Pamiętam wielkie, jasne, zimowe niebo. Słońce i mróz połączone w jedno. Po południu kolor nieba zmieniał się z intensywnie niebieskiego na fioletowy, ognista kula powoli opadała za horyzont, wlokąc za sobą świetlny spektakl nieba jak obrus ściągnięty ze stołu. Następował newralgiczny moment: szczególny „Ukos światła Zimą po Południu” zsyłał „Niebiańską Ranę”, ale tych fraz z wiersza Emily Dickinson (tu w tłumaczeniu Krystyny Lenkowskiej) wtedy jeszcze nie znałam.
Szara godzina otwierała we mnie jakąś szczelinę, budziła pierwszy, nieforemny lęk, dlatego cieszyłam się, kiedy zapalaliśmy światło i dzień wprowadzał się do środka. W małym, przysypanym śniegiem domu, ciepło biło od pieca. Wieczór płynął powoli, żar prześwitywał między kafelkami, chwilowo byliśmy bezpieczni.
Że nie zawsze tak będzie, że kiedyś przestanę być dzieckiem, znikną moi rodzice i tamten dom, że odejdą nawet trudne, śnieżne zimy – tego wtedy nie dało się pomyśleć. Moje myślenie zostawało zresztą na zewnątrz, między drzewami, których bezlistne sylwetki kołysały się w oknie podobne trochę do ludzi.
Mleko i śpiew
„Urodziłaś się i przyszła wiosna”, mówiła moja matka. Wróciła ze mną ze szpitala w końcówce lutego, wkrótce potem dni zrobiły się dłuższe i można było suszyć pranie na słońcu. Wydaje mi się, że to pamiętam, ale to niemożliwe. Obrazy, które mam w głowie, musiały powstać na podstawie słów matki i tego, co widać na jednym czarno-białym zdjęciu: leżymy na kocu na trawie, kwitnie powój polny.
Mama powtarzała, że po porodzie szybko zapomina się cały ten ból, stąd wiedziałam, że musiał być potworny. Miała po nim czerwoną plamkę na skraju powieki, już zawsze. Na zdjęciu uśmiecha się do mojego ojca i to z pewnością nie marzec, tylko maj lub czerwiec. Już nie trzeba palić w piecu, warzywa rosną w ogródku, pranie szybko schnie, „dopóki dziecko udaje się karmić piersią, odpada cała ta robota z wyparzaniem butelek”. Znacznie później przeczytałam gdzieś, że ludzka mowa, a zatem także nasza skłonność do śpiewu i rymowania, przynajmniej w jakimś stopniu wynika z naszej ssaczej anatomii: poezji nie da się oddzielić od mleka.
Hipokamp, część mózgu odpowiedzialna za konsolidację pamięci, kształtem przypomina konika morskiego, stąd nazwa. Hippocampus to zbitek greckich słów: koń i potwór morski. U koników morskich występuje nieczęste w przyrodzie zjawisko męskiej ciąży: to samiec nosi młode wewnątrz ciała i wydaje je na świat. Hipokamp przekształca ulotne wspomnienia w pamięć długotrwałą, norweska psychobiolożka Ylva Østby porównuje ten proces do ciąży.
Najgłębsze wspomnienia składają się z wielu warstw i ewoluują przez całe nasze życie. Za każdym razem, kiedy wydobywamy z pamięci obraz, coś dodajemy, coś odejmujemy. Szlifujemy naszą opowieść tak długo, jak długo pozostajemy sobą – dopóki tli się światło świadomości. Można to powiedzieć inaczej: ziarenko piasku dostaje się do wnętrza muszli, małż zaczyna wydzielać aragonit i stopniowo pokrywa obce ciało kolejnymi warstwami masy perłowej, zwanej też macicą.
Wielkie pytanie
Z perspektywy wiosny nieuchronność kolejnej jesieni i zimy wydawała się przesadzona. Pora roku następująca po moich urodzinach zawierała w sobie zresztą kilka różnych pór. Szczególnie ważny sezon następował pomiędzy topnieniem śniegu a początkiem wegetacji. Odsłonięta ziemia, tylko z pozoru spokojna, z bliska wręcz buzowała od drobnego życia.
Długie godziny spędzałam włócząc się po polach i grzebiąc patykiem w ziemi. Nauczyłam się wtedy, że w przyrodzie nie ma pustki, życie próbuje wypełnić każdą niszę. Poszczególne formy istnienia ulegają rozpadowi, ale z rozpadu od razu powstaje coś nowego. Nauczyłam się, że wszystko ze wszystkim się łączy. Docierało do mnie, że również ja – ale czym jest to ja? – jestem częścią tych nieustannie zachodzących procesów. Budziło się wielkie pytanie, odzywał się niepokój, ale przede wszystkim ciekawość: co to wszystko znaczy i jak to możliwe, że jestem, biegnę, widzę.
