O czym wierzby nie szumią. Druga część opowieści o kultowej książce Kennetha Grahame’a

Uśpione na co dzień zmysły, tęsknota za domem, doświadczenie obecności czegoś, co nas przekracza. To nie jest tylko bajka zwierzęca.
Czyta się kilka minut
Ilustracja Philipa Mendozy do książki „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a // Look and Learn / Bridgeman Images / PhotoPower
Ilustracja Philipa Mendozy do książki „O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a // Look and Learn / Bridgeman Images / PhotoPower

OD REDAKCJI: Dlaczego warto czytać stare książki, co łączy Pana Ropucha z rodziną autora, na jakie problemy natrafiają tłumacze „O czym szumią wierzby”, czy rzeka to osoba oraz czy warto ruszać w Szeroki Świat, a jeśli tak, to o jakiej porze roku – przed tygodniem opublikowaliśmy pierwszą część opowieści Radka Raka o kultowej powieści Kennetha Grahame’a. Dziś dokończenie eseju.

Skoro w pierwszej części tekstu oparliśmy się pokusie Szerokiego Świata i szczęśliwie nie wyruszyliśmy w podróż, możemy przyjrzeć się kręgom, które w powieści Kennetha Grahame’a zatacza Szczur Wodny.

Puszcza znajduje się bliżej Rzeki niż Szeroki Świat, ma też z nią więcej wspólnego. Mieszkańcy obu miejsc odwiedzają się nawzajem, a niektórzy istnieją w obu obszarach.

Puszcza nie przynależy ani do brzegu Rzeki, ani do Szerokiego Świata. Rządzi się swoimi prawami, a dla przybysza z zewnątrz pozostaje miejscem niezrozumiałym i wrogim. A jednak nie może być to miejsce zupełnie złe i ponure, skoro mieszka tam np. Pan Borsuk.

Co naprawdę spotyka Kreta w Puszczy

Pewnego dnia u progu zimy, gdy Szczur Wodny pogrąża się w drzemce, Kret wymyka się więc z domu, pragnąc odwiedzić Borsuka. Z początku Puszcza jawi mu się jako miejsce piękne i tajemnicze, lecz niebędące żadnym zagrożeniem. Gdy jednak zapada zmrok, jej mieszkańcy wychodzą z ukrycia. Bawią się kosztem Kreta – „pędzają go w kółko”, powie jeden z królików. 

I choć Kreta nie spotyka ostatecznie żadna fizyczna krzywda, to jest na różne sposoby zastraszany. Szybko rozumie, że trafił do miejsca, w którym nikt nie jest mu życzliwy. Ratuje go dopiero Szczur Wodny, który wyrusza nocą na poszukiwanie zaginionego przyjaciela.

„My, mieszkańcy Wybrzeża, prawie nie zapuszczamy się samotnie do Puszczy. Jeżeli zajdzie tego potrzeba, chodzimy co najmniej samowtór, wówczas wszystko idzie zwykle pomyślnie; a poza tym należy znać zaklęcia, o których my wiemy, a ty ich jeszcze nie znasz. Mam na myśli hasła, znaki i skuteczne powiedzonka, i zioła, które trzeba mieć w kieszeni, i wiersze, które trzeba powtarzać, i fortele, i sztuczki”.

Uruchamianie odtwarzacza...

W gruncie rzeczy nie musi to być wcale opowieść o ciemnym lesie. Doświadczenie Kreta może nas spotkać w szkole czy w pracy, na osiedlu czy w dowolnym innym miejscu, gdzie gromadzi się dużo ludzi. 

Wszystkie te miejsca sprzyjają tworzeniu grupek i kręgów adoracji, i – co za tym zawsze idzie – prześladowaniu tych, którzy do żadnej z grupek nie należą. Bo też Kreta ratuje ostatecznie protekcja Szczura Wodnego, a przede wszystkim Borsuka. Wyłącznie dzięki nim zwierzątko staje się w Puszczy stosunkowo bezpieczne.

Kim jest Borsuk: wydaje się czymś więcej niż on sam

W Puszczy paradoksalnie znajdziemy jeden z najbezpieczniejszych azylów. A właściwie pod Puszczą, bo mowa o domu Borsuka.

To nie jest zwyczajny dom. To miejsce liczące setki lat, wieki temu zbudowane przez ludzi. Lecz ludzi dawno już tu nie ma, a dzieło ich rąk porósł las. Reszty dokonały kolejne pokolenia borsuków. Powstało coś, co przypomina zamczysko z gotyckiej powieści, mroczne, zapuszczone i rozległe. A jednak czujemy się mile widzianymi gośćmi, co w znacznej mierze jest zasługą gospodarza.

