Fotograf na wysokościach

Architekt widzi miasto, fotograf Kacper Kowalski wszystko, co nim nie jest. Podobieństwo: całkowity brak nieba. Zobacz zdjęcia.

11.07.2022

Czyta się kilka minut

Port przeładunkowy w Gdyni, praca „Depth of Winter #65”, z projektu „Efekty uboczne”, Polska 2016 r. / KACPER KOWALSKI
Port przeładunkowy w Gdyni, praca „Depth of Winter #65”, z projektu „Efekty uboczne”, Polska 2016 r. / KACPER KOWALSKI

Kacper Kowalski wykonuje swoje zdjęcia podczas lotów paralotnią lub wiatrakowcem, 150 metrów nad ziemią. Będąc już w powietrzu, kieruje obiektyw aparatu pionowo w dół. Z takiej wysokości, stwierdza w jednym z wywiadów, można jeszcze rozpoznać ludzi. A jednak na jego fotografiach ludzie pojawiają się rzadko. Raz jest to pływak zatrzymany w pół ruchu pośrodku basenu, innym razem kilka postaci na sankach, które ciągnie traktor. Gdzieś indziej wylegujący się między parawanami plażowicze. Tłumek oczekujących narciarzy uformowany tak, że przypomina liść miłorzębu japońskiego.

Widzenie architektoniczne

Patrzenie z wysokości 150 metrów nad ziemią zapewnia perspektywę znaną przede wszystkim architektom. Chcąc wyjaśnić, czym jest perspektywa architektoniczna, najlepiej sięgnąć po wydany w 1936 roku „Bauentwurfslehre”, czyli „Podręcznik projektowania architektoniczno-budowlanego” niemieckiego profesora Ernsta Neuferta. Książka ta, uznawana za architektoniczną biblię, została przetłumaczona na wiele języków, była wielokrotnie wznawiana i uzupełniana (po śmierci autora w 1986 r. także przez jego syna Petera). Słowo „architekt” pierwotnie oznaczało, i wciąż oznacza, mistrza budowlanego, kierownika robót, głównego rzemieślnika. To jest kogoś, kto ziemię wymierza, analizuje i przetwarza według ludzkich wyobrażeń i dla ludzkich potrzeb. Dlatego też „Podręcznik” zawiera bogato ilustrowany spis miar i norm dotyczących dosłownie każdej przestrzeni współczesnego świata. Od wymiarów okien, wrót czy anten przez stadiony, hotele i rzeźnie po proporcje ludzkiego ciała i rozmiary miejsca, jakie ono zajmuje w pracy siedzącej, stojącej, klęczącej lub kucznej, w kroku miarowym, marszowym i spacerowym, z laską i parasolem.

W swoim dziele Ernst Neufert miał ambicję przedstawić „wymiary wszechrzeczy”. Ambicję przerażającą tak w kontekście przyszłych działań nazistowskich, które przyczyniły się do nowego podziału świata (Neufert znalazł się zresztą na słynnej 36-stronicowej liście artystów „obdarzonych łaską Bożą”, ułożonej przez ­Goebbelsa i Hitlera w 1944 r.), jak również w sposobie widzenia rzeczywistości (zdepersonalizowanym, znormalizowanym, a przede wszystkim ciasnym). Niech za przykład takiego widzenia świata posłuży obraz ilustrujący maksymalną liczbę osób umieszczoną na metrze kwadratowym. Oto widziany od góry czworokąt wypchany został dwudziestoma czterema zbitkami geometrycznych figur, które mają przypominać ludzi. Taka sytuacja, brzmi dopisek pod ilustracją, może się zdarzyć np. w kolejce linowej.


CZYTAJ TAKŻE.