Nie jesień, a właśnie przedwiośnie było tą szczególną porą, kiedy śmierć wychodziła z ukrycia i wykonywała swoją pracę całkiem na widoku. W pełnym słońcu rozprawiała się z resztkami zeszłorocznych roślin, truchełkami owadów i gryzoni. Była wszechobecna, lecz nie „terminalna”. To ostatnie określenie pożyczam od chilijskiej artystki Cecilii Vicuñii.
Vicuña, którą reżim Pinocheta w latach 70. ubiegłego wieku zmusił do opuszczenia kraju, mówi o dwóch rodzajach śmierci: tej stale nam towarzyszącej, która jest nauczycielką i każe doceniać wagę każdej chwili, i tej drugiej, wynalezionej przez ludzi, niszczącej wszystko i na zawsze. Działanie tej drugiej śmierci Vicuña widziała we własnym kraju – ból, którego wtedy doświadczyła, pozostał w niej na zawsze. Jej kruche, poetyckie prace opłakują tamtą utratę, jak i nieodwracalne zniszczenia dokonujące się teraz, w wielu miejscach na ziemi, w imię nienasyconej pazerności niektórych ludzi.
Znali tę drugą śmierć również moi rodzice, dlatego matka od czasu do czasu powtarzała swoje jedyne zaklęcie: „żeby tylko wojny nie było…”.
Ziemia i ciało
„Pamiętajcie, że ciemność jest waszym domem, w niej mieszkacie” – Ursula Le Guin adresowała te słowa do kobiet. To właśnie w ciemności wykluwa się przyszłość. Ciemność może oznaczać to, co nieznane, kojarzyć się z intuicją czy nieświadomością, ale chodzi też po prostu o ciemność ziemi i ciała. „Nic nie zabije krzaku jeżyny”, mówi jedna z bohaterek „Ziemiomorza”, porównując moc niepozornej, ale silnie ukorzenionej rośliny z bardziej spektakularną, ale mniej odporną mocą strzelistego drzewa.
Poszukując nadziei, czemu patrzymy do góry, zamiast spojrzeć w dół? Le Guin zadawała to pytanie kilka razy, między innymi podczas wystąpienia w Mills College w 1983 r. Już wtedy mówiła o zmilitaryzowanym, zaśmieconym niebie. Lęk przed tym, że jakieś zagrożenie może nadejść z góry, musiałam jako dziecko przejąć od matki, tak czy inaczej lubiłam patrzeć wszędzie, ale do ziemi było dziecku bliżej.
Większość istniejących obecnie gatunków organizmów bytuje właśnie w glebie. Nie są spektakularne, ale w znacznej mierze to one podtrzymują życie na ziemi. „I tak jak człowiek nie byłby człowiekiem, gdyby nie było w nim układu połączonych żył, tak i nie mógłby żyć bez pozostałych stworzeń”, pisała Hildegarda z Bingen. Ciekawe, że użyła akurat takiej metafory, łatwej do odczytania w kontekście współczesnej ekologii i jej nacisku na połączenia między elementami ekosystemów.
Szóste wielkie wymieranie, czyli postępująca w bezprecedensowym tempie zagłada form życia, może w końcu zagrozić i naszemu przetrwaniu. To nieodwracalny proces, „śmierć terminalna”, o której mówi Vicuña. „Ziemia i niebo płaczą z powodu człowieka” – pisała Hildegarda.
Że nie da się żyć bez innych stworzeń, to fakt biologiczny, którego prawie nikomu nie trzeba już tłumaczyć. Ale ten fakt ma także konsekwencje psychologiczne i duchowe. Dzień po dniu tracimy naszych ewolucyjnych towarzyszy. Znikają organizmy, a wraz z nimi formy ich percepcji i wszystko to, co wnosiły do wspólnego świata. Kurczą się przestrzenie dzikości. Ubożeją również ludzkie zmysły, zanika różnorodność sposobów poznania, wymierają języki, praktyki bycia w świecie. A przecież jesteśmy tym, kim jesteśmy w wyniku niezliczonych interakcji – czy może intra-akcji, jak woli Karen Barad – z innymi bytami, ze środowiskiem. Kiedy inni odchodzą, także i w nas coś umiera. To nie może nie mieć wpływu na nasze indywidualne i kolektywne funkcjonowanie.
Drzewo zimą
Relacyjna natura tożsamości to jeden z najważniejszych tematów poezji Krystyny Miłobędzkiej. Wiersz „Ta jabłoń we mnie odkąd się zaczyna” pochodzi z tomu „Pokrewne” (1970):
Z białości ponad ogród czarną słyszę jabłkami zawęźloną w kwiaty,
przez śnieg nagłe odbywam zielenie. Liści się bezwiedna mojej obecności,
zbyt jawna jeszcze, zbyt jabłoń, aż nasycone wspólnym oddaleniem ramionami plączemy ciemność.
