Minęło już pięć miesięcy, a wciąż wracam do tamtej sceny. Nad Wiecznym Miastem świeciło kwietniowe, mocne już słońce. Skromny, biały samochód przejeżdżał ulicami, wśród cichych oklasków zgromadzonych na trasie. Obraz ostatniej drogi Franciszka – z placu św. Piotra do bazyliki Santa Maria Maggiore, gdzie został pochowany – przywołuje w moich wspomnieniach zakończenie filmu „Wielkie piękno”.
Oto okiem kamery śledzimy powolny ruch po Tybrze, zapewne z samego rana, tuż po świcie, gdy miasto budzi się ze snu. Wyświetlane są już napisy końcowe. Słychać medytacyjny, nieśpieszny, rozkwitający od instrumentów smyczkowych utwór. W ostatnich sekundach rozbrzmiewają kościelne dzwony i ekran spowija ciemność.
Widzowie wychodzą z kina, jakby wychodzili z miasta. Symboliczne wyjście z Rzymu – to scena, która łączy film Paola Sorrentino z papieskim konduktem żałobnym.
Dlaczego nie warto zajmować się instytucją Kościoła
Ale co konkretnie miałby symbolizować opuszczający Watykan „ostatni papież” w swej ostatniej podróży? Dla mnie – uniwersalizm opuszczający ograniczenia partykularności. Katolicyzm rozrywający ramy instytucjonalności. Spontaniczność sumienia neutralizującą rygoryzm prawa i obyczajów.
Mówiąc o „ostatnim papieżu”, filozoficzno-literackiej figurze zapożyczonej od Fryderyka Nietzschego, nie należy jednak wyciągać pochopnych wniosków. Rzecz bynajmniej nie w tym, aby w jakikolwiek sposób dosłownie opuszczać instytucję rzymskiego Kościoła czy też szukać sobie jako rzekomo lepszej jakiejś innej od niego organizacji kościelnej czy religijnej.
Rzecz w tym, że instytucjonalność Kościoła powinna nam zobojętnieć, tak jak obojętnieje nam choćby prawda z dziedziny ludzkiej fizjologii – że żywe ciało zbudowane jest na bazie szkieletu, o którym na co dzień niewiele musimy myśleć. Owszem, pozostaje on koniecznym rusztowaniem, z czego jednak nie wynika, że do niego sprowadza się nasze życie. Co więcej – ożywianie szkieletu jest wytworem perwersyjnej fantazji i finalizuje się w koncepcjach rodem z horroru. Ożywiony szkielet – kościotrup jednym słowem – to nie żywy człowiek a jego zaprzeczenie.
Kościół, zgodnie z najstarszą metaforyką, jest ciałem, nie szkieletem. Tak więc jego „instytucja” nie jest Kościołem w sensie właściwym. Franciszek co rusz przypominał nam tę oczywistą, a jednak w praktyce zapomnianą prawdę. Mówił nam o tym jego paradoksalny styl, wydobywający na światło wszystkie napięcia pomiędzy polityczno-religijno-instytucjonalnym a duszpasterskim rozumieniem papiestwa.
Tym samym przyzwalająco sprawił, że papiestwo straciło swoją rację bytu w dotychczasowym, „turbopapieskim” wydaniu. Dlatego, porzucając wtórne, kulturowo-obyczajowe naleciałości, raz jeszcze trzeba wrócić do tego, co istotne i „pozarzymskie”.
Kto naprawdę należy do Kościoła powszechnego
Istota sprawy została dobrze wyrażona w posoborowych wydaniach Katechizmu Kościoła Katolickiego. Mowa tam m.in. o mistycznej tożsamości Chrystusa z każdym człowiekiem. W podrozdziale zatytułowanym „Kto należy do Kościoła powszechnego” znajdujemy cytat z soborowej konstytucji „Lumen gentium”, że Chrystusowy uniwersalizm, w taki czy inny sposób, poprzez wiarę albo i bez jej udziału, mieści w swoim nieskończonym obrębie każdą osobę. Nie ograniczając się do ram organizacji, wyznaczanych przez „świadomość instytucjonalną”, otwiera się na każdego człowieka.
To, co naprawdę stanowi Kościół, jest niemożliwe do ogarnięcia przez jakąkolwiek, nawet najlepszą organizację. Powinniśmy więc zdemitologizować, w pewnym sensie „rozgrzeszyć”, wszelkie instytucje religijne i nie oczekiwać od nich tego, czego – jako na wskroś ludzkie – nie mogą nam dać. Nie w nich mamy szukać nadziei. Trzeba – za Franciszkiem – „wyjść z Rzymu” i wszystkiego, co on symbolizuje: legalizmu, definityzmu i „imperializmu”, wyrażającego się w uprzywilejowywaniu jakichkolwiek stanowisk czy urzędów.