LUBIĘ PATRZEĆ Z GÓRY. Już dawniej w elementach rzeczywistości – liściach, kamieniach, śladach stóp, starałem się odkryć jakiś wzór. Dziś robię właściwie to samo, tylko wysokość, z której patrzę, trochę się zmieniła – mówi Kacper Kowalski w rozmowie z Filipem Springerem >>>>


Czarno-białe ilustracje, które stanowią większą część publikacji Neuferta, ukazują świat zaprojektowany i do cna wykorzystany, podporządkowany ludzkim potrzebom: snu, pożywienia, pracy, wypoczynku, podróży itd. Świat czysty, zmierzony, pozbawiony pęknięć i plam, wypreparowany z emocji. Do cna miejski, a więc nieznający nieużytków, łąk, chaszczy, czyli przestrzeni niezagospodarowanych i chaotycznych. Jest to świat widziany z góry, wypełniony anonimowymi sylwetkami ludzkimi lub całkowicie bezludny, skupiony na funkcjach, jakie mają pełnić konkretne budynki, oraz geometrii, bez której nie mogą istnieć. Garaż to prostokąt i dwa wysokie trójkąty, a pokoje – należące w tej idealnej rzeczywistości do pani, pana, córki i syna – kwadraty pocięte liniami z dwoma malutkimi kołami. Port lotniczy Kolonia/Bonn przypomina pięcio­ramienną gwiazdę. A skocznia olimpijska w Holmenkollen skrzypce.

Kacper Kowalski miał być architektem: „Mój pierwszy lot [paralotnią] zbiegł się z czasem, gdy dostałem się na architekturę na Politechnice Gdańskiej. Cóż zresztą innego mógłbym robić? Rodzice i brat są architektami. Przestrzeń, obraz i język rysunku obecne były w moim domu od samego początku, a na studiach ojciec otwierał mi oczy na te obszary, o których mnie uczono”. Po studiach Kowalski pracował zresztą przez kilka lat w autorskiej pracowni ojca, lecz współpracownicy – zwłaszcza w dni, kiedy pogoda była piękna – stwierdzali: „Idź już, Kacper, latać. Siejesz nerwową atmosferę”.

Perspektywa fotografii Kacpra Kowalskiego jak żywo przypomina perspektywę architektoniczną, z tym że architekt musi wyobrazić sobie ten punkt widzenia, Kowalski natomiast doświadcza go, wznosząc się w powietrze paralotnią lub wiatrakowcem, będąc w nim całym swoim ciałem. Podobieństwo: świat jest zbiorem form geometrycznych i kształtów, które przypominają coś-kiedyś-gdzieś indziej widzianego, np. liść miłorzębu japońskiego, gwiazdę, skrzypce. Różnica: architekt ­widzi ­miasto, Kowalski wszystko to, co miastem nie jest. Podobieństwo: całkowity brak nieba.

Widzieć inaczej

Kacper Kowalski zaczął działać jako fotograf około 2002 r., wykonując w rodzinnym Trójmieście zdjęcia pustym działkom pod wizualizacje lub wznoszącym się obiektom mieszkalnym i biurowym: „Miałem klientów i zlecenia. Realizując je, docierałem w najdziwniejsze miejsca, w które sam bym nigdy nie dotarł, i gdy zdjęcia dla klienta były zrobione, a ja miałem jeszcze paliwo w baku, szwendałem się po okolicy i dalej pstrykałem”. Dopiero 12 lat później – po 50 polskich i międzynarodowych nagrodach, licznych wystawach i projektach – opublikuje swoją pierwszą książkę fotograficzną zatytułowaną znamiennie „Efekty uboczne. Poza miastem”.

Większość zdjęć zawartych w tej publikacji to modelowe pocztówki. Zdjęcia w swoim pięknie trochę nijakie, jakby zrobione przez generator internetowy. To pierwsze wrażenie. Drugie wrażenie jest diametralnie inne. Weźmy przykład. Ta fotografia została wykonana nieopodal Autostrady Bursztynowej w pobliżu miejscowości Chełmża w województwie kujawsko-pomorskim. Dzięki współrzędnym umieszczonym przy zdjęciu mogę zlokalizować to konkretne miejsce i wirtualnie się do niego przenieść – i zobaczyć, że nie ma tu nic, prawie nic do zobaczenia. Pole, które jest odgrodzone od autostrady siatką i płotem z blachy w kolorze ceglastym. W oddali niewielkie skupiska drzew. W górze zawieszone nisko ciemne niebo. Z perspektywy, z jakiej wykonuje fotografie Kowalski, widać coś zupełnie innego – brązową, miejscami czarną glebę, która naznaczona jest jasnymi śladami pozostawionymi przez samochody, układającymi się we wstęgi, w linie, wiązki. A pośrodku tego wszystkiego stosy plastikowych niebieskich rur, które przypominają kryształy górskie. Ale coś jeszcze, coś głęboko zakopanego w pamięci – chabry na zakurzonych stronach zielnika.


