O czym wierzby nie szumią. Radek Rak wraca do kultowej książki Kennetha Grahame’a

Wszystko zaczyna się od wiosny i wiosennych porządków, ale tak naprawdę od porzucenia niekoniecznych zajęć i wybrania się na spacer. Nie na wielką, bohaterską wyprawę. Na spacer.
Czyta się kilka minut
Szczur Wodny i Kret, ilustracje Philipa Mendozy do książki „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a // Look and Learn / Bridgeman Images / Photo Power
Szczur Wodny i Kret, ilustracje Philipa Mendozy do książki „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a // Look and Learn / Bridgeman Images / Photo Power

Fantastyczne opowieści o małych zwierzątkach – przynajmniej te, w których pojawiają się filiżanki w norkach i dziuplach, razem z ubraniami wyglądającymi zarazem elegancko i wygodnie – wydają się typowo angielską specjalnością. 

Pewnie mają z tym coś wspólnego wszystkie te puddingi i leguminy, których będąc dzieckiem, bardzo chciałem spróbować. Oczywiście byłoby nadużyciem łączyć takie opowieści wyłącznie z Anglią, bo podobnych pozycji znalazłoby się niemało i w innych krajach, w tym w Polsce.

Nie wiem, czy „O czym szumią wierzby” autorstwa Kennetha Grahame’a z 1908 r. były pierwszą taką książką, ale dla mnie pozostaje pozycją najlepszą i ukochaną. I to nie tylko dzięki tym deserom, które, kiedy skosztowałem ich jako dorosły, okazały się wyjątkowo smaczne. 

Zapewne niemałą rolę odgrywa to, że również wychowałem się nad Rzeką, a w pobliżu mojego domu była i Puszcza, i pewien dwór. Nie wspominając o małych zwierzątkach, jak krety, ropuchy i karczowniki, nazywane szczurami wodnymi. Być może żyły tam też jakieś borsuki. 

Niech mi będzie wybaczone to i inne prywatne nawiązanie. Trudno mi jednak wyobrazić sobie, by ktoś naprawdę kochał jakąś książkę i uważał ją za istotną jedynie z powodu jej wartości literackiej czy istotności zawartej w tej książce myśli, bez odniesienia do osobistych doświadczeń.

Dlaczego warto czytać stare książki

To jest książka stara. To jest książka napisana w sposób, który być może uznamy za archaiczny. 

Jeśli szukamy wszystkich tych łuków narracyjnych i innych zasad, według których zaleca się dzisiaj tworzyć opowieść, to będziemy zawiedzeni: wszystkie zasady narratologiczne autor ma za nic. Podobnie rozczarujemy się, jeśli podejdziemy do niej ze współczesnymi oczekiwaniami względem bohaterów albo treści, które powinny być poruszane (aha, i jeszcze morału, bo to podobno książka dla dzieci, choć wydaje mi się, że wcale nie).

Uruchamianie odtwarzacza...

A już najgorzej, jeśli pochłonięci tysiącem innych aktywności, nie będziemy chcieli na niej się skupić. Za każdym razem stwierdzimy, że bardzo się zestarzała.

Bo to nie jest w żaden sposób nowoczesna książka. Na szczęście.

Alistair Grahame i Pan Ropuch - co ich łączy z biografią autora

Nie jestem entuzjastą nadmiernego grzebania w życiorysach autorów. Z tego, co mi wiadomo, Kenneth Grahame jako poważany urzędnik Banku Anglii wiódł życie zwyczajne i smutne, choć (przynajmniej jako dorosły człowiek) raczej dostatnie. 

Wychowany na prowincji, nie potrafił odnaleźć się w Londynie, nieustannie cierpiał na choroby płuc, a przy tym niemal poniósł śmierć, kiedy do banku wdarł się zamachowiec i oddał w jego stronę trzy strzały. Osobiste życie naznaczone było stratą: najpierw śmiercią matki, potem porzuceniem przez ojca, a wiele lat później – tragiczną śmiercią syna Alistaira. 

Poza tym wiódł zapewne takie życie, jakiego od niego oczekiwano, i chyba tego życia nie lubił, a pisanie stanowiło dla niego ucieczkę. „O czym szumią wierzby”, jak wiele książek dla dzieci, zrodziło się z historii, które opowiadał swojemu synowi, i z listów, które pisał do niego do szkoły.

Spotkałem się z wieloma historiami na temat tego, ile w Panu Ropuchu z Ropuszego Dworu było Alistaira i co tak naprawdę stało się przyczyną śmierci młodego Grahame’a. Wiele z tych historii brzmi sensacyjnie i nie do końca im ufam. Zajmijmy się więc samą książką.

