Pod koniec czerwca media społecznościowe obiegła grafika, na której prezentowano wyniki badań OECD, poświęconych kompetencjom studentów w zakresie liczenia i czytania ze zrozumieniem. W przypadku matematyki aż 15 proc. naszych studentów nie uzyskało podstawowego poziomu, przy średniej tej wartości 9 proc. dla państw rozwiniętych. Gorzej od nas wypadły jedynie Izrael, Włochy, USA i Słowacja. To jednak nic w porównaniu do badania umiejętności czytania ze zrozumieniem, czego nie potrafi co piąty student w Polsce. W tym niechlubnym rankingu jesteśmy w skali OECD liderem.
Dane te wzbudziły lawinę komentarzy moich koleżanek i kolegów po fachu, którzy nie od dziś utyskują na niskie kompetencje bazowe swoich studentów. Pracując na uczelni od prawie 20 lat, nauczyłem się jednak tego nie robić. Po pierwsze, zawsze warto najpierw ocenić własne kompetencje. Po drugie, więcej niż o samych studentach, badanie mówi o jakości systemu edukacji na wcześniejszych etapach. Po trzecie, na przestrzeni ostatnich lat byliśmy świadkami procesów wpływających znacząco na strukturę rekrutacji.
Polskie uniwersytety dziś i ćwierć wieku temu
Dzisiejsza Polska wciąż charakteryzuje się dość wysokim współczynnikiem skolaryzacji netto, czyli odsetkiem studentów w grupie wiekowej 19-24 lata. Współczynnik ten w ciągu ostatnich 15 lat spadł jednak wyraźnie: z 40,8 proc. do 34,1 proc.
Wraz z postępującym kryzysem demograficznym polskie uczelnie stały się bardziej otwarte na cudzoziemców. Jeszcze w 2010 r. ich udział ledwo przekraczał 1 proc., obecnie zbliża się powoli do 10 proc. Ponad połowa z nich pochodzi z Ukrainy i Białorusi, i w wielu przypadkach osoby te kształcą się na kierunkach prowadzonych w języku polskim, nie dysponując odpowiednimi kompetencjami w tym zakresie. Trudno się zatem dziwić, że mają problem z czytaniem po polsku ze zrozumieniem.
Dodatkowo na przestrzeni ostatnich lat ze szkół wyższych w naszym kraju zniknęła część polskich studentów charakteryzujących się wysokim poziomem kompetencji – szybki proces bogacenia się naszego społeczeństwa otworzył przed wieloma absolwentami szkół średnich drzwi do lepszych uczelni za granicą. Nie dysponujemy dokładnymi danymi, ale nawet dowody anegdotyczne wskazują, że mamy do czynienia z wyraźnym trendem, zwłaszcza wśród wielkomiejskiej klasy średniej i wyższej.
To jednak wyłącznie mały wycinek zmian, które dotknęły uczelnie. Bez większego ryzyka można stwierdzić, że choć uniwersytety wyglądają tak samo jak na początku XXI wieku, to dziś są już czymś zupełnie innym – głównie za sprawą rewolucji technologicznej. U progu obecnego stulecia, kiedy większość obecnych wykładowców zaczynała pracę, dopiero wchodziła poczta elektroniczna, a szkoły wyższe tworzyły pierwsze strony internetowe.
Na zajęciach pojawiły się prezentacje w PowerPoincie, ale wciąż dominowały rzutniki lub po prostu tablica i kreda. Studiowanie oznaczało m.in. konieczność nauki szybkiego notowania lub wręcz przepisywania. Dziś, w świecie smartfonów, edukacji zdalnej, ogólnodostępnych kursów online, a od niedawna także rewolucji AI, tamte doświadczenia jawią się jako archaiczne i zbędne.
Jednocześnie jesteśmy świadkami starzenia się kadry dydaktycznej. Wówczas mieliśmy tabuny młodych pracowników, biegających między uczelniami publicznymi i niepublicznymi, którzy próbowali jakoś zaspokoić popyt na wyższą edukację (z naciskiem na słowo „jakoś”, bo jakość pozostawiała wiele do życzenia). Choć nie mieli oni czasu na nic poza dydaktyką, co nie pozostało również bez wpływu na jakość badawczą ich pracy, to jednak z przyczyn czysto wiekowych łatwiej było im nadążyć za nowościami.
