Od księdza Tischnera moglibyśmy uczyć się obrony własnych poglądów bez niszczenia innych

Samym stylem bycia, sposobem, w jaki zasiadał do dyskusji, językiem, którego używał, odróżniał się zdecydowanie od dominującego standardu. Brakuje nam Tischnera nie tylko z uwagi na to, co mówił, ale też jaki był.
Czyta się kilka minut
Od prawej ks. Józef Tischner, Michał Okoński, Krzysztof Kozłowski w redakcji Tygodnika Powszechnego, 1995 r. // Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl
Od prawej ks. Józef Tischner, Michał Okoński, Krzysztof Kozłowski w redakcji Tygodnika Powszechnego, 1995 r. // Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl

Filozofia tym się między innymi różni od pozostałych nauk, również humanistycznych, że trudno w jej przypadku mówić o jakimś postępie, przyroście wiedzy, dezaktywacji starych metod czy prawd i aktywacji nowych. Czy w 2025 r. Platon jest już passé? Czy od czasów Hegla wynaleziono skuteczniejsze narzędzia dialektyczne, zatem nie uchodzi być obecnie heglistą? Czy Sokrates, który nie znał fenomenologii i postmodernizmu, był w gorszym położeniu poznawczym aniżeli pracownik naukowy któregoś z licznych instytutów filozofii w XXI wieku?

Odpowiedź na każde z tych pytań brzmi „nie”. Choć oczywiście, jak to bywa w tej osobliwej dyscyplinie, znaleźliby się i tacy jej przedstawiciele, którzy ochoczo odparliby „tak!”. Gdyby jednak tak odparli, wskazałbym im natychmiast myśliciela, który, choć od ćwierćwiecza nie żyje, czytany i słuchany dzisiaj okazuje się brzmieć stuprocentowo aktualnie. Mam na myśli Józefa Tischnera.

Tischner: dowcipny ksiądz z telewizji

Ale powiedzmy najpierw, że aktualności rozważań Tischnera – pomieszczonych w wielu jego nagraniach, książkach czy tekstach (choćby w znakomitej antologii „To, co najważniejsze” pod redakcją Wojciecha Bonowicza) – towarzyszy fundamentalna nieobecność. Nieobecność nie tylko człowieka, autora, ważnej postaci polskiej kultury, ale i specyficznej jakości, jaką wnosił do debaty publicznej.

Zanim jeszcze zacząłem czytać jego książki, zanim w latach 90., będąc żywo zainteresowanym humanistyką i polityką nastolatkiem, wziąłem się za lekturę „Nieszczęsnego daru wolności”, „Między panem a plebanem”, „W krainie schorowanej wyobraźni”, a potem, już na studiach, „Etyki solidarności” czy „Filozofii dramatu” – widywałem często w telewizyjnych dyskusjach pewnego spokojnego, kulturalnego, otwartego, dowcipnego księdza.

Na tle zwichrowanych lat 90. – dzikiego kapitalizmu, wojny na górze, uwyraźniających się osi, wedle których miała się później rozwinąć pełnoskalowa polaryzacja – człowiek ten sprawiał wrażenie przybysza z kompletnie odmiennego uniwersum. Nie znaczy to, że nie posiadał wyrazistych poglądów albo że nie funkcjonował w konkretnym ideowo-towarzyskim środowisku. Owszem, posiadał, owszem, funkcjonował. Ale – po pierwsze – jako jeden z nielicznych starał się usilnie łączyć rozchodzące się już wówczas polskie światy, społeczne, intelektualne, polityczne i moralne. A po drugie – samym stylem bycia, sposobem, w jaki zasiadał do dyskusji, językiem, którego używał, problematyką, do której nawiązywał, odróżniał się zdecydowanie (rzecz jasna, na korzyść) od dominującego prawie wszędzie standardu.

Tischnera charakteryzował niepodrabialny luz

Nieobecność czy brak Tischnera jako aktora życia społecznego dojmujący jest więc nie tylko z uwagi na treść, którą do niej wnosił, ale i na samą formę, na modus operandi. Na jego spokój, życzliwość, otwartość, gotowość do racjonalnej, niespiesznej dyskusji o sprawach fundamentalnych. No i ten niepodrabialny luz, jakim nieodmiennie emanował z telewizyjnego ekranu czy radiowego odbiornika.

Mamy dziś niewątpliwie deficyt takich osobowości, deficyt takich jakości. Nie tyle w sensie dosłownym – bo one istnieją – lecz w sensie jakiejś selekcji negatywnej, która zdaje się coraz mocniej zachodzić w życiu politycznym i publicznym. Polaryzacja nie zostawia miejsca na niuans, na zdolność do krytycznej refleksji nad własną stroną, własnym politycznym czy światopoglądowym obozem, w czym Tischner przecież celował. Polaryzacja nie znosi debaty jako takiej. Nie da się bowiem, ba, nie wolno dyskutować z ludźmi bez reszty głupimi i zdemoralizowanymi – a tak w spolaryzowanej optyce postrzega się zazwyczaj oponenta.

Tischner tymczasem programowo odrzucał tego rodzaju fantazmaty. I nawet kiedy bywał wyraziście polemiczny albo formułował ostre sądy pod adresem tych czy innych poglądów oraz ich nosicieli – jak choćby we wspomnianym zbiorze „W krainie schorowanej wyobraźni” – to kładł zawsze nacisk na rozumienie, dialog, próbę dostrzeżenia, że za stereotypową fasadą, przyprawioną karykaturalną gębą kryje się przecież drugi człowiek, bliźni.