Marek Kita w tekście „Sąsiedzki Kościół powszechny” (kwartalnik „Więź”) słusznie upomina się o językową precyzję, zastępując polskie słowo „Kościół” bardziej adekwatnym i – na naszym gruncie językowym – „zdeinstytucjonalizowanym” terminem „Eklezja”. To greckie słowo, pojawiające się w Nowym Testamencie, oznacza „zgromadzenie”, „wspólnotę zwołanych”.
Można ją zawiązać na najbardziej elementarnym poziomie – w zwyczajnych, spontanicznych, pełnych życzliwości ludzkich relacjach, od przypadkowego sąsiedztwa poczynając, na najbliższej przyjaźni kończąc. W takiej perspektywie, relatywizującej kościelną instytucjonalność, papiestwo przestaje być traktowane jako wyróżniony locus.
Piotrem-Skałą może się stać każda i każdy z nas, o ile damy się zawładnąć od-wewnętrznemu, miłosnemu nurtowi, tożsamemu w swej szczytowej formie z wiarą i nadzieją.
Ambroży z Mediolanu, doktor Kościoła, pisał: „Szukajcie skały nie na zewnątrz, lecz w was. Wasza skała to wasze działanie, wasz umysł […], to wiara, a wiara jest fundamentem Kościoła. Jeżeli będziecie skałą, to będziecie w Kościele, ponieważ Kościół opiera się na skale”.
Czy Jezus był heretykiem
W opublikowanej przez „Tygodnik Powszechny” rozmowie Artura Sporniaka z Tomaszem Stawiszyńskim i Tomaszem Terlikowskim („Kościół pod turbopapieżem”) ten ostatni, odwołując się do Franciszka, słusznie stwierdza, że przemiana Kościoła, jeśli ma być prawdziwa, musi być „inicjatywą oddolną”, a nie „korektą instytucjonalną”, dokonywaną przez takie czy inne klerykalne struktury. Nadzieję pokładać można tylko w niezastąpionej mocy indywidualnego sumienia – myślenia i poszukiwania.
Jezusowi z Nazaretu, Chrystusowi, na niczym nie zależy tak bardzo jak na powszechności Królestwa Niebieskiego, które jest w każdym człowieku. Wiemy to z podań ewangelicznych. Jeśli więc, jako „podmioty sumienia”, zaufamy w najwyższym stopniu tej deklaracji, możemy nabrać odwagi prowadzącej wręcz na granice utożsamienia z Chrystusem.
Taką odwagę miał niewątpliwie Apostoł Paweł, gdy twierdził, że już nie on żyje, lecz Chrystus w nim (Ga 2, 20). Sam Jezus też szedł własną drogą, dokonując aktu zerwania, indywidualnego wyboru dystansującego Go od ludzi, ale zbliżającego do Ojca. A gdy mówił, że On i Ojciec są jednym, to w oczach ówczesnych religijno-politycznych autorytetów bluźnił.
Tak, Jezus był heretykiem w etymologicznym sensie tego słowa; dokonał osobistego, indywidualnego w y b o r u (po grecku hairesis). Ten wybór zbliżał Go do Ojca, a w Nim, jak można mieć nadzieję, także do konkretnego, każdorazowo „imiennego”, indywidualnego, wyrwanego z anonimowego tłumu człowieka.
Bo tylko poprzez niepowtarzalną ojcowsko-synowską relację można spotkać jednego, dwóch, trzech, a może i więcej ludzi, którym się bezgranicznie zaufa, tworząc zręby Królestwa Niebieskiego. Dla Jezusa byli to Jan, Maria Magdalena, Jego Matka. Ktoś jeszcze? Każdy „kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten mi jest bratem, siostrą i matką” (Mt 12, 50).
Nie ma innej drogi „utożsamiającej” człowieka z Chrystusem, jak tylko poprzez głębokie, nieprzerwane medytowanie nad źródłową i fundamentalną relacją bliskości, którą jest ojcostwo/macierzyństwo. Medytowanie, czyli angażujące cały praktyczno-teoretyczny, egzystencjalny wysiłek człowieka zanurzanie się „bez trzymanki” w tym, co stanowi o najwłaściwszych, „od-wewnętrznych” – niebiologicznych, niefizycznych narodzinach, jak pisał Tomasz Drewniak w „Figurach ojcostwa”.
Medytacja – modlitwa, myślenie, szukanie i znajdowanie – to nieustannie wracanie do własnej „izdebki” (Mt 6, 6), własnego wnętrza. Augustyn z Hippony nie mówił nic innego, jak to tylko, by szukając sensu, nie uciekać od własnego wnętrza, a przeciwnie, zanurzyć się w nim, bo w nim mieszka pełnia Prawdy.