Puste korytarze uczelni
Dziś zmiany technologiczne są dużo szybsze niż ćwierć wieku temu, a niestety coraz trudniej znaleźć wykładowców mających mniej niż 40 lat, bo oferta pracy na uczelni jest rynkowo mało atrakcyjna. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że moje starsze koleżanki oraz koledzy co do zasady pozostają w tyle, ale jesteśmy świadkami coraz poważniejszego rozejścia się studenckich oczekiwań i możliwości wykładowców. Także dlatego, że obecnie troska o dobrą dydaktykę, za sprawą zmian wprowadzonych w ostatnich latach, niespecjalnie się opłaca.
W efekcie spada znaczenie uniwersyteckiego dyplomu – zwłaszcza tam, gdzie nie jest on wymagany przepisami prawa w procesie awansu czy zdobycia uprawnień do wykonywania konkretnego zawodu (medycyna, pedagogika, prawo, budownictwo etc.). Coraz mniej dziwią więc sytuacje, w których studenci kończąc naukę pracują już zawodowo i nie znajdują motywacji, aby pisać prace magisterskie. Tym bardziej że wyższe wykształcenie w postaci licencjatu już mają.
Świat i Polska zmieniły się nie do poznania, ale chyba nigdzie nie widać tego tak brutalnie jak w przypadku instytucji edukacyjnych, które z natury mają dość niskie zdolności adaptacyjne. Skutek jest przewidywalny – życie w szkołach i na uczelniach coraz bardziej toczy się na niby. Robimy to samo co kiedyś, choć dawno straciło to większy sens. A skoro nie potrafimy uchwycić rzeczywistości, pozostaje nam teatr i grupa rekonstrukcyjna z gronostajami. Można to oczywiście sprzedawać jako ważny element dziedzictwa, ale chyba nie ma co udawać, że jest w tym coś więcej niż performans.
Jak ładnie spuentował to jeden z moich akademickich kolegów, mamy do czynienia ze skorupą, która z zewnątrz wciąż przypomina znaną nam formę, ale w środku jest coraz bardziej pusta. Jakże symboliczna była obserwacja, której dokonałem w środku sesji egzaminacyjnej we wczesnych godzinach popołudniowych na kampusie mojej Alma Mater. Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, w którego murach studiuje kilkanaście tysięcy osób, był pusty. Jak okiem sięgnąć, nigdzie żywego ducha, żadnych rozmów, dyskusji. Obraz ten jeszcze kilkanaście lat temu byłby nie do wyobrażenia, bo tłumy studentów kręciłyby się choćby w oczekiwaniu na wpis do indeksu. Dziś uczelnie mimo woli stały się zupełnie innymi miejscami niż kiedyś.
Rektor może niemal wszystko. Nie o to chodziło w reformie
Zrozumienie tej prawdy jest konieczne, jeśli chcemy uchwycić, jak szkoły wyższe mogą wyglądać za kilkanaście lat. Wcześniej trzeba jednak rzucić okiem na przeszłość, gdyż przed kilkoma laty szkolnictwo wyższe i nauka w Polsce przeszły proces, określany przez jego twórców mianem „rewolucji 2.0” – w historii zapisał się on jako tzw. reforma Gowina.
Pierwotnie byłem bardzo sceptyczny co do założeń tej reformy, również dlatego, że w konkursie ogłoszonym przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wygrały wizje zmian, które stały w sprzeczności z propozycją, którą w tym samym konkursie zaproponowaliśmy z grupą kilkudziesięciu osób.
Już wówczas, w 2016 r., przestrzegaliśmy przez wyborem neoliberalnej ścieżki, która miała doprowadzić do „zwiększenia konkurencyjności polskich uczelni”. Pisałem wówczas, że próba włączenia się do międzynarodowej rozgrywki na zasadach ustalanych przez globalnych gigantów w sytuacji, w której nie dysponujemy ani wystarczającymi zasobami finansowymi, ani narzędziami wpływu na reguły gry, skończy się wydrenowaniem zasobów i utratą potencjałów, którymi jeszcze dysponujemy. Mam dziś silne przekonanie, że prognoza, którą postawiłem, sprawdziła się w dużym stopniu.