Z faktu, że złożona sieć współzależności łączy nas z innymi, nie wynika naiwne poczucie zlewania się w jakąś błogą, bezkonfliktową całość. Miłobędzka pisze o oddaleniu, paradoksalnie to ono jest „wspólne”. Jeśli można otoczyć kogoś ramionami, to dlatego, że ów ktoś znajduje się obok, blisko, ale już nie w nas. Warunkiem intymności jest dystans.
„Uciekające w odległość odległości / z otworu w moim brzuchu”, pisze Świrszczyńska w wierszu „Kobieta mówi rodząc świat”. U Miłobędzkiej jabłoń zarazem jest i nie jest tożsama z kobietą, która widzi, słyszy i wreszcie „odbywa zielenie”. Jest jabłoń w ogrodzie i ta druga, w wierszu, relacja między nimi nie jest oczywista. Formy czasowników po równo rozdzielają sprawczość między kobietę i drzewo, aż pojawia się liczba mnoga, „plączemy”.
Ta wspólność ujawnia się w ciemności, do której wszystko powraca, żeby się odrodzić. Coś ciekawego wydarza się tu z czasem: kwiaty współistnieją z jabłkami, zieleń ze śniegiem, dziewczynka z kobietą. Ale przecież jabłoń zawiera w sobie wszystkie swoje potencjalne stany. Nawet bezlistna, zimowa jabłonka jest już w jakimś sensie „brzemienna” jabłkami, gotowa do uruchomienia kolejnego cyklu życia, kiedy tylko otrzyma właściwe sygnały. Ostatni wers nawiązuje do modlitwy, ale nawet wtedy wiersz nie ucieka, nie odwraca się od ziemi. Jabłoń, przy całym swoim symbolicznym obciążeniu, naprawdę jest jabłonią, kobieta jest kobietą – i żadna nie służy tej drugiej za lustro.
Dziki czas
Jeśli mnie pamięć nie myli – ale co to właściwie znaczy w odniesieniu do zmysłowych wspomnień z wczesnego dzieciństwa – niedaleko od rozłożonego na trawie koca, na którym leżałam z mamą w trawie i powoju, rosły rachityczne jabłonki. Kwitnienie drzewek owocowych wyznaczało kolejny sezon wiosny, po przedwiośniu, kiedy udawało się podglądać śmierć, i po tym dłużącym się etapie, kiedy zazieleniały się łąki i pola.
Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale obserwowałam postępy roślinności dzień po dniu, a czasem niemal godzina po godzinie. Sprawdzałam, czy ostre końcówki liści tulipanów już wydostały się z ziemi, czy zakwitły fiołki, jak długo jeszcze, zanim rozwiną się bzy. Po prostu był na to czas – dużo dzikiego czasu.
Wiele lat później natrafiłam na książkę pod tytułem „Night” („Noc”) libańsko-amerykańskiej poetki Etel Adnan. Adnan pisała: „rzeczy istnieją, bo są śmiertelne. Ulegają porom roku. Sezonom rozszczepionej nieśmiertelności” (tłum. moje). Wydaje mi się, że rozumiałam Adnan dlatego, że kiedyś dane mi było zobaczyć to wszystko na własne oczy, czy raczej doświadczyć wszystkimi zmysłami. Możliwe jednak, że było dokładnie na odwrót i pamięć o pierwszych latach życia przybrała taki, a nie inny kształt na skutek późniejszych lektur i przeżyć.
Macica to matka perły, rodzicem wspomnień jest czas, a przeszłość – to „dziwne Stworzenie”, jak pisała Emily Dickinson, i czasem może nas zaskoczyć.
Córka i ja
„Ni to takie piękno, ni to taki strach”, powiedziała pewnego dnia moja córka, wyglądając przez okno naszego warszawskiego mieszkania na jasne, zimowe niebo. Miała wtedy pięć lat i możliwe, że jej wypowiedź miała jakiś związek z faktem, że dość zapamiętale czytałam wtedy „Boską komedię” (jedenastozgłoskowiec!).
Nie da się jednak wykluczyć, że w jakiś sposób przekazałam jej moje wspomnienia surowych, wiejskich zim – tę moją perłę – i niepokój budzący się w chwilach przejścia między porami dnia i roku, sezonami życia. Słońce – ognista kula – powoli osuwało się za horyzont, niebo blakło i przypomniał mi się mój ulubiony wiersz Wisławy Szymborskiej – ten o dziewczynce, która koniecznie musi sprawdzić, jak to będzie ściągnąć obrus ze stołu: „Pan Newton nie ma jeszcze nic do tego. / Niech sobie patrzy z nieba i wymachuje rękami. // Ta próba dokonana być musi. / I będzie”. Tak perła okryła się świeżą warstwą „macicy”.