CZYTAJ TAKŻE:

KOMU OBRAZ, KOMU? Piotr Kosiewski: Fotografia nadal może pomóc w opisaniu i zrozumieniu naszej rzeczywistości. 


Dlaczego jednak stos rur zaczyna przypominać kryształy lub chabry? A tłum narciarzy – liść miłorzębu? Skocznia olimpijska – skrzypce? Władysław Strzemiński, polski malarz i teoretyk sztuki, twórca teorii powidoków, wyjaśniłby to w następujący sposób: każdy obraz tworzy na siatkówce oka biochemiczny powidok, który oddziałuje na wszystko, co człowiek widzi. „Jak wirus przenosi swoje cechy na inne obrazy. Wpływa na sposób postrzegania świata, jego analizę i na wspomnienia. A także na to, jak odczuwa się przestrzeń i zapamiętuje to, co w niej jest ważne”.

To szczególny przypadek, gdy daną twórczość fotograficzną daje się z jednej strony porównać do milionów pięknych w swojej nijakości pocztówek, z drugiej do wyjątkowych obrazów unistycznych Strzemińskiego (bazujących m.in. na teorii powidoków). Gdy ma się wrażenie, że większość tych fotografii mogłyby – bez trudu, równie pięknie i o wiele taniej – wykonać drony lub satelity, a jednak wciąż są tworzone przez jednego człowieka, który wzbija się w powietrze, żeby fotografować ziemię.

„I wtedy spadł śnieg”

W tekście napisanym z okazji 25. rocznicy pierwszego lotu wiatrakowcem Kacper Kowalski przyznał: „»Efekty uboczne« zdobyły wszystkie możliwe nagrody, projekt był kompletny, ale nie umiałem się tym ucieszyć. Straciłem rynek fotografii komercyjnej, nie miałem pomysłu na siebie i czułem się wypalony”. Przy innej okazji dodaje: „Po co robić zdjęcia, skoro wszyscy już wszystko widzieli, a jeśli nawet nie, to wyślą drona. Oczywiście ja też go sobie kupiłem. Tylko że fotografie z drona wymyśla się, stojąc na ziemi. A ja potrzebuję latać, potrzebuję zmęczyć się z wibrującym silnikiem spalinowym na plecach, poczuć przestrzeń i dopiero wtedy zrobić zdjęcie. Nadeszła ciemność. Byłem wygnańcem z własnego królestwa, reliktem przeszłości bez nadziei na jakikolwiek happy end. Przestałem latać, przestałem robić zdjęcia. Właściwie przestałem robić cokolwiek. I wtedy spadł śnieg”.

W takiej atmosferze zaczyna powstawać kolejna książka. Jej tytuł – „Over” – oddaje zawarte w nowych zdjęciach Kowalskiego poczucie krańca i wyczerpania, ale też pragnienie rozpoczęcia raz jeszcze, od początku. Zdjęcia opublikowane w tej książce przedstawiają się w czerni i bieli, nie są pozbawione koloru, po prostu ukazują świat zanurzony w tych dwóch barwach. Świat przykryty śniegiem i ze śniegu się wyłaniający. Świat jakby opuszczony przez ludzi, „dziewiczy i martwy”. Kowalski stwierdza, że fotografując te miejsca – gruzowisko, puste lądowisko helikoptera, torowisko puszczone między chaszczami, przystań, przy której zatrzymała się kra, pole z biegnącą pośrodku rurą – miał wrażenie, że „odnalazł jakąś pominiętą przez te wszystkie lata przestrzeń”, latał tam, gdzie „innym pilotom się nie chce latać, w paskudną pogodę, tam gdzie dron nie doleci”.