Sam Borsuk jest postacią o tyle szczególną, że jako jedyny w całej książce wydaje się być czymś więcej niż on sam. Jest przedłużeniem nie tylko swego domostwa, ale i tradycji, której jest kontynuatorem i która stoi za nim jak cień. Widzimy nie tylko samego Borsuka, ale stojące za nim pokolenia przodków, duchy przeszłości, całą szlachetną dawność, choć trochę zakurzoną i pokrytą pajęczynami.

Dębica Radka Raka: widzę w niej pradawną borsuczą norę

W norze Borsuka czułem się zawsze dobrze. Być może dlatego, że znajdowałem tam wiele z tego, co mi imponowało, no i chciałem mieszkać w wielkim starym domu. 

Teraz jednak, kiedy trochę mi ta chęć przeszła, widzę w swoim rodzinnym mieście, Dębicy, taką właśnie pradawną borsuczą norę. Bez trudu mogę wskazać miejsca, gdzie pradziadowie mieli kuźnię, albo inne, w jakiś sposób istotne dla mojej rodziny. Odwiedzam cmentarze, gdzie kości moich przodków sprzed pokoleń zamieniły się w proch na wiele lat przed moimi narodzinami i nawet dokładnie nie wiadomo, gdzie mogli być pochowani.

Siedziba Borsuka rozszerza więc znaczenie słowa „dom” (które w moim odczuciu jest jednym z najpiękniejszych słów na świecie). Dom staje się czymś więcej niż cztery ściany, nawet czymś więcej niż sami domownicy, i zaczyna rozciągać się w czasie, tak w przeszłość, jak w przyszłość.

O wiele milszy w tej książce wydaje mi się jednak inny dom. Właściwie domek, choć również podziemny. Jest to Krecie Zacisze, norka, którą Kret kiedyś opuścił, a o której przypomina sobie nagle i niespodziewanie. Pewnego zimowego wieczoru podczas wędrówki ze Szczurem Wodnym wyczuwa ją jednym z tych dziwnych zwierzęcych zmysłów, na które ludzie nie mają nazwy. 

Krecie Zacisze: czy można zapomnieć o domu?

Krecie Zacisze okazuje się miejscem ciasnym i zagraconym, ale dzięki staraniom Szczura Wodnego prędko udaje się przekształcić je w prawdziwy dom. A gdy przychodzą mysi kolędnicy, gdy norka wypełnia się śpiewem, głosami, zapachami jedzenia i światłem, czujemy się już zupełnie świątecznie. Dom na nowo wita Kreta, i wita go z radością.

Najdziwniejsze wydawało mi się zawsze to, że Kret zapomina o swoim domu i nie myśli o nim przez blisko rok, pochłonięty nowymi sprawami nad Rzeką.

Była to ta cecha – jedna z wielu – która wydawała mi się bardziej zwierzęca niż ludzka, po raz kolejny zadając kłam twierdzeniu, że „O czym szumią wierzby” są wyłącznie bajką o ludziach w zwierzęcych maskach. Ale teraz, ilekroć wracam do własnego rodzinnego domu i w ogóle w rodzinne strony, czuję się podobnie jak Kret. Wracam do miejsca, do którego nie do końca przynależę i do którego jednocześnie należał będę zawsze.

Ten moment podróży, gdy zaczynam już widzieć znajome wzgórza nad Dębicą, zawsze przynosi mi radość, a towarzyszące jej wrażenia (także somatyczne) są identyczne z tymi, których zimową nocą doświadcza Kret. 

Krajobraz uśmiecha się do mnie, kiedy się zbliżam. Rodzinny dom wie, że się zbliżam, na długo przed tym, jak w ogóle zaczynam o nim myśleć. I wiem, że czeka na mnie bezpieczna przystań, gdzie zawsze będę mile widziany. Wszystko to czuję, choć jestem człowiekiem i zwierzęce zmysły, na które nie ma nazwy, pozostają głęboko uśpione.

Najlepszy rozdział książki „O czym szumią wierzby”

Rzeka rzadko wychodzi na pierwszy plan: to jedna z najbardziej zastanawiających rzeczy w książce poświęconej Rzece. Oczywiście, od czasu do czasu bywa scenerią wydarzeń, miejscem spotkań, pracy i wypoczynku. A jednak przez długi czas nie doświadczamy jej niezwykłej natury, o której Szczur Wodny wspomina na samym początku, co może wydawać się trochę rozczarowujące. 

Zastanawiamy się nawet, czy wszystkich tych wzmianek rozsianych po pierwszym rozdziale (i jeden raz w drugim) nie należy złożyć na karb fantazji Szczura.

I wtedy przydarza się rozdział „Pieśń o świcie”. Bywa on, razem z „Powszechną wędrówką”, pomijany w adaptacjach. Bywa też uważany za najlepszy z całej książki. Z pewnością jest najbardziej ze wszystkich niezwykły. Oto zaginął mały synek Wydry, więc Szczur Wodny i Kret wypływają letnią nocą na Rzekę, aby go szukać.