„O czym szumią wierzby”: co oprócz przygód Pana Ropucha

„O czym szumią wierzby” składa się z dwunastu rozdziałów, z których sześć poświęconych jest Panu Ropuchowi, zamożnemu awanturnikowi, którego miłość do motoryzacji i przyrodzony temperament popychają na drogę występku. Jest tam i kradzież samochodu, i ucieczka z więzienia, i powrót do domu, i epicka bitwa.

Przeważnie to ta połowa, jako przygodowa, jest bardziej rozpoznawalna, niepozbawiona osobliwego humoru, i może być traktowana jako swoisty znak firmowy. A więc nie będę się nią specjalnie zajmował, przynajmniej nie w tej chwili. Znacznie bowiem bardziej interesujące wydawały mi się zawsze rozdziały bezropuchowe.

Pozornie niewiele tam się dzieje. Nawet okazja do dalekiej podróży zostaje odrzucona. Bardzo przypominają one odwiedzanie po wielokroć tych samych miejsc i spacery tymi samymi drogami. Lubię takie spacery, bo uczą mnie o wiele więcej niż podczas długich podróży gdzieś bardzo daleko. 

Od lat opowiadają mi moje życie i pomagają je lepiej rozumieć. I choć jako dorosłemu człowiekowi mówią mi inne rzeczy, niż mówiły mi w dzieciństwie, to jednak wcale nie mniej trafne. Do tych rozdziałów „O czym szumią wierzby” wracam często i chętnie. Zwłaszcza gdy wokół robi się zbyt głośno i trudno coś usłyszeć w tłumie różnych Ropuchów.

Kwestia tłumaczenia: czy Kenneth Grahame pisał o Bogu

W Polsce książka nigdy nie zdobyła wielkiej popularności, mimo że tradycyjny przekład Marii Godlewskiej jest piękny i zasadniczo wierny. Być może ma to coś wspólnego z kukiełkowym serialem BBC, szybko zdjętym z anteny TVP. Podobno dzieci bały się postaci. Osobiście tego serialu zupełnie nie pamiętam, choć moje dziecko bardzo go lubi.

Przekład Godlewskiej parokrotnie poddawano różnym redakcjom: w jednym z nowszych wydań konsekwentnie usunięto słowa „Bóg, boski” itd., zastępując zwrotami ze świeckiego porządku, nawet tam, gdzie zabieg był zupełnie bezcelowy; dziwi to o tyle, że książka nie ma przecież jednoznacznie religijnych konotacji. 

W 2014 r. ukazał się wybitny przekład Macieja Płazy, świetnie operujący archaizmami i chyba wierniejszy duchem oryginałowi niż klasyczne tłumaczenie. Jeszcze wcześniej, w 2009 r., pojawił się przekład Bohdana Drozdowskiego, trochę łotrzykowski i mniej archaizujący. Nie wydaje mi się jednak, by dały książce w Polsce nowe życie. Z jakiejś przyczyny Grahame’owe wierzby nigdy się u nas mocno nie zakorzeniły.

Szczur Wodny i Rzeka jako osoba

Można powiedzieć, że książka zaczyna się od wiosny i wiosennych porządków, ale tak naprawdę rozpoczyna się porzuceniem przez Kreta niekoniecznych zajęć i wybraniem się na spacer. Kret jeszcze nie wie, że to, co miało być krótką przechadzką, przedłuży się ponad wszelką miarę, a on sam wróci do domu dopiero w okresie Bożego Narodzenia. A i wtedy tylko na chwilę.

Podczas tego spaceru trafi na najdziwniejsze stworzenie, jakie kiedykolwiek będzie mu dane spotkać: na Rzekę. Rzeka odmieni go na zawsze. Jest ona u Grahame’a czymś więcej niż tylko ekosystemem. Jej mieszkańcy, zwłaszcza Szczur Wodny, traktują ją jak osobę, kogoś, kto ma własne zdanie, mądrość, z kim można wejść w relację.

„To jest nasza Rzeka, jedyna na świecie! (…) Jest mi bratem i siostrą, i ciotką, i towarzyszem, i pokarmem, i napojem, i – oczywiście – kąpielą. To mój cały świat, innego nie chcę. Nie warto mieć tego, co nie pochodzi z Rzeki, i nie warto wiedzieć tego, o czym ona nie wie”.

Spośród wszystkich stworzeń, przewijających się przez karty książki, to Szczur Wodny najlepiej rozumie Rzekę. I to on podzieli świat na trzy części i wyznaczy każdej z nich granice.

Co nas obchodzi Szeroki Świat

Najpierw zatem jest Rzeka i jej brzeg; to, co wydaje się oswojone i bezpieczne. Ciekawe, że choć Rzeka wydaje się być w samym centrum opowieści, to w rzeczywistości pojawia się stosunkowo rzadko, a jeszcze rzadziej odgrywa jakąś szczególną rolę – dzieje się tak tylko w rozdziałach pierwszym i siódmym, jednym z bardziej osobliwych. 