Z jakiegoś powodu zawsze zakładałam, że ten wiersz opowiada o poetce, to znaczy dziewczynce/kobiecie, która wchodzi na cudze terytorium i coś tam próbuje poprzestawiać. Wolno jej przebywać w tej przestrzeni i nawet bawić się różnymi przedmiotami, byleby nie zmieniała reguł gry.
Stałyśmy jeszcze w tym oknie, moja córka i ja, obserwując przez parę chwil niepokojący „ukos światła”, dwa koniki morskie w ukochanej głowie zaczynały przetwarzać tę wspólną chwilę w obraz, którym kiedyś będzie, którym kiedyś będę, w jej wspomnieniach. Że nie jestem tylko i wyłącznie sobą, to już od dawna wiedziałam, ale dopiero wracając ze szpitala z żywym tobołkiem w ramionach naprawdę zrozumiałam, że moje serce będzie odtąd biło gdzie indziej – nie we mnie – i że już nigdy nie zaznam spokoju.
„Nie żyjesz wewnątrz mnie, tylko wokół, stwarzasz krąg, chmurę” – mówi Etel Adnan do duszy. Niekoniecznie ma na myśli dziecko, mówi o wszystkim, co potencjalnie cenniejsze od własnego przetrwania (lub radykalnie do niego niezbędne). Nie można się ochronić poprzez odcięcie wszystkiego, co potencjalnie raniące, niewygodne, albo niebezpieczne, bo sedno tego, czym jesteśmy, nie tkwi wewnątrz nas.
Znikam, jestem
Na szczęście nie tylko niebezpieczeństwo istnieje na tym świecie, nawet w naszym trudnym, kryzysowym czasie. Ludzie uparcie przypisują „naturze” okrucieństwo, tak jakby cała planeta – poza człowiekiem, rzecz jasna – była monolitem działającym według paru prostych zasad. Jakby do obowiązków „stworzenia” należało dostarczanie przykładów ludzkiego dobra i zła, a podstawowe zadanie zwierząt polegało na nadawaniu sensu ludzkim stosunkom społecznym.
Romantyczna wizja naturalnej harmonii była bardzo naiwna, ale wizja przyrody okrutnej również jest błędna: „Pytanie, czy i jak zróżnicowane gatunki w wielogatunkowym kolektywie wpływają na siebie wzajemnie, pozostaje nierozstrzygnięte: niektóre walczą ze sobą (albo się zjadają), inne pracują razem, czyniąc życie możliwym, wreszcie istnieją i takie, które po prostu przypadkiem znalazły się wspólnie z innymi w tej samej przestrzeni” (Anna Tsing, tłum. Przemysław Czapliński).
Jeśli ktoś chce się przekonać, jak bardzo zwierzęta, zwłaszcza drapieżniki, wolałyby zajmować się swoimi, a nie ludzkimi sprawami, niech spróbuje spotkać w lesie wilka. Bez przewodników i fotopułapek będzie to raczej trudne. Co innego da się jednak zaobserwować bez problemu: oto drzewo, które umarło, „zakwita” grzybami. Dziuple, które zostaną w nim wyjedzone, posłużą nowym mieszkańcom. Na przewróconej kłodzie „piastunce” rosną młode drzewa, ktoś zagnieździł się w korzeniach wykrotu. Nic nie jest dane na zawsze, nie ma żadnych gwarancji. Ale w każdej chwili wszystkie możliwości są otwarte. Rośliny i zwierzęta na marginesach pęczniejącego ludzkiego świata próbują żyć i zajmować się swoimi sprawami: kiedy im przestanie się to udawać, to nam też.
Na razie jednak jeszcze tu jesteśmy – ulotni, współzależni. Nikt nie opisał tego lepiej niż Miłobędzka:
[Jestem]
Współżywa, współczynna, współwinna. Współzielona, współdrzewna. Współistnieję. Ty jeszcze nie wiesz
co to znaczy. Obdarowana przenikaniem. Znikam jestem.
Współtrwam (z Tobą) w tym szklistym dniu (z tym szklistym
dniem w którym znikam) który znika ze mną tak lekko. Nie
wiem co to znaczy. Współotwarta z oknem, współpłynna
z rzeką. Jestem żeby wiedzieć znikam? Znikam żeby wiedzieć
jestem? Cała ale całej nigdzie nie ma. Współprzelatująca,
współniebna. Pół wieku żyłam po to!
(z tomu „Pamiętam”, 1992)

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