Jak to u Grahame’a, czekają nas sążniste, lecz piękne opisy, mistrzowskie operowanie światłem i ciemnością; i nawet jeśli czytelnik nigdy nie pływał nocą po żadnej rzece i nie wsłuchiwał się w jej niezliczone odgłosy, to i tak poczuje wszystko w fizyczny wręcz sposób.

Ale to nie w nastrojowości tkwi siła tego rozdziału. 

Szczur i Kret usłyszą bowiem muzykę, a synka Wydry odnajdą na porośniętej wierzbami i dziką jabłonią wyspie. Przede wszystkim jednak doświadczą obecności czegoś, co znacznie ich przekracza, a co Grahame w oryginale określa jako demigod (tłumaczka użyła tu słowa „półbóg”).  Ten opiekun małych zwierząt, budzący jednocześnie zachwyt, grozę i miłość, obdarzy całą trójkę na koniec łaską zapomnienia. Nigdy nie przypomną sobie, co dokładnie ich spotkało, a jednocześnie będą żywić pewność, że tam, na wyspie, wydarzyło się coś szczególnego.

Cytaty, nawiązania i easter eggi w książce „O czym szumią wierzby”

Było to moje bodaj pierwsze w życiu spotkanie z literackim opisem doświadczenia mistycznego. Lepsze od wielu innych, choć na samego Grahame’a ściągnęło sporo nieprzyjemnej krytyki. Ten demigod to Pan, przynajmniej tak się nam ukazuje, z rogami, kopytami i fletnią. 

Motyw Pana w literaturze angielskiej tamtej epoki bywał mocno eksploatowany. Przeważnie, zapewne zgodnie ze swoją naturą, jako dzika i nieokiełznana siła natury. Jednak u Grahame’a Pan (o ile to naprawdę on, a mam ku temu jednak wątpliwości) jest przede wszystkim dobry. Nietrudno sobie wyobrazić, że właśnie w takiego opiekuna chciałyby wierzyć krety, szczury wodne, dzieci, które się zgubiły, i inne małe stworzenia. Na tle innych, bardziej krwiożerczych i rozpasanych Panów swojej epoki, demigod Grahame’a prezentuje się wyjątkowo niepozornie. Na szczęście.

Po Panie albo kimś bardzo do niego podobnym pozostaje zapomnienie i to, o czym szumią trzciny. Rzeka, choć przeważnie milczy, przemawia w rozdziale, który wydaje się najważniejszy, a zarazem jako jedyny nawiązuje wprost do pierwotnego tytułu książki. Ten miał bowiem brzmieć „The wind in the reeds”. Zmieniono go jednak, by nie brzmiał podobnie do „The wind among the reeds” Yeatsa

Czy pierwotne brzmienie tytułu było dziełem przypadku, czy świadomym nawiązaniem, nie wiem. Niemniej w całej książce znajduje się niezliczona mnogość cytatów, nawiązań i easter eggów, mało czytelnych dla czytelnika z dzisiejszej Polski. Wiele z nich wychwycił i przetworzył w swoim przekładzie Maciej Płaza, w miejsce cytatów angielskich poetów sprzed ponad stulecia umieszczając fragmenty mało znanych, a podobnych duchem dzieł z polskiej literatury odpowiedniej epoki.

„O czym szumią wierzby” – co naprawdę mówi nam ta książka

Wbrew pozorom „O czym szumią wierzby” nie są wyłącznie bajką zwierzęcą, a jej bohaterowie przebranymi ludźmi, choć niekiedy rzeczywiście sprawiają takie wrażenie, być może przez te wszystkie filiżanki i kolorowe kamizelki. Rytm przyrody w ich krwi tętni o wiele silniej niż w nas. Zimą nie należy zbyt wiele od nich wymagać, nawet od tych obdarzonych równie silną wolą co Pan Borsuk. A pod koniec lata dzieje się rzecz jeszcze bardziej osobliwa, niektórych bowiem ogarnia niepokój, który pcha ich w daleką i pełną niebezpieczeństw podróż.

„Pieśń o świcie” dzieje się wczesnym latem. Jest też najwyższym momentem opowieści i przełomem na naszej Rzece. Coś się skończyło, wszystko już zobaczyliśmy. Czujemy, że rok się przesunął i od czasu wielkiej jasności idziemy w tę jego część, gdy noc staje się coraz dłuższa. Jeszcze tego nie widzimy, ale zwierzęcym zmysłem czujemy, że jest inaczej. Czar wyparował, mimo że wśród trzcin słychać jeszcze jego echo. 

Drugą połowę książki nieodwołalnie weźmie w posiadanie Pan Ropuch. Ale Ropuch to zupełnie inna historia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2026

W druku ukazał się pod tytułem: O czym wierzby nie szumią. Pieśń o świcie