Następnie mamy Puszczę, o której Szczur mówi dość niechętnie – choć stara się nie używać wartościujących sądów wobec jej mieszkańców (pewnie dziś powiedzielibyśmy, że nie chce zabrzmieć klasistowsko). A na samym końcu – Szeroki Świat, o którym nie chce mówić zupełnie nic. „A to jest coś, co nie obchodzi ani ciebie, ani mnie”, powie. „Nigdy tam nie byłem i nigdy nie będę, i ty też nie będziesz, o ile masz trochę rozsądku. Proszę cię, nie wspominaj mi o tym”.

Kret odkrywa Rzekę z zachwytem i chłonie każde słowo Szczura, niczego nie podając w wątpliwość. Przypomina w tym małe dziecko. Oto przebudził się, wyszedł ze swojej nory do słońca i jasności. Ten zachwyt i świeżość patrzenia stanowią podstawową cechę jego osobowości. Choć pochodzi z podziemnego świata, Kret jest istotą na wskroś świetlistą.

Czy żaba może prowadzić samochód, a szczur zapraszać na wędrówkę

Czytelnik współczesny, przywykły myśleć obrazami, zapewne nieraz poczuje się tą książką skonsternowany, a może i oszukany. Choćby tym, że nie do końca wiadomo, jakich rozmiarów właściwie są jej bohaterowie. Ropuch prowadzi wszak samochód, musi więc sięgać rękami kierownicy, a stopami pedałów. 

Co więcej, po nocy spędzonej w zaroślach przy nasypie kolejowym wyciąga grzebień, by się uczesać. Musi mieć zatem włosy, mimo że pozostaje płazem (wszystkie adaptacje, które znam, pozbawiły Ropucha włosów). Z drugiej strony Kret i Szczur Wodny mają rozmiary jak najbardziej krecie i szczurze, przynajmniej w rozdziale „Dulce domum”.

Najbardziej uderzającą sprzeczność widzę jednak gdzie indziej. Sięgnijmy do rozdziału dziewiątego. W przekładzie Godlewskiej nosi tytuł „Powszechna wędrówka”. W oryginale brzmi lekko i brzemiennie w znaczenia: „Wayferers all”. Oto zbliża się koniec lata, a wraz z nim nadchodzi czas wielkich wędrówek i zmian. Niektórzy – jak jaskółki – odlatują, nie potrafią jednak wyjaśnić, skąd ta nagła potrzeba, by porzucić wszystko i wyruszyć w drogę. 

Inni, jak myszy, również porzucają letnie domy i sposobią się do zimowania. To jeden z tych momentów, w których przestajemy widzieć tu tylko bajkę zwierzęcą, a w bohaterach – przebranych ludzi. Mieszkańcy brzegu Rzeki jawią nam się teraz prawdziwymi zwierzętami.

Niepokój udziela się również innym. I gdy pewnego dnia nad Rzekę przybywa Szczur Wędrowny, i opowiada Szczurowi Wodnemu o podróżach do szczęśliwych krain Południa, pokusa staje się nie do odparcia. 

Są to bowiem opowieści pełne barw i smaków, morelowych zachodów słońca, szumu fal i beztroskiej wędrówki. I nawet we mnie, mimo zdecydowanie osiadłego trybu życia, budzą tęsknotę za czymś, czego przecież nigdy nie widziałem, i za życiem, którego nie prowadziłem.

Interwencja Kreta: czy dobrze, że Szczur Wodny został w domu

Pod wpływem impulsu Szczur Wodny decyduje się porzucić Rzekę i całe swoje życie, i wyruszyć w podróż. Może to brzmieć dziwnie, biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno tak kategorycznie odcinał się od związków z Szerokim Światem. A może właśnie nie? Może ta stanowczość i niechęć do sięgania poza brzeg Rzeki choćby myślą wynika właśnie z tego, że to pragnienie jednak w Szczurze Wodnym od dawna żyło.

Być może jest jednak zupełnie inne wytłumaczenie na to, że Szczur na początku książki nie chce o Szerokim Świecie mówić i myśleć. Wymagałoby ono jednak sięgania do biografii autora, a tego nie lubię i uważam za niekonieczne. Na historię stojącą za wierzbami przyjdzie jednak czas później.

Jakkolwiek by było, Szczur Wodny zostaje powstrzymany przez Kreta (częściowo siłą). Po jakimś czasie wraca do swoich zajęć i do pisania wierszy. Nie dowiemy się nigdy, czy był szczęśliwy. Ale też nie dowiemy się, czy był nieszczęśliwy. Duch opowieści zdaje się jednak subtelnie aprobować ten wybór. Dobrze, że Szczur został w domu.