Fotografie zostały zrobione w Polsce, ale na dobrą sprawę mogłyby być zrobione gdziekolwiek indziej. Emocje, którymi nasiąknęły te zdjęcia – mieszanką niepokoju i zachwytu, odczuciem samotności i bycia częścią świata, pragnieniem porządku i bezładnością – wynikają z osobistych doświadczeń, z tej, nie innej historii życia. Podczas naszej rozmowy Kowalski stwierdził: – Chciałem wylecieć poza znaną mi mapę, żeby zobaczyć coś nowego. Chciałem również latać w miejsca, gdzie nie ma ludzi, żeby nikomu nie przeszkadzać. Wcześniej było tak, że korzystałem z danego samemu sobie usprawiedliwienia: potrafiłem o szóstej rano wylecieć nad Gdynię, żeby zrobić zdjęcia triatlonu, ponieważ, jak sobie myślałem, beze mnie nikt nie zobaczy, jak fantastycznie wygląda start takiego wyścigu. I jeszcze jedno: chciałem dowiedzieć się, czy jestem w stanie wypisać się z latania, odwyknąć od tego, jakoś z tym skończyć.

Od razu odpowiem: nie mógł.

Fotografie Kowalskiego są znakomicie skomponowane, ale przede wszystkim pozwalają zobaczyć świat w sposób zupełnie odmienny. I nie chodzi tylko o odrębną perspektywę, która uzyskana jest za sprawą lotu wiatrakowcem czy szybowcem, ale o taki sposób widzenia – i odczuwania – za sprawą którego obraz pola z dziurą zarośniętą krzakami lub ślady opon odkrywające spod śniegu czarną ziemię jawią się jako warte oglądania, wpatrywania, gapienia. Po prawdzie jesteśmy w stanie dzisiaj za sprawą technologii zobaczyć wszystko. Z ­bliska, z ­daleka, z perspektywy żaby i z lotu ptaka, z wnętrza wulkanu, z kosmosu.

W tym kontekście pokazanie pola leżącego odłogiem stanowi potwierdzenie wyczerpania się możliwości widzenia (czy jest coś pięknego, spektakularnego, godnego naszej uwagi w ugorze?), ale jest również sprzeciwem wobec technologicznych zakusów (niepotrzebne są drony i satelity, kiedy wystarczy spojrzeć tuż pod swoje stopy, na ziemię, i zobaczyć coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy). Stanowi potwierdzenie, że ­indywidualna pamięć i odczuwanie – w dobie komputerowo generowanych obrazów, mechanicznego widzenia i nieskończonych możliwości technologicznych – pozostają istotne.

Przestrzenie do odczuwania

Pod koniec 2021 r. na festiwalu Paris Photo ukazuje się „Arché”, trzecia książka Kacpra Kowalskiego. Fotografie zamieszczone w tej publikacji przedstawiają się ponownie w czerni i bieli, i szarościach, które wytwarzają się w połączeniu tych dwóch barw prezentujących roztopy, spękania lodu, wachlarze piasku, mewy zawieszone nad ciemnością, metan unoszący się ku powierzchni wody z dna jeziora i trasy ludzkich stóp wytyczone na zaśnieżonej ziemi. Zdjęcia przedstawiają konkretne miejsca (Gdynia i okolice) i zostały wykonane w określonym czasie (lata 2017-2019), jednocześnie jawią się jako obrazy abstrakcyjne, dla których mniej istotne jest ukazanie wydarzenia, miejsca czy czasu, bardziej – stworzenie przestrzeni do odczuwania.


