje ukryte serce tej historii. To opowieść o popkulturze będącej azylem; drogą wyjścia z labiryntu sprzecznych wymagań społeczeństwa, mapą pułapek dzieciństwa i dorosłości; punktem odniesienia w świecie niejasnych wartości.   

Serialowa nostalgia: ucieczka od teraźniejszości

O ile pierwszy sezon rzeczywiście przypominał dzieła z lat 80. ubiegłego wieku, jesiennej aurze towarzyszyła zaś chropowata faktura obrazu oraz stylizacja na mroczniejsze filmy Kina Nowej Przygody, o tyle kolejne odsłony ugrzęzły w kolorowym lukrze retro-popu. Z początku nie byłem fanem tej estetycznej trajektorii. Przehandlowanie reinterpretacji epoki za jej gładziutką kopię wydawało mi się drogą na skróty. Dziś sobie myślę, że może właśnie tego potrzebowali twórcy, by wyeksponować jeszcze jeden istotny wątek: nostalgii jako ucieczki od skomplikowanej, nieprzejrzystej teraźniejszości.

Mnożone bez umiaru wątki nieufności wobec rządu, nauki oraz wszelkich „oficjalnych wersji wydarzeń”; opowieści o inwigilacji, utracie prywatności oraz totalitarnych praktykach realizowanych w imię „bezpieczeństwa narodowego”... Wszystko to dziedzictwo zimnowojennych paranoi, które w reaganowskiej Ameryce ze „Stranger Things” są oczywistym polityczno-społecznym kontekstem. I dość powiedzieć, że w 2025 r. pozostają zaskakująco aktualne.

Wstęp piątego, ostatniego i podzielonego na trzy części sezonu serialu można już oglądać na Netfliksie. I zanim pomylimy go ze swoim dawnym życiem, zastanówmy się, czy nie przypomina może tego obecnego. Przerażający Demogorgon, cwany Łupieżca Umysłów i inne bestie nie czyhają pod naszymi łóżkami. A jednak lęk przed Drugą Stroną, gdzie silniejszy pożera słabszego, kłamstwo ma długie nogi, a o przyszłości rozmawia się językiem przemocy, wciąż jest odczuwalny. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Technologia i nostalgia