Przygody szczęścia nie dają

Niemniej ta wymuszona decyzja Szczura Wodnego wydawała się kłuć tych, którzy decydowali się dzieło Grahame’a interpretować. 

W wielu adaptacjach rozdział zostaje w ogóle pominięty. W powieściowych kontynuacjach autorstwa Williama Horwooda, całkiem zresztą udanych i trzymających się ducha oryginału, Szczur Wodny po latach wyruszy jednak w wymarzoną podróż. Nasza współczesna perspektywa również podpowiada, że podróżowanie jest czymś dobrym i pożądanym, nawet jeśli duża część świata wygląda dziś tak samo.

Przede wszystkim jednak wydaje się niesprawiedliwe, że to właśnie Kret powstrzymuje Szczura Wodnego. Nie tak dawno sam przecież porzucił dom, by prowadzić zupełnie inne życie nad Rzeką i w świetle słońca. To też była podróż, choć w zupełnie innej skali. Jej skutek jest podobnie nieodwołalny. Kret jest odmieniony, a powrót do poprzedniego życia jest możliwy tylko na chwilę. 

Dlaczego więc Kret powstrzymuje przyjaciela przed krokiem, który jemu samemu przyniósł tak wielką radość? Wydaje się to sprzecznością o wiele większą niż poranna toaleta Ropucha, z włosami czy bez. Jest to bowiem, przynajmniej na pierwszy rzut oka, pęknięcie w samej naturze opowieści.

Być może Kret chce po prostu zatrzymać Szczura przy sobie. Nie wierzę jednak w podobną jego małostkowość. Od dziecka wyczuwałem – nie wiem, jakim zmysłem, może właśnie jakimś zwierzęcym – że na końcu wędrówki Szczura Wodnego nie czekałoby nic dobrego. Z pewnością przeżyłby wiele przygód, ale czułem, że przygody te wcale nie przyniosłyby mu szczęścia. Być może nawet odmieniłyby go na gorsze. Nie byłoby już jednak powrotu. 

Nie można porzucić Rzeki i tak po prostu do niej wrócić, jakby nic się nie stało. A przecież dokładnie to sugeruje Szczur Wędrowny. Być może była to rzeczywiście droga dobra dla niego – ale Szczura Wodnego na końcu czekałaby jedynie pustka.

Nie ufałem Szczurowi Wędrownemu jako dziecko. Jako dorosły mężczyzna nie ufam mu jeszcze bardziej.

Jak wędrować, to tylko wiosną

Fundamentalna różnica między wyborem Kreta a wyborem, którego Szczur Wodny (jestem przekonany, że na swoje szczęście) nie dokonał, zdaje się tkwić w jeszcze innym miejscu. Ponieważ jesteśmy właśnie w tej książce, a nie innej, pora roku ma ogromne znaczenie. Kret odbywa swoją podróż wiosną, z ciemności do światła, i jest ona nacechowana dziecięcym zachwytem. 

Za to Szczur Wodny staje przed swym wyborem, gdy lato chyli się ku końcowi i czuć nadchodzącą jesień. O tej porze łatwo pod wpływem niezadowolenia z życia wywrócić je do góry nogami albo zniszczyć w nim coś bardzo istotnego, ulegając wrażeniu, że przedłużymy w ten sposób trwanie lata i zachowamy jego ciepło na dłużej. Pewnie przez chwilę jest to nawet przyjemne. 

Może też przynieść wrażenie uwolnienia, przynajmniej na jakiś czas. Potem zaś możemy do woli przekonywać samych siebie, że tak należało zrobić.

Szczur Wędrowny jawi się zatem jako nieodpowiedzialny artysta. Rozbudza pragnienia, których nie sposób zrealizować. Jego opowieści są piękne, ale nikt później nie czuje się szczęśliwszy. Nie wynika też z nich żadne inne dobro.

Widzę to w taki sposób, bo zbliżam się do wieku, w którym do człowieka przychodzą różne Szczury Wędrowne. Ten rozdział, który w dzieciństwie uważałem za nudny i z całej książki lubiłem go najmniej, teraz zaczyna mi się jawić jako szczególnie istotny. Ale też jest cechą dobrych książek to, że mówią nam różne rzeczy na różnych etapach życia, i nieodmiennie są to rzeczy ważne. „O czym szumią wierzby” smakują mi od lat, ale przy każdej lekturze jest to smak zupełnie inny. Zapewne wiele osób ma w życiu takie książki.

Ciąg dalszy za tydzień.

RADEK RAK jest lekarzem weterynarii i pisarzem. Laureat Literackiej Nagrody Nike za „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakubie Szeli”, ostatnio opublikował trylogię „Agla”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2026

W druku ukazał się pod tytułem: O czym wierzby nie szumią