W trzeci weekend lipca fani System of a Down przejęli Warszawę. Dobre sto tysięcy miłośników „Toxicity” przyjechało do stolicy Polski na dwa wyprzedane koncerty na Stadionie Narodowym. To efekt nie tylko ogromnej – i trudnej do zracjonalizowania – popularności zespołu, który od ponad 20 lat nie nagrał nowego albumu, ale także zmieniającej się polityki projektowania wielkich tras koncertowych.
Zamiast objeżdżać kontynent wzdłuż i wszerz ci najwięksi wolą dzisiaj dawać po kilka występów w wybranych wcześniej miastach. Wpisuje się to w panujący w branży muzycznej trend, gdzie więksi dostają coraz więcej, a mniejsi – cóż, muszą gasić światło. Tak czy owak po dwóch koncertach w Londynie System of a Down zawitali na dwudniową rezydencję do Warszawy, a wraz nimi tłum fanów.
Koncert SOAD: było w tym coś poruszającego
Najciekawszym momentem ich składającego się z aż trzydziestu utworów występu było wspomnienie pierwszego koncertu System of a Down w Polsce, który miał miejsce w 1998 r. Zespół występował wówczas jako support Slayera i został fatalnie przyjęty. Daron Malakian wspominał ze sceny, że zostali obrzuceni bułkami i monetami. Był to moment triumfu nu metalowego kwartetu, końcowa scena uwielbianej przez nas wszystkich bajki o pucybucie, który został milionerem.
Przy czym, tak jak potrafię sobie jakoś wytłumaczyć tę historię – zespół był jeszcze przed wydaniem najpopularniejszej płyty, grał dla publiczności innej grupy, itd. – to nie wiem, co wydarzyło się pomiędzy występem Tankiana i spółki na festiwalu Impact w 2017 r., a tegorocznymi koncertami w Warszawie.
Z jakiegoś jednak powodu zespół, który był wówczas niespecjalnie aktywną gwiazdą przebrzmiałego gatunku stał się ikoną podejmowaną przez dziesiątki tysięcy fanów niczym Metallica czy U2 w czasach świetności.

Trudno byłoby mi nawet narzekać na akustykę Stadionu Narodowego, kiedy od począwszy od pierwszego utworu dziesiątki tysięcy gardeł odśpiewywały po kolei wszystkie utwory grupy. Najważniejsze było tu więc wspólne przeżycie, zbiorowe doświadczenie piosenek, które dla znacznej części zebranych symbolizowały coraz bardziej oddalającą się młodość. I było w tym coś poruszającego.
Jeśli więc czasem wszystko przykryła linia basu, to nic, skoro każdy potrafił dośpiewać sobie tekst czy odtworzyć w głowie gitarowy riff. A nierzadko była taka potrzeba, bo przeskakując pomiędzy hardkorem a wodewilem, balladą i industrialnym rockiem zespół nie ułatwiał zadania stadionowej akustyce.
Tym bardziej, że pędził przez swój repertuar na łeb na szyję, grając trzydzieści numerów w jakieś sto minut. Mieszały się więc nie tylko estetyki, ale też tematy i nastroje: i tak ciężkie, industrialne „Deer Dance” traktujące o nadużywającej przez policję przemocy momentalnie przeszło w naiwne, trochę reggaeowe „Radio/Video”.
Słuchając wokaliz Serja Tankiana w „Cigaro”, doznałem wręcz objawienia, że w tym swoim przepychu, eklektyzmie i rysowaniu grubą kreską System of a Down ma w sobie wiele z Queen. I pewnie rozdźwięk pomiędzy recepcją publiczności i krytyki byłby kolejnym argumentem potwierdzającym tę tezę.
Tankian: wielki nieobecny
Zostanę jeszcze na moment przy Tankianie, który wydawał mi się wielkim nieobecnym tego występu. I nie chodzi o to, jak śpiewał, ale o brak jego wypowiedzi między utworami. Politycznie zaangażowany artysta oddał zupełnie pole gitarzyście Daronowi Malakianowi, który tego wieczoru był niekwestionowanym liderem zespołu. Może był to prezent urodzinowy ze strony Serja, ale trudno nie przypomnieć sobie pretensji, jakie członkowie zespołu mieli do wokalisty za zabieranie głosu w kwestiach polityczno-społecznych.
Tym bardziej, że ich poglądy (na przykład na sytuację w Stanach Zjednoczonych) bardzo się różnią. Politycznie było więc tylko raz, a sam komunikat był skrojony w taki sposób, by wywołać możliwie najmniej kontrowersji. Upomnienie się o protestujących Irańczyków można by wręcz odczytać jako tłumaczenie amerykańskiej agresji na Teheran. Każdy mógł więc usłyszeć to, co chciał. I mam na myśli nie tylko przekrojową setlistę.
Jak na mój gust, wcielającego się w Slasha Malakiana było za dużo nie tylko pomiędzy utworami, ale także na wokalu, a śpiewane przez niego utwory z dwóch ostatnich płyt zespołu wyraźnie odstawały poziomem od cięższych, bardziej zadziornych i wielowymiarowych piosenek z pierwszych płyt System of a Down.
Acid Bath i Queens of the Stone Age: świetny support
Poszedłbym nawet dalej i napisał, że najlepsze kompozycje wybrzmiały zanim jeszcze na scenę weszła gwiazda wieczoru. Jako pierwszy support wystąpił reaktywowany zespół Acid Bath, którego ciężkie, powolne, sludge’owe brzmienie nieźle radziło sobie z akustyką Stadionu Narodowego. Przebijał się przez nie mocny, trochę grunge’owy wokal Daxa Riggsa i nie byłoby głupio, gdyby po dobrym przyjęciu tego półgodzinnego setu grupa powróciła do Polski na pełnowymiarowy występ.
Jako drudzy tego wieczoru zagrali Queens of the Stone Age, którzy przeboje z trzech pierwszych płyt wymieszali z mniej oczywistymi numerami z „Era Vulgaris”.
Po wykonaniu „The Lost Art of Keeping a Secret” szepnąłem do siedzącego obok znajomego, że lepszej kompozycji to już dzisiaj nie usłyszymy. A biorąc pod uwagę ekstatyczny odbiór System of a Down przez warszawską publiczność, jestem mu wdzięczny, że zachował to jednak dla siebie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