CZYTAJ TAKŻE:

WORLD PRESS PHOTO: REWOLUCJA. Mimo fundamentalnych zmian, najbardziej prestiżowy konkurs fotograficzny pozostaje wyznacznikiem dobrej fotografii prasowej. Te fotografie wciąż mają siłę oddziaływania na emocje >>>>


Proces ich tworzenia stał się czymś więcej niż „cykaniem fotek z wysokości” (i kontynuowaniem tradycji aerofotografii), kontekst zaś, do którego nawiązuje, nie sprowadza się wyłącznie do ukazujących skutki zmian klimatycznych działań wizualnych (wobec których Kowalski był spóźniony tak naprawdę na początku swojej drogi – we wrześniu 2005 r. Google Maps za sprawą zdjęć satelitarnych pokazywało zniszczenia dokonane w Nowym Orleanie przez huragan Katrina). „Arché” stanowi wynik szczególnego rodzaju doświadczenia przestrzeni: „Rozkładam skrzydło na polu przed moim domem, uruchamiam silnik, wsuwam się w uprząż i czekam na odpowiedni moment do startu. Stopy uderzają o ziemię, biegnę tak szybko, jak tylko potrafię, wreszcie wzbijam się w powietrze. (...) Jestem częścią tej przestrzeni. O wiele bardziej interesuje mnie to, co czuję, kiedy patrzę, niż to, co widzę i wiem o tym świecie. Poszukuję wrażenia, które pozostanie w mojej wyobraźni, gdy przestaję patrzeć. To mój rytuał. Wchodzę w pewnego rodzaju stan medytacji albo uważności. Wtedy przykładam aparat do oka i wyzwalam migawkę”.

Poprzednie cykle Kowalskiego były skupione albo na efektach ubocznych, albo na wyczerpywaniu się ludzkiej działalności. Na sposobach, w jakie wyobraźnia człowieka odciska się w ziemi, kształtuje ją, przemienia. W „Arché”, nominowanym do finału konkursu Grand Press w kategorii „Photo Book of the Year 2021”, gdyński fotograf koncentruje się na przedstawianiu ziemi jako przestrzeni, z której bierze początek ludzka wyobraźnia, w której człowiek szuka wzorów myślenia, którą wreszcie próbuje opanować, zrozumieć, wymierzyć. Tytułowe słowo – arché – oznacza właśnie „początek”, „źródło”, „miejsce pochodzenia”, ale również „koniec” (np. prześcieradła lub liny). Kiedy patrzę na jedną z pomieszczonych w tej książce fotografii, tak naprawdę nie wiem, co widzę. Wydmy otoczone kłębiastymi krzewami? Cypel wbijający się stożkowato w morze? Tutaj kończy się moja wiedza, lina, której się trzymam. I zaczyna działać wyobraźnia, wytwarzać coraz to nowe obrazy, dziesiątki, setki skojarzeń, pomysłów, doznań. Cypel przypomina kształtem popiersie młodego człowieka. Piasek wydm – białą płachtę. Kłębiaste krzewy – chmury. Każdy zobaczy w tej fotografii co innego. Każdy ma innymi obrazami zarażone widzenie.

Prawdopodobnie najbardziej utytułowany współczesny polski fotograf, wzbijając się w powietrze paralotnią lub wiatrakowcem, przyjmuje perspektywę, z której patrzy architekt – perspektywę ukazującą ziemię jako przestrzeń najbardziej podstawowych wzorów, modeli i form, z której czerpie ludzka wyobraźnia i w które układają się ludzkie działania. Jako miejsce życia, które istniało na długo przed człowiekiem i które zostało przez niego wyeksploatowane. Jak wszyscy wybitni twórcy, pokazuje świat od strony jeszcze nieznanej, otwiera wiele pól do dyskusji – na temat wyczerpania możliwości widzenia, piękna katastrofy klimatycznej czy fotografii jako sztuki doznawania przestrzeni – patrzy tam, gdzie nikt nie patrzy, widzi tak, jak nikt nie widzi. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Pisarz, tłumacz, antropolog. Wydał tomy wierszy na koniec idą (2017, nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia) oraz LUXUS (2019). Za książkę prozatorską Niż (2020) otrzymał Nagrodę Krakowa Miasta Literatury UNESCO, był nominowany do… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Brak nieba