Jak być dojrzałym chrześcijaninem
„Wyjście z Rzymu” nie jest łatwe. To droga wąska i trudna, bo osobista, nieporównywalna do żadnej innej (Mt 7, 13-14). A jednocześnie ten, kto stara się nią kroczyć, nie chce z niej schodzić, gdyż to, co najtrudniejsze – jeśli jest przeżywane przez uważną, zaangażowaną i pełną współczucia świadomość – wyzwala (Mt 11, 28-30). Być (z) Chrystusem znaczy być wolnym. Także od śmierci i jej bezwzględnych roszczeń.
Chrześcijaństwo jest niczym innym jak indywidualną drogą do stania się „jednym” z Chrystusem. W tym wyraża się mesjański uniwersalizm niesiony światu przez Jezusa z Nazaretu. Stać się (jednym z) Chrystusem to – w dosłownym sensie – nie mieć końca, lecz w nieskończoność stawać się dzieckiem (Mt 18, 3).
Dopiero wtedy można, paradoksalnie, stać się kimś dojrzałym. Dopiero wtedy potrafimy dokonać śmiałego, wzorowanego na geście Jezusa aktu herezji. Nie w negatywnym, buntowniczym znaczeniu instytucjonalno-doktrynalnym, ale – tak to ujmijmy – w sensie mistycznym. Wtedy, jak Walentin Weigel, będziemy dostrzegać Królestwo Niebieskie (Kościół-Eklezję) tam, gdzie odnosimy się bezpośrednio do Chrystusa, czyli wszędzie, jak pisał Jan Tomkowski w „Mistyce i herezji”.
Jaka jest alternatywa? To kolektywizm, wyrażający się w bezmyślnym podążaniu za (wyłącznie) zewnętrzno-instytucjonalnymi autorytetami. Droga wygodna, ale niegodna człowieka.
Chrystusowy uniwersalizm, czyli kto trafi do Niebieskiego Królestwa
Religia rozumiana jako polityczne wywyższenie sakralnych instytucji, jako „wiązanie” ludzi (łac. religio) przymusem nakazów i zakazów, jako ich deindywidualizacja, zespalająca w anonimową, masową kategorię „ludu”, nie ma nic wspólnego z Królestwem Niebieskim – miejscem „w którym jest mieszkań wiele” (J 14, 2). Królestwo Niebieskie jest „obszarem”, w którym nikt nie pełni roli sługi ani pana, lecz wszyscy zwracamy się do siebie w geście autentycznej przyjaźni (J 15, 15).
Wychodzimy zatem z Rzymu, ale po to tylko, aby do niego wrócić. Chodzi o tę paradoksalną, Chrystusową utratę, która jest zyskiem (Mt 10, 39): dystansu, wolności, życia „jakby nie” (1 Kor 7, 29-31). Wolności, bez której nic się nie liczy. Która jest powietrzem, warunkiem oddychania, to znaczy: wewnętrznego życia duchowego. Tylko z głębi takiego doświadczenia zrozumiemy słowa Pawła, że nie ma już Greka ani Żyda (Kol 3, 11).
Na tym polega powszechność Chrystusowego przesłania. Bo przecież tylko kiedy jesteśmy wolni – od stereotypów, uprzedzeń, nienawiści czy obojętności – rozumiemy pełny sens słów o rzeczywistej anulacji wartościujących różnic pomiędzy ludźmi.
Idąc za Pawłowymi intuicjami, w myśl owego „jakby nie”, musimy stwierdzić: nie ma już wierzących ani niewierzących, lepszych ani gorszych, panów ani niewolników. Nie ma też – odnosząc się do ram stricte religijnych – duchownych ani świeckich, kapłanów ani profanów. Nie ma Rzymu, Jerozolimy czy Aten jako miejsc uprzywilejowanych, „lepszych”, ważniejszych.
Prawdziwy katolicyzm jest prosty i bezprzymiotnikowy. Ani grecki, ani rzymski, ani współczesnonarodowy – amerykański, polski czy niemiecki. Żaden inny, tylko Chrystusowy. Bo Chrystus i uniwersalność – wszechświatowość, kosmopolityczność – a więc katolickość to synonimy.
Wojciech Zalewski – filozof, eseista, doktor nauk humanistycznych. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obecnie związany z VIII Prywatnym Akademickim Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie oraz Instytutem Myśli Józefa Tischnera. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Kwartalniku Filozoficznym”, „Więzi” i „Znaku”. Autor książki „W poszukiwaniu nadziei. Eseje filozoficzne”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