Można się spierać o ocenę projektu przygotowanego w ministerstwie (sam w debacie publicznej wspierałem niektóre proponowane rozwiązania), trudno jednak bronić reformy, jeśli przyjrzymy się temu, co ostało się z niej w parlamencie, a później jak została wprowadzona w życie. Zewnętrzne rady uczelni, które miały poprawić sposób zarządzania szkołami wyższymi, zostały wypatroszone z kompetencji. Jednocześnie radykalnie wzmocniono władzę rektorów, którzy w praktyce nie są już kontrolowani ani przez środowisko akademickie, ani przez wspomniane rady.
Jednocześnie nie zmieniono mechanizmu wyłaniania władz uczelni, pozostawiając de facto decydujący wpływ studentom, a dokładniej Parlamentowi Studentów RP i jego oddziałom. W sytuacji, w której kandydaci nie uzyskują znaczącej przewagi, głosy studenckie stanowią „języczek u wagi”. Nierzadko wygrywa ten pretendent, który zyska przychylność studentów, co tworzy naturalne wzmocnienie dla negatywnych procesów, czasem wręcz korupcjogennych.
Co istotniejsze, obecnie rektorzy stali się udzielnymi książętami. W efekcie zdarzają się sytuacje, w których zarządzający uczelniami działają wprost na ich szkodę i nie sposób nic z tym zrobić. Rektor może bowiem niemal wszystko.
Miliony dla zagranicznych wydawnictw za ułudę prestiżu
Ogromnym grzechem reformy jest również brak zwiększenia publicznych nakładów na naukę, przy jednoczesnym wytworzeniu takich mechanizmów ewaluacji działalności naukowej i wynikających z niej metod dystrybucji środków, które prowadzą do marnotrawienia ogromnych pieniędzy na finansowanie nadmiernej liczby artykułów naukowych.
Nie neguję znaczenia umiędzynarodowienia badań prowadzonych na polskich uczelniach. Problem dotyczy jednak tekstów, które pełnią wyłącznie funkcję „sygnalizacyjną” w środowisku. Nie ma bowiem znaczenia, czy ktokolwiek je przeczyta, tylko to, gdzie zostały opublikowane – oczywiście najlepiej w zagranicznym wydawnictwie. Za publiczne pieniądze kupujemy prestiż, a będąc bardziej precyzyjnym – poczucie prestiżu. Nie dysponujemy dokładnymi szacunkami co do kwot, ale można założyć, iż od momentu wejścia w życie reformy przeznaczono na ten cel kilkaset milionów złotych, które dodatkowo wypłynęły z kraju.
Jeszcze bardziej bulwersujące jest to, że końcowa ewaluacja pracy uczelni i tak w praktyce ma charakter w dużym stopniu uznaniowy. Odegraliśmy zatem teatr, za który jeszcze zapłaciliśmy globalnym wydawniczym krezusom grube miliony.
Równie absurdalny mechanizm obserwować można było w przypadku systemu grantowego. Ze względu na bardzo niskie nakłady na Narodowe Centrum Nauki współczynnik sukcesu w wielu konkursach nie przekraczał 10 proc. To oznacza, że zmarnowano mnóstwo czasu i pieniędzy na przygotowanie oraz ocenę wniosków.
Co więcej, system ten bazuje na tworzeniu motywacji, zgodnie z którą granty stanowią szansę uzupełnienia niskiego wynagrodzenia podstawowego pracowników. Pomijając już fakt, że przepisy dotyczące wydatkowania tych środków radykalnie ograniczały możliwość finansowania kosztów osobowych, wykorzystywanie takiego argumentu jako uzasadnienia niskich płac przy success rate na poziomie 10 proc. należy uznać za systemową perwersję.