„Bracia przeciwnicy” – tak Tischner zwracał się do swoich antagonistów

Doprawdy, pozostawił nam pod tym względem doskonałe wzorce. Ale pozostawił także ogromne dzieło. Tyleż akademickie, wnikające w interesujące go obszary filozofii oraz jej pograniczy (z literaturą, teologią czy ekonomią), ile eseistyczne czy felietonowe, dostępne każdemu zainteresowanemu, także temu, który nie dysponuje specjalistyczną wiedzą. Zresztą te sfery się u niego przenikały. Tischner nigdy nie był filozofem domkniętym w książkowym uniwersum, hermetycznym, piszącym książki filozoficzne dla garstki wtajemniczonych. Zawsze wychodził do innych, każdym tekstem, każdą książką zapraszał do rozmowy. To kolejna deficytowa dziś postawa.

W świecie coraz szczelniej domykających się baniek, wojen tożsamościowych, Tischnera filozofia dialogu i spotkania – uprawiana zarówno w teorii, jak i praktyce – stanowić może, jestem o tym przekonany, niewyczerpane wprost źródło inspiracji. „Bracia przeciwnicy” – zwracał się do swoich antagonistów, nawet tych najbardziej zajadłych. Czy ktokolwiek wyobraża sobie, jak takie słowa zabrzmiałyby dziś, w ferworze facebookowych czy twitterowych bitew? Czy porwałby je rwący potok inwektyw, rechotów, pokrzykiwań i oburzeń spływający nieustannie ekranami naszych smartfonów i laptopów?

Czy wręcz przeciwnie: stałyby się, przynajmniej dla niektórych, przynajmniej na chwilę, jakimś niemożliwym do zredukowania dysonansem? Impulsem, który wybija z utartej koleiny? Znakiem, że istnieją inne możliwości, inne drogi, inne sposoby bycia?

Jakim językiem pisać o filozofii

Analogicznym dysonansem, impulsem, mógłby się także okazać język Tischnera. Język, w którym wciąż da się mówić z powagą. Nie wyrzekając się wcale śmiechu i lekkości, ironii i dystansu, ale nie czyniąc z nich jedynego środka stylistycznego, jedynego pryzmatu, przez który spogląda się na rzeczywistość. Mieć odwagę mówić poważnie, bez obaw o oskarżenie o patos albo przywiązanie do jakichś archaicznych, „patriarchalnych” ramot – tego właśnie uczy nas Tischner.

I jeszcze: mówić, nie unikając takich pojęć jak dobro i zło, kłamstwo i prawda, odpowiedzialność i sprzeniewierzenie się, wina i odkupienie, pokuta i zadośćuczynienie, zobowiązanie i wspólnota. Pojęć, których obecność w publicznym dyskursie jest coraz mniej zauważalna, bo przywoływać ich w zasadzie nie wypada. Pojęć – dodajmy – bez których nie sposób wyobrazić sobie naszej kultury i cywilizacji.

Podobnie, mógłby Tischner nauczyć nas na nowo mówić i myśleć językiem, w którym takie pojęcia jak „ty” oraz „my” występują z o wiele większą częstotliwością niż „ja” i „moje”. Fenomenologiczna, dialogiczna i chrześcijańska formacja oraz wrażliwość Tischnera są w późnej kulturze narcyzmu niczym szklanka źródlanej wody na pustyni.

Czym jest demokracja

Teksty, w których dotykał zasadniczych kwestii społecznych – nie od strony technokracji, makiawelicznej pragmatyki, efektywności, lecz od strony wspólnoty, tego, co łączy, a nie dzieli, tego, co spaja, a nie „optymalizuje” – powinny być dziś lekturą obowiązkową. Nie tylko dlatego, że powstawały wpierw w epoce, która fetyszyzowała zbiorowość, zapominając o jednostce, potem zaś w epoce, która fetyszyzowała jednostkę, zapominając o zbiorowości. Ale także, a może przede wszystkim dlatego, że żyjemy w czasach wielopoziomowych, głębokich kryzysów – tożsamości, rozumienia, ekonomii, przynależności.

Nie wiemy już, a przez to nie potrafimy przekonująco tłumaczyć kolejnym pokoleniom: czym właściwie jest i czym powinna być demokracja? Czy społeczeństwo ma jakieś obowiązki wobec najsłabszych, czy rządzi nimi wyłącznie „naturalna” reguła silniejszego? Czym są solidarność, współczucie, zobowiązanie? Czy słowo „dobro” – w dobie cyfrowego kapitalizmu, wielkich korporacji, wojen i sztucznej inteligencji – cokolwiek jeszcze znaczy? Czy może jest już wyłącznie eksponatem w zakurzonej gablocie przeszłości?

Tischnera odpowiedzi są wciąż aktualne

Na te wszystkie pytania – i na wiele jeszcze innych – Tischner odpowiadał z zaangażowaniem, pasją i mądrością. Jak to jednak możliwe, że po tylu latach, które minęły od publikacji jego książek i tekstów, te odpowiedzi są wciąż tak wyraźne, słyszalne, głębokie?

No cóż, Tischner był po prostu najprawdziwszym filozofem. A jak wspominałem na początku – prawdziwa filozofia nigdy się nie dezaktualizuje.


Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 26/2025

Redakcja: Wojciech Bonowicz, Artur Sporniak

Na okładce: Ksiądz Józef Tischner, 1981 r. // Wacław Rymko / Forum

Proj. graf.: Marek Zalejski  

Skład: Agnieszka Cynarska-Taran  

Opieka wydawnicza: Anna Pietrzykowska

Partnerem dodatku jest Ergo Hestia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dlaczego Tischner jest aktualny

Artykuł pochodzi z dodatku 25 lat bez Tischnera