Co prawda cały rynek to 1 proc. wszystkich mieszkań, ale w centrach turystycznych miast – nawet kilkanaście. Zwykli ludzie kupując mieszkanie, często na kredyt, nie mają gwarancji, że na piętrze co czwarty lokal nie okaże się „hotelem”. Z wszystkimi tego konsekwencjami: hałasem, wyższymi kosztami za sprzątanie i nieustannie zmieniającymi się lokatorami, z których niektórzy potrafią być kłopotliwi dla sąsiadów.
Czy prawo własności zawsze jest nadrzędne
Rozwiązaniem problemu zajęło się Ministerstwo Sportu i Turystyki podległe Jakubowi Rutnickiemu (KO), a twarzą projektu został wiceminister Ireneusz Raś (PSL). Mimo pierwotnych planów, które miały dać samorządom realne narzędzia do kontrolowania tego quasihotelowego rynku, np. poprzez ograniczanie takiej działalności w niektórych szczególnie zagrożonych dzielnicach – zrodził się na koniec mocno okrojony dokument, który ma być po wakacjach poddany pod głosowanie.
Ustawie wybito zęby na tydzień przed złożeniem w Sejmie ostatecznej wersji. KO i PSL postawiły – co podkreślali w wywiadach ministrowie Raś i Rutnicki – na prawo własności i swobodnego dysponowania majątkiem osób inwestujących w podobny biznes. To wbrew tendencjom w państwach Europy, gdzie uznano, że równie ważne jest prawo do spokoju stałych mieszkańców.
Będą protesty. Czy rząd się cofnie
Rządowa ustawa zawiera przepisy, które pomogą zlikwidować szarą strefę (działa w niej ok. 30 proc. rynku), bo zobowiążą ludzi prowadzących działalność w stylu airbnb do rejestrowania się w centralnej bazie i poddawania administracyjnym kontrolom i karom. Goście mają obowiązek przestrzegania ciszy nocnej (choć obowiązuje to wszystkich mieszkańców), a lokal ma mieć wewnętrzny regulamin.
Nie ma natomiast obowiązku spełniania ostrzejszych przepisów przeciwpożarowych, choćby montowania czujników dymu.
Już wiadomo, że skala protestów nie pozwoli rządowi na łatwe uchwalenie ustawy. W koalicji „za” są tylko KO i PSL, Nowa Lewica zaś i Polska 2050 – są skrajnie przeciwne i opowiadają się za prawem określającym limity dni w roku na krótki wynajem, oraz przekazującym uprawnienia do podejmowania decyzji nie tylko samorządom, również spółdzielniom i wspólnotom.
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz uważa wręcz, że dokument resortu sportu to „najgorsza ustawa, jaka wyszła z rządu”, napisana pod wpływem lobbystów, i że jej partia zgłosi poprawki „dające ludziom prawo do decydowania, czy mają hotel/burdel za ścianą”.
To skrajnie radykalna wypowiedź. Uderza w godność osób, które z dużym trudem nabyły mieszkanie, by sobie dorobić. Zdecydowana większość z nich wynajmuje mieszkania na długie okresy (rodzinom czy też studentom), część z nich jednak zdecydowała się na bardziej opłacalną, ale też trudniejszą, bo wymagająca stałej aktywności, działalność w obszarze airbnb.
Czyje interesy reprezentują posłowie
Istnieje zarazem duża grupa prywatnych inwestorów, w tym również posłów (z wszystkich stron sceny), firm, funduszy czy też deweloperów, którzy lokują pieniądze w liczne mieszkania, szczególnie w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście i w nadmorskich kurortach.
To się przekłada na dziesiątki tysięcy codziennych ofert, które co prawda obniżają koszty pobytu turysty w porównaniu z hotelami, ale też wpływają na komfort życia stałych lokatorów i mocno podnoszą ceny za metr oraz czynsze za wynajem w atrakcyjnych dzielnicach. Wywołują też powolny proces opuszczania niektórych dzielnic przez autochtonów.
W samym Krakowie takich ofert jest codziennie ponad 10 tys. W całym kraju, według danych Eurostatu za rok 2024, zarejestrowano ponad 39 mln krótkoterminowych pobytów – to więcej niż mieszkańców Polski. Większość z kilkunastu tysięcy polskich inwestorów w rynek airbnb ma cztery i więcej mieszkań.
Ta ustawa to paliwo dla opozycji
Rynek usług oferowanych poprzez pośrednictwo platform internetowych (firma Airbnb oficjalnie lobbowała za złagodzeniem pierwotnego projektu rządu) rośnie dziś w Polsce niemal najszybciej w Europie. Nie dobiliśmy co prawda do średniej unijnej (to 163 pobyty w roku na 1000 mieszkańców, przy unijnej średniej 190), ale punktowo, zwłaszcza w dużych miastach i kurortach, rynek wymyka się spod kontroli.
Rząd musi wiedzieć, że w takich ośrodkach jak Warszawa, Gdańsk czy Kraków (gdzie jesienią odbędą się wybory na prezydenta), ustawa rządu to gol samobójczy. Uderza w wielkomiejski elektorat, daje broń do ręki opozycji, i sprawia wrażenie, że władzom nie zależy na zatrzymaniu wzrostu cen mieszkań i na komforcie życia wyborców, ale na prawach inwestorów.
Tymczasem w wielu innych krajach ludzie posiadający mieszkania muszą po prostu zamienić wynajem hotelowy na długoterminowy. Mają więc prawo nadal osiągać zyski, a jeśli chcą prowadzić hotel, muszą go zbudować i zatrudnić ludzi do obsługi. Politycy także.
Jak to się robi w Europie
Władze państw UE, również miast, starają się znaleźć balans między potrzebami mieszkańców i turystów. W Paryżu nie można prowadzić krótkiego najmu przez okres dłuższy niż 120 dni w roku, w Wiedniu i Londynie jest to 90 dni, w Amsterdamie 60.
Barcelona w ciągu dwóch najbliższych lat zlikwiduje 10 tys. licencji, a w całym kraju po wprowadzeniu surowszych przepisów, w ub. roku znikło 12 proc. ofert. Nic dziwnego, gdyż wspólnoty mieszkaniowe mogą zlikwidować airbnb większością 3/5 głosów. Podobne prawa (czasem wystarczy 2/3 głosów) mają też zagrożone wspólnoty m.in. w Belgii, Chorwacji, Danii, Francji, Grecji, Słowenii i Szwecji.
Radykalny ruch podjęto w Budapeszcie, gdzie w dzielnicy Terézváros zlikwidowano najem krótkoterminowy, a całą działalność mocniej opodatkowano. W Niemczech, gdzie takie kwestie regulują poszczególne landy oraz samorządy, surowe ograniczenia wprowadzono m.in. w Hamburgu, Frankfurcie, Monachium czy Berlinie. Tam większość ofert airbnb wróciła na rynek długiego najmu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