Może lepiej byłoby po prostu losowo przyznawać pracownikom dodatkowe środki na badania – efekt niekoniecznie byłby gorszy. Może nawet zmniejszyłoby się poczucie frustracji, bo chyba łatwiej przyjąć wyrok ślepego losu niż obecnej „loterii”. Wystarczy powiedzieć, że naukowcy tylko z trzech uczelni – Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu zgarniają co trzeci grant. Pracując w takim Olsztynie, Bydgoszczy czy Kielcach, z definicji nie możesz przecież przygotować dobrego projektu naukowego, prawda?
Jak zniszczono polską wspólnotę akademicką
Największym grzechem reformy jest jednak co innego – to ostateczne rozbicie wspólnoty akademickiej. Wprowadzenie brutalnej logiki konkurencji – zarówno wewnątrz uczelni, jak i pomiędzy nimi, przy niewystarczających zasobach i nikłym wpływie na decyzje – musiało skutkować erozją zaufania. Akademia weszła na twardo w tryb gry, w której zwycięstwo jednego musi oznaczać porażkę kogoś innego. W takim ustawieniu współpraca może jawić się jako frajerstwo.
Dodatkowo zniechęca do niej grantoizacja, w ramach której liczy się funkcjonowanie w obrębie wąskiej dyscypliny. Nie ma się zatem co dziwić, że uczelnie nie wyjaśniają nam wielu istotnych współczesnych problemów, jak choćby przyczyn zapaści demograficznej, bo wymagałoby to współpracy nie tylko między dyscyplinami, ale też uczelniami. Nieco inaczej patrzą na to zapewne przedstawiciele nauk technicznych i przyrodniczych, bo reforma Gowina z ich perspektywy nie niosła aż tak negatywnych skutków. Tyle że uniwersytet nie jest w stanie przetrwać bez nauk humanistycznych i społecznych. Ktoś musi nadawać głębszy sens temu, co wytworzą inżynierowie.
Co z tego wszystkiego wynika dla przyszłości? Nie ma się co łudzić, że nagle w sektorze pojawi się więcej pieniędzy. Nie ma się też co mamić, że zmieni się struktura władzy na uczelniach – nikt nie odważy się na nowo otwierać puszki Pandory, uczelnie pomału otrząsają się dopiero z rewolucji 2.0. Co więcej, przy tak niskim poziomie zaufania i poczucia wspólnoty akademickiej jakiekolwiek zmiany będą budzić nieufność i obawy.
Czeka nas zatem inercja i dalsze udawanie. Będziemy żyć w coraz marniejszym teatrze, z coraz większym poczuciem braku sensu. To trwanie będzie możliwe, bo jeszcze przez jakiś czas możemy liczyć na w miarę stabilny napływ studentów, a przynajmniej tak się wielu rektorom wydaje. Ja takiej pewności nie mam, bo choć demograficzne tsunami dotrze na uczelnie dopiero po 2040 r., nie wykluczam, że młodzi ludzie jako pierwsi połapią się, że cała ta zabawa nie ma sensu, i po prostu zrezygnują ze studiowania.
Nie wykluczam, że wspomniany współczynnik skolaryzacji netto, który od 15 lat spada o około pół punktu procentowego rocznie, w ciągu najbliższych 5 lat zejdzie z poziomu 34 do ok. 25 proc. Co się stanie, jeśli w 2030 r. z liczby ok. 1,3 mln studentów spadniemy do poziomu 800-900 tys. (tyle osób studiuje dziś na samych uczelniach publicznych)?
Mając to na uwadze, niezmiennie dziwią mnie plany niektórych rektorów, którzy chcą i tak ograniczone środki inwestować w lanie betonu pod nowe budynki dla nie wiadomo kogo. Tymczasem może się okazać, że nasze uczelnie, aby przetrwać i realizować jakikolwiek istotny interes publiczny, uzasadniający wydawanie pieniędzy z budżetu, będą musiały znaleźć zupełnie nowe obszary i formy działania. To jednak oznacza, że już dziś pilnie potrzebujemy szukać nowego sensu, zwłaszcza na uczelniach humanistycznych i społecznych